Zwłoki, krew i niebezpieczne przedmioty, goszczą w grach od dawna. Ba! Dzisiaj ciężko byłoby mi wymienić chociaż trzy tytuły, które stronią od przemocy i zamiast nią, kuszą gracza wąchaniem kwiatków na słonecznej łące. Zamiast tego po głowie chodzi mi masa produkcji, w których skutkiem ubocznym działania protagonisty były przede wszystkim stosy strupów i litry rozlanej krwi. A skoro tak. Kto to wszystko sprząta? 

Odpowiedzią wydaje się być Serial Cleaner czyli udająca styl retro, skradanka akcji od polskiego studia iFun4all. Gra przenosi nas do Stanów Zjednoczonych w latach 70 XX w., czyli złotej epoki dla wszelkich seryjnych morderców. Wcieleni w Boba – bo tak nazywa się protagonista – w akompaniamencie policyjnych syren i latarek, będziemy sprzątać miejsca zbrodni, jednocześnie unikając kontaktu, z przeczesującymi miejsce, stróżami prawa. Naszym łupem padną nie tylko zwłoki czy dowody rzeczowe lecz także plamy krwi, których pozbędziemy się przy użyciu odkurzacza, przywracając miejscu jatki, dawny blask. Całość spinana jest drobną otoczką fabularną z długami w tle, jednak jest ona tak niewyraźna, że niemalże się jej nie zauważa. 

I na tym w skrócie polega rozgrywka w grze Serial Cleaner. Po otrzymaniu telefonicznego zlecenia udajemy się na miejsce masakry, gdzie poza rozbryzganymi na posadzce zwłokami, krwią i dowodami rzeczowymi, czekają na nas stróże prawa, którzy nie przepuszczą nikomu urządzającemu sobie niedzielne przechadzki po miejscu zbrodni. Z tego powodu zmuszeni jesteśmy zmyślnie manewrować między polami widzenia policjantów, zgarniając im tuż sprzed nosa wszelkie dowody obciążające sprawców feralnej masakry. Bowiem wszelki kontakt zwykle kończy się oberwaniem w głowę policyjną pałką i koniecznością rozpoczęciem poziomu od samego początku.

W raz z przechodzeniem kolejnych etapów natkniemy się na stróży prawa różniących się np. prędkością z jaką mogą ścigać nakrytego protagonistę, czy samą reakcją na jego widok. Poziomy także z czasem stają się bardziej rozbudowane, oferując później możliwość przesuwania obiektów czy odwracania uwagi policjantów poprzez wywoływanie dźwięków. Same lokacje stają się dużo większe i bardziej skomplikowane, zmuszając nas do ciągłego skupienia i analizy sytuacji przy użyciu zmysłu czyściciela, ukazującego mapę poziomu z podświetlonymi ważnymi punktami. 

Serial Cleaner nie wybacza błędów. Wykrycie, niemal zawsze kończy się koniecznością rozpoczęcia etapu od nowa, jednak na początku nie jest to duży problem. Wysoki poziom trudności daje się we znaki trochę później, wraz z pojawianiem się większych i bardziej złożonych etapów, gdzie „zgony” są notoryczne i tym bardziej frustrujące, gdy następują pod koniec „misji”. Z tego powodu grając w Serial Cleaner trzeba robić przerwy, bowiem dłuższa sesja, może grozić palpitacją serca. 

Serial Cleaner – gra wyprana z klimatu

Oprawa wizualna to prosta grafika 2D mająca przywodzić na myśl twórczość takich artystów jak Matthew Lyons. Jednak o ile geometryczne kształty u Lyons’a prezentują się wspaniale, o tyle oprawa graficzna w grze Serial Cleaner wygląda już nieco gorzej. Grafika jest zbyt prosta i brzydka, a momentami także niepraktyczna. Nie raz zdarzało mi się zablokować o niewyraźną przeszkodę, gdy chciałem w porę czmychnąć przed wzrokiem policjanta. Biorąc pod uwagę spory poziom trudności gry ogółem, było to dosyć frustrujące.  

Sytuacji nie poprawia ścieżka dźwiękowa. Proste funkowe „utwory” mające kojarzyć się z latami 70, zapętlone jeden po drugim i pozbawione wyrazu, podbijają poczucie monotonii i nijakości rozgrywki. Lata 70 XX w. to okres wspaniałej muzyki. Szkoda, że tutaj tego nie słychać.

Serial Cleaner – dobry pomysł przez oprawę pogrzebany

Warto także zwrócić uwagę na nienaturalne i wręcz głupie zachowania stróżów prawa. Po lokacjach rozsiane są liczne kryjówki, do których, w sytuacji zagrożenia, możemy wskoczyć by uniknąć wykrycia bądź złapania. Jeśli ścigany przez policjanta protagonista, na jego oczach wskoczy do jednej z takich kryjówek, stróż prawa podejdzie do niej i chwilę postoi, by zaraz jak gdyby nigdy nic, wrócić do patrolowania swojego „regionu” lokacji. Do tego obrazka brakuje jedynie motywu z Benny Hill’a. Serial Cleaner mógłby wtedy przynajmniej bawić. 

Po zsumowaniu powyższych elementów składowych gry Serial Cleaner, wychodzi nam pewna papka, niczym zbyt długo gotowany ryż. Pozbawiona wyrazu grafika i nijaka ścieżka dźwiękowa, wraz z wysokim poziomem trudności, tworzą grę monotonną i nudną, odbierając chęć na odkrywanie dalszych etapów. Sytuacji nie ratują nawet poziomy specjalne pozwalające posprzątać m.in statek kosmiczny Nostromo, bo i tu mamy do czynienia z katowaną już przeze mnie w tej recenzji nijakością. Myślę, że tytuł ten o wiele lepiej sprawdziłby się jako drobny, darmowy zjadacz czasu na Androidzie czy iOS, niż na urządzeniach wielkiego formatu. Gdybym miał określić Serial Cleaner w kilku słowach, powiedziałbym, że to Hotline Miami od końca, tylko całkowicie sprane i wręcz „wyczyszczone” z „tożsamości”. Dlatego recenzję dzieła krakowskiego studia iFun4all, pozwolę sobie zamknąć w dwóch słowach – nie warto.