WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Technowinki

DGM ES-65, czyli tani hoverboard, ale nie dla wszystkich

Tym razem sprawdziłem, co do zaoferowania ma hoverboard (lub Balance Scooter, jeśli wolicie) od DGM. Mowa o modelu ES-65, którego producent określa mianem „elektrycznego skutera”.

Trochę dziecinnie, ale źle nie jest

Na testy trafiła do mnie wersja okraszona odważnymi i kolorowymi wzorkami na białym tle, co niespecjalnie przypadło mi do gustu. Na szczęście producent oferuje również zielono-czarną wersję kolorystyczną, więc za to leci plus. Model ES-65 oferuje dosyć tradycyjne rozwiązania, co przekłada się na dwie platformy z osobnymi silnikami elektrycznymi o mocy 350 W (w sumie 700 W), które znalazły się z obu gumowych kołach o wielkości 6,5-cala. Napędza je oczywiście akumulator, a w tym przypadku litowo-jonowy o pojemności 4400 mAh. Według DMG ładuje się go do 120 minut (potwierdzam) i wystarcza na od 15 do 20 kilometrów jazdy.

Obie platformy o wymiarach 595 x 185 x 180 mm zespala łożysko. Całość została wykonana z plastiku, a jedyne metalowe elementy znalazłem na bocznych elementach kół. Dopasowanie materiałów jest jednak słabe, o czym nieustannie przypominało mi „skrzypienie” plastików podczas jazdy. ES-65 jednak swoje waży, bo mówimy tutaj o 10 kilogramach, które w momencie wyładowania baterii będziemy musieli ze sobą nosić. O jej pojemności informuje nas prosty (trudno to nazwać wyświetlaczem) mechanizm, który po prostu podświetla wzór baterii na zielono oraz aktywność pojazdu w czasie jazdy. Mini „ekraniki” znalazły się pomiędzy obiema platformami.

Wartych wymienienia elementów nie jest wcale tak dużo. W grę wchodzą szerokie błotniki (pojazd nie jest wodoodporny), przycisk włączania i wyłączania sprzętu, gniazdo do ładowania za pomocą dołączonego w zestawie zasilacza i dwa słabo świecące światła na przodzie. Wysokość platform od podłoża wynosi 110 milimetrów, więc przy jeździe na nierównym podłożu występują niemałe problemy.

Możliwości silników określono na maksymalną prędkość w wysokości 10 km/h i możliwość podjechania pod 20-stopniowe wzniesienia. No, chyba że ważycie ponad 120 kilogramów. Wtedy nie powinniście używać ES-65. Niestety nie byłem w stanie sprawdzić, jak przy takim obciążeniu reaguje sprzęt.

Test w praktyce

Jako że przesiadłem się na model DMG ES-75 świeżo po jeździe na Kawasaki KX-Cross 8.5, to pierwszych wrażeń z jazdy na balance scooterze zaserwować Wam tutaj nie mogę. Dlatego, jeśli jesteście zainteresowani, to odsyłam Was do wspomnianego testu. Warto przypomnieć o tym, że w każdym takim pojeździe znajduje się mini-komputer, który nadzoruje nasze poczynania. Odpowiada głównie za to, żeby wyrównywać obie platformy i w czasie jazdy dbać o nasze bezpieczeństwo. Jego obecność jest tutaj bardzo zauważalna, co sprawia, że wyczuwamy pewną delikatną kontrolę nad naszymi ruchami. Początkowo jest to całkiem przydatne, ale po opanowaniu pojazdu może zacząć nas denerwować.

ES-75 wydawał mi się momentami za bardzo inteligentny, co przejawia się w głośnym pikaniu po przekroczeniu pułapu 10 km/h, przymusu wyłączenia i włączenia sprzętu po upadku z pojazdu, a nawet jego podniesieniu, co w przypadku jazdy po moim mieście (gdzie krawężniki i rynienki irygacyjne są całkiem wysokie) było sporym problemem. Po prostu nie mogłem na nie wjechać, a próba zrobienia tego z pewną prędkością kończyła się utratą równowagi. Opracowałem jednak prosty sposób na te mniejsze – należało zatrzymać się przed krawężnikiem, wjechać jednym kółkiem i następnie pociągnąć za sobą drugie.

W kwestii mobilności, osiągania maksymalnych prędkości, hamowania i gwałtownego przyśpieszania jest całkiem dobrze. Jednak największą bolączką okazała się bateria. Początkowo byłem przekonany, że jej spadek będzie sygnalizowany stopniowym zmniejszaniem się paska na fałszywym wyświetlaczu, ale nie. W momencie, kiedy poziom energii spadł poniżej ~10% ES-75 zaczyna piszczeć, a bateria migotać. Oddalony kilka kilometrów od mieszkania zacząłem pędzić w jego stronę, aby uniknąć dźwigania tego sprzętu, ale to oczywiście się nie udało. Deska padła po około 500 metrach i to nie powoli wytrącając prędkość, a nagłym utraceniem stabilizacji, który zafundował mi parę otarć na kolanach, dłoniach i łokciach.

Ostatecznie więc w momencie, kiedy bateria zacznie Wam migotać albo zacznijcie jechać powoli, albo po prostu (dla Waszego bezpieczeństwa) weźcie sprzęt na bark i lećcie do mieszkania. Od niego nie powinniście się specjalnie oddalać, bo wyszło na to, że „minimalne 15 kilometrów zasięgu” sprowadza się do około 5-6 km przy 85 kilogramach i jeździe po parku. W kwestii prędkości udało mi się osiągnąć prawie 20 km/h na prostej drodze. Oczywiście po przebiciu ~10 km/h deska zaczęła wydawać wspomniane wyżej pikanie. Z kolei z wjeżdżaniem pod około 13-stopniową drogę ES-75 radził sobie poprawnie, ale ze zjeżdżaniem i utrzymywaniem stabilności przy wysokiej prędkości było już różnie. To jednak problem trapiący wszystkie hoverboardy.

Podsumowanie

Kubeł zimnej wody został na mnie wylany w momencie, kiedy sprawdziłem (słabą i tak) dostępność modelu ES-65, którego dorwiecie za 699 złotych. Nie jest to specjalnie dużo, jak na taki sprzęt i jestem pewien, że na pierwszy model nada się idealnie… ale dla dziecka. No, może nastolatka i to leciwych rozmiarów. Nie tylko wydłuży to żywotność baterii, ale również nie popchnie „kierowcy” do zawrotnych prędkości. Sprzętu może nie polecam (bo dla wszystkich się nie nadaje), ale bez żadnych oporów mogę wlepić mu naszą enigmatyczną odznakę:

Za pomoc w realizacji zdjęć dziękuję Kamilowi Pasternakowi