Kontradmirał Bill Galinis powiedział podczas swojego wystąpienia na ważnej imprezie, że marynarka wojenna USA nie lubi zbyt wielkich nowości, a raczej woli bawić się w praktykę rodem z mitologii ze statkiem Tezeusza w roli głównej. Preferuje bowiem nie konstruowanie od zera nowych okrętów, a modernizację tych starych i obecnych, co obniża czynniki ryzyka dla całego projektu, umożliwiając marynarce wojennej i przemysłowi skoncentrowanie uwagi na nowych technologiach.

Czytaj też: Następne okręty wojenne Marynarki USA będą podobne do niszczycieli Zumwalt

Jednym z przykładów takiej praktyki są niszczyciele klasy Arleigh Burke, które dołączyły do floty marynarki USA w 1991 roku. Do tej pory ta eksploatuje aż 67 z nich i złożyła zamówienie na 15 kolejnych. Nic dziwnego, bo te są najbardziej udaną klasą niszczycieli od czasu II wojny światowej i jakoś nikt nie ma nic przeciwko temu, że są w niemal ciągłej produkcji przez ponad trzydzieści lat. Do tej pory doczekały się trzech ulepszeń… i nadal radzą sobie świetnie.

Nie to co nowe niszczyciele rakietowe klasy Zumwalt, które zostały zbudowane od podstaw jako zupełnie nowe statki i już praktycznie od początku napotykały problemy konstrukcyjne. Ba, trzy z nich przejdą nawet ogromną przemianę, witając na pokładzie broń laserową, więc ewidentnie coś przy nich się nie udało.

Dlatego też marynarka USA wyszła z nowym projektem okrętu, który z łatwością pełniłby swoją służbę przez ponad pół wieku. Te opierałyby się na sprawdzonych już rozwiązaniach, które delikatnie poddano by modernizacji, ale ogólnie zachowałyby wygląd starych Arleigh Burke. Zapewniałyby jednak to, co najważniejsze – uniwersalność, przyzwyczajenie do powszechnych rozwiązań i łatwość w modernizacji. Wiecie, coś w stylu „standardu wśród niszczycieli”.

Czytaj też: Amerykańscy marines testują broń laserową do niszczenia dronów

Źródło: Popular Mechanics

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej