Christopher Nolan to marka. Jego nazwisko przy rubryce „reżyser” w ostatnich latach oznaczało dzieło co najmniej dobre, jeśli nie ocierające się o wybitność. Czy tak jest w przypadku Interstellar? Czy jest to kino ponadczasowe, a może dobre opinie to tylko puste slogany? Przekonacie się z poniższej recenzji.

Interstellar to dzieło, które mogę z radością Wam przedstawić. Na nowy film Nolana czekałem praktycznie od momentu ogłoszenia. Mój apetyt wzbudzały kolejne newsy o obsadzie, ogólny zarys fabuły oraz fakt, iż jeszcze więcej, niż w poprzednich produkcjach tego pana, materiału miało powstać w formacie IMAX. Niestety, nie udało mi się – z powodu wyjazdów – zawitać do IMAXa, więc obejrzałem najnowszą produkcję Nolana w „zwykłym” kinie. Lepiej późno, niż wcale – jak mówi przysłowie. Byłem ciekawy, czy Christopher Nolan nadal jest w tak dobrej formie, jaką pokazał przy finale trylogii o Mrocznym Rycerzu. Muszę przyznać, że słynny reżyser i tym razem nie zawodzi.

Na temat samej historii przedstawionej w filmie ciężko jest zbyt dużo powiedzieć, żeby nie zepsuć zabawy. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Nasza cywilizacja cierpi z powodu przeludnienia i problemów z żywnością. Większość ludzi, w tym główny bohater – Cooper – zostaje zmuszona do bycia farmerami. Cooper jest byłym inżynierem NASA, który wciąż marzy o podróży w gwiazdy. W końcu, otrzymuje on od losu okazję. Wyprawa, która ma zaprowadzić go na granice znanego ludzkości wszechświata, służy uratowaniu naszej cywilizacji. Więcej naprawdę nie powinno się zdradzać. Jestem w stanie powtórzyć jedynie to, co znamy z oficjalnych opisów, że Interstellar zawiera w sobie sporą dozę tematyki science-fiction, w tym zagadnienia kosmologiczne. Dodałbym tylko, iż oś fabularna filmu jest podzielona na trzy akty. Każdy kolejny jest coraz bardziej nakierowany na science-fiction. Mało było momentów, w których bym się nudził, bo akcja została poprowadzona przez reżysera naprawdę dobrze, choć nie jest to kino łatwe i przyjemne. Początek jest dość spokojny, leniwy wręcz. Tempo akcji stopniowo przyspiesza, lecz nigdy – nawet w epickim finale – nie osiąga tak zawrotnych „prędkości”, jak inne dzisiejsze produkcje. Bardziej przypomina tu klasykę kina. Muszę jednak wykazać przy tym pewną wadę. Dla osób znających prawa fizyki trochę lepiej, niż przeciętna, trzeci akt filmu może być bolesny i to jest jeden z moich podstawowych zarzutów, gdyż od Christophera Nolana spodziewałem się jednak czegoś minimalnie więcej. Miałem nadzieję na seans dopracowany również pod względem naukowym. Jest dobrze, choć nie aż tak, jak się spodziewałem. Poza tym – Interstellar to dzieło tak złożone, że jeden seans nie starczy. To wartościowa historia, o której myślimy na długo po opuszczeniu sali kinowej.

2014_interstellar-1920x1080

Jednym z najmocniejszych punktów filmu jest obsada. Matthew McConaughey, wcielający się w Coopera, pokazuje swój „McConaissance” w pełni. Kiedy się śmieje, to śmiejemy się wraz z nim, a kiedy płacze, to gardło samo się ściska z żalu. Jego Cooperowi momentami brakuje solidniejszego „tła”, lecz i tak jest to bardzo dobrze zagrany bohater. Mam lekki problem z tym, kogo należałoby wymienić w dalszej kolejności, lecz postawiłbym na Jessicę Chastain. Świetnie pokazała emocje swej bohaterki i idealnie zgrała się z McConaugheyem, a dla tego filmu to kluczowa relacja. To właśnie ta dwójka aktorów udźwignęła w zasadzie „brzemię” całej historii. W drugim rzędzie stoi Anna Hathaway i grana przez nią Brand, oraz Michael Caine, choć tego ostatniego widzimy raptem kilkanaście minut. Oboje stworzyli ciekawe charaktery i na pewno miło się znów ogląda powracającą część obsady Batmana.

Efekty w Interstellar to – zdawać by się mogło – kluczowa sprawa. Co interesujące, Nolanowi udało się stworzyć dzieło s-f, w którym efekty wizualne są tak mało widoczne, że aż przestają być ważne. To film taki, jakim powinna była być zeszłoroczna Grawitacja. To film, który na pierwszym miejscu stawia zagadkowość kosmosu i przekraczanie …ostatniej granicy ;) Zdaję sobie sprawę, że produkcja nawiązuje w pewnym sensie do Star Treka, stawiając ważne pytania ubrane pod płaszcz kina s-f i wszystkiego, co z tym rodzajem sztuki się wiąże. Jakość wszelkich CGI, czy efektów specjalnych, jest na topowym poziomie. Nolan słynie z wykorzystywania jak największej ilości scenografii i robienia czego się tylko da, na miejscu, na planie. Widać tę manierę w oszczędności wizualizacji. Na myśl przychodzi porównanie z tegorocznym Guardians of the Galaxy od Marvela. To również świetny film, lecz jakże odmienny w podejściu.

Interstellar-bilde-3

Niestety mam wrażenie, iż Hans Zimmer tym razem nie stanął na wysokości zadania. O ile w poprzednich współpracach z Christopherem Nolanem udawało mu się pisać pierwszorzędny soundtrack, o tyle tutaj jakoś ta muzyka zanika, być może przysłonięta ciężarem opowiadanej historii. Nie wiem gdzie leży przyczyna. Na pewno warto za to wspomnieć o udźwiękowieniu, gdyż zostało ono przygotowane z należytą starannością i widać, iż – przynajmniej w tej materii – starano się oddać całkowitą cześć nauce.

Podsumowując, Interstellar to dość trudne dzieło. To – jak wspomniałem – dość złożony i wielowarstwowy film, który trzeba obejrzeć co najmniej ze dwa razy. Im dłużej trwa, tym więcej w opowiadanej historii elementów science-fiction. Z drugiej strony, całość pokazuje reżysera w bardzo dobrej formie. Produkcja Nolana ma swoje wady, do których należą pewne błędy w przedstawianych prawach fizyki, a także brak solidnej i rozpoznawalnej porcji muzyki. To drobiazgi, które jednak sprawiają, że nadal niedoścignionym szczytem kunsztu reżysera pozostaje dla mnie Incepcja. Niemniej jednak, polecam Interstellar każdemu, kto oczekuje mądrego i dobrego kina. Teraz bardzo żałuję, że nie miałem okazji go zobaczyć w IMAXie.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej