Choć przysłowie mówi, żeby nie oceniać książki po okładce, to szczerze muszę się przyznać, że jeśli chodzi o Szamankę od umarlaków – najpierw przyciągnęła mnie okładka, potem tytuł. Wydawnictwo Uroboros w kwestii oprawy graficznej wydawanych przez siebie książek robi naprawdę dobrą robotę; okładki bardzo często są bardziej nęcące niż opisy danego dzieła. Opis bowiem wywołał we mnie ambiwalentne uczucia, z jednej strony zaintrygował ciekawie zapowiadającą się historią, może nieco sztampową, ale z potencjałem, była też druga strona… główna postać jest kobietą, ba! dziewczyną (uwierzcie, na pewnym etapie czytelniczym parę lat w metryce bohatera robi czasem ogromną różnicę). Lubię jednak podejmować pewne ryzyko, jeśli chodzi o lektury, zawsze jest szansa na miłe zaskoczenie.

 

No cóż, zaskoczenia nie było.

Ida Brzezińska należy do wielce szanowanego, starego rodu czarodziejów. Ma od dawna ustalony scenariusz życia, rodzice dopięli go na ostatni guzik, tylko coś ze strony głównej zainteresowanej nie ma współpracy. Dziewczyna nie chce być czarownicą, ba! ona nawet nie ma magicznych zdolności. Ma za to swój własny plan na życie, a przynajmniej na nadchodzące parę lat. Chce studiować. Pamiętacie co pisałam o sztampowej historii? Oto i ona. Jestem zwyczajna, nie mam żadnych zdolności, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Taki właśnie jest początek tej historii. Potem nie jest lepiej, ogólny zarys z podobnych książek się nie zmienia. Nagle okazuje się, że bohaterka zdolności ma i to nie byle jakie – bo bardzo rzadkie; pojawia się zagrożenie, któremu przecież tylko ona może sprostać, choć w tym wypadku, jak się potem okazuje – nie do końca może. Ale to jest jeden i ten sam schemat. I nie mówię, że jest to coś bardzo złego, schemat taki lub inny odnajdzie się praktycznie w każdym dziele literackim. Inna sprawa jeśli jest on połączony, na stałe chyba, z danym typem bohatera.

Od dawna mam ogromny problem z postaciami kobiecymi w literaturze fantasy. Są one zwykle infantylne, zbyt emocjonalne, uparte i w ten, czy w inny sposób overpowerowe. I tak jak wykreowane przez pisarzy postacie męskie do mnie przemawiają, tak do tej pory na palcach jednej ręki mogę policzyć naturalne i  realistyczne książkowe kobiety. I mówię tu o bohaterach pierwszoplanowych, bo zadziwiające jest to, że jeśli tylko zwrócimy uwagę na drugi plan, to tam już znajdziemy od groma ciekawych, dobrze napisanych bohaterek, do których od razu czuje się sympatię.

Tytułowa Szamanka (którą oczywiście jest Ida) jest medium, widzi zmarłych, przeprowadza ich na tamten świat, może wywoływać duchy i z nimi rozmawiać. Widzi je od małego, o czym oczywiście nikt z rodziny nie wie, i niby jest dla niej to normalne, niby niezbyt się ich boi, ale jak przychodzi co do czego, to na widok ducha reaguje strachem i obawia się zawału serca. Niby przeszła szkolenie u świetnego, a nawet najlepszego w kraju, medium, ale nie wie bardzo prostych, wręcz podstawowych rzeczy. Trochę mnie to denerwowało, zwłaszcza w połączeniu z Idową (podłapałam z książki) ignorancją. Poza tym jest, przynajmniej przez większość czasu, mdła i irytująca. Książka w ogóle cierpi na brak dobrze zarysowanych postać, bo pomijając Teklę – ciotkę i mentorkę Idy, reszta postaci… po prostu jest, ot i tyle można o nich powiedzieć. Brakuje im charakteru.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam na Szamankę od umarlaków, to napiszę trochę o tym, dlaczego jednak można po nią sięgnąć. Przede wszystkim dla fajnej, wciągającej i miejscami nawet nieco zaskakującej fabuły. Historia prowadzona jest całkiem zgrabnie, nie obywa się bez potknięć i porzuconych wątków takich jak wymarzone studia Idy, ale myślę, że na dłuższą metę, to bardzo nie przeszkadza. Chciałabym poznać troszkę więcej mechanizmów rządzących wykreowanym przez Martynę Raduchowską światem, ale liczę się z tym, że nie zawsze udaje się wpleść takie opisy, by pasowały do reszty. Może w drugim tomie trochę więcej poznam to uniwersum, mam parę pytań i chciałabym poznać na nie odpowiedzi. Jednak, co muszę przyznać otwarcie, bardzo mało jest tutaj jakichkolwiek opisów, zwłaszcza na początku, kiedy tempo akcji na to pozwalało. Cierpi na tym trochę atmosfera całości, gdyż większość czytelników jednak lubi mieć pojęcie o otaczającym bohatera świecie, zwłaszcza, jeśli jest to świat w pewnym sensie rzeczywisty. (tak, znowu na coś narzekam…)

Muszę powiedzieć, że Szamankę czyta się szybko i przyjemnie. Historia potrafi wciągnąć i dać zapowiedź naprawdę ciekawej, a przynajmniej taką mam nadzieję, drugiej części. Klimatyczne ilustracje świetnie uzupełniają całość i podsycają wyobraźnię. W ogólnym rozrachunku nie czuję, że zmarnowałam poświęcony na nią czas, ale wiem, że raczej do tej lektury już nie wrócę.

Czy polecam?

Właściwie tak. Wiem, że wiele osób może zirytować i odstraszyć główna bohaterka ( tak jak mnie przez większość czasu denerwowała), dlatego nie napiszę, że to pozycja dla każdego. Mogę jednak napisać, że jeśli ktoś będzie szukał czegoś lekkiego do przeczytania i nie będzie mu przeszkadzała Ida, to może po nią spokojnie sięgnąć. Szamanka od umarlaków potrafi rozbawić i zaskoczyć, wciągnąć w zgrabnie napisaną historię i umilić kilka wieczorów. W sumie, potrafi też wzbudzić niepokój, zwłaszcza w połączeniu z niektórymi sugestywnymi ilustracjami. Takie umiarkowanie mroczne, wyważone urban fantasy z humorem, intrygą i całkiem zgrabnie napisaną fabułą – tak w skrócie.

Moja ocena – 6/10

Dziękuję wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania Szamanki od umarlaków i wybaczcie, że trafiliście na takiego marudnego czytelnika . :D

A teraz zabieram się za drugą część czyli Demona Luster, zobaczymy co nam przyniesie, bo z opisu zapowiada się całkiem fajnie.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!