Nie ma co ukrywać, urządzenia z serii P Lite cieszą się w Polsce niezwykłą popularnością. Często widnieją one jako smartfony za „przysłowiową złotówkę” u operatorów i dzięki swojej wysokiej jakości wykonania, zostawiają większość konkurencji w tyle. Czy P20 Lite zamierza kontynuować tę świetną passę dla Huawei?

Bękart iPhone’a X

Na pewno na pierwszy rzut oka P20 Lite może przykuć oko jedną cechą, a mianowicie swoim wyglądem. Trzeba przyznać, że smartfon może spodobać się wielu osobom, dzięki swojemu mocno zbliżonemu do iPhone’a X wzornictwu. Są zaokrąglone krawędzie, ekran ładnie pokrywa większą część powierzchni przedniej i jest oczywiście to paskudne wcięcie na górze panelu. Prawdę mówiąc, nie rozumiem jego implementacji, zwłaszcza patrząc przez pryzmat pojawiającej się pod wyświetlaczem belki z logo producenta. Nie mniej jednak jest w P20 Lite coś przyciągającego i zdecydowanie pozytywnie wyróżnia się on na tle konkurencji w swojej ofercie cenowej (około 1500 złotych).

Nie zdziwi jednak fakt, że w 2018 roku praktycznie cały smartfon wykonany jest ze szkła. Zarówno przód, jak i tył jest odpowiednio otulony tym materiałem, choć wierząc specyfikacji producenta, nie jest to żadne Gorilla Glass (nie mam też pewności, czy tył to nie imitujący szkło plastik). Boki wykonane zostały ze specyficznego w dotyku, matowego metalu, który całkiem nieźle komponuje się z całą resztą, a przy okazji usprawnia nieco sam chwyt. Mam szczere wątpliwości, czy P20 Lite wytrwa jakieś większe uderzenie, dlatego z miejsca radziłbym wyposażyć się w jakąś formę szkła hartowanego.

Samo urządzenie trzyma się w ręku dość nieźle, biorąc pod uwagę jego, moim zdaniem, kompaktowe rozmiary. Swobodnie operowałem telefonem w różnych sytuacjach i raczej nie miałem większych problemów z wygodą użytkowania. Jedynym mankamentem jest wystający z tyłu obudowy aparat, który powoduje chybotanie konstrukcji, kiedy postanowimy odpisać komuś na wiadomość, gdy telefon leży na stole. To mała rzecz, ale czasem potrafi sfrustrować.

Wyświetlacz to nic innego jak tani w wyprodukowaniu LCD, wykonany w technologii LTPS IPS. Przekątna ekranu wynosi 5,84 cala i generuje rozdzielczość 2280 na 1080 pikseli – współczynnik 19:9. Wynik zagęszczenia pikseli jest naprawdę imponujący, bo mamy tu do czynienia z 432 pikselami na cal. Sam panel cechuje się naprawdę niezłymi kolorami, dobrym kontrastem, stosunkowo wysoką jasnością, a także jak na IPS-y przystało – bardzo dobrymi kątami widzenia. Wyświetlacz zaskoczył mnie naprawdę pozytywnie i w sumie jak na tę półkę cenową nie mam mu nic do zarzucenia.

Moc w wersji Lite

Huawei P20 Lite napędzany jest przez procesor HiSilicon Kirin 659 oraz jednostkę graficzną Mali-T830 MP2. Wszystko to wsparte jest przez 4 GB pamięci RAM, a mój egzemplarz testowy miał 64 GB przestrzeni na dane.

Tutaj przyznam szczerze, że Chińczycy mocno mnie zawiedli. P20 Lite napędzany jest przez tę samą jednostkę, co starszy już Huawei P Smart czy Honor 9 Lite. W tych pieniądzach oczekiwałbym implementacji nieco nowszego, szybszego układu. Kirin 659 oczywiście umożliwia komfortowe użytkowanie, choć raz zmusił mnie on do restartu całego urządzenia z racji bliżej nieuzasadnionego spadku płynności działania. Nie jestem też specjalnie zachwycony wydajnością w grach, co zresztą można wywnioskować po słabych wynikach układu graficznego w testach syntetycznych. Mali-T830 radzi sobie z wyświetlaniem prostszych produkcji, ale odczuwałem delikatny dyskomfort, gdy musiałem uruchomić jakiś tytuł wyświetlający bardziej złożone elementy 3D. Pod tym aspektem, jeśli chodzi o średnią półkę cenową, Huawei niewiele się poprawił.

Historia o EMUI – epizod 8

P20 Lite napędzany jest przez Androida Oreo, a dokładniej wersję 8.0, na którego to nałożono nakładkę EMUI 8.0. Mój ostatni kontakt ze smartfonami Huawei miał miejsce jakieś kilka miesięcy temu, ale prawdę mówiąc, niewiele się tu zmieniło. Nadal EMUI przypomina dziwną mieszankę iOS z Androidem, co akurat w tym przypadku nie jest dużą wadą. To stosunkowo miła dla oka oraz intuicyjna nakładka, do której wepchnięto na siłę całą masę różnych funkcji. Z większości z nich praktycznie nie skorzystałem ani razu, choć zapewne znajdą się tu aplikacje czy opcje, bez jakich grono osób nie widziałoby życia.

EMUI w trakcie moich testów działało stabilnie i nie powodowało jakichś większych napięć z aplikacjami. Sporym problemem jest jednak sam notch, który nie jest jeszcze natywnie wspierany przez Androida. EMUI też nie dokłada tu swojej cegiełki, przez co na ekranie P20 Lite potrafiły mi się pojawić jakieś małe, wizualne artefakty w kilku aplikacjach. Jeśli programiści Huawei chcą uzasadnić obecność notcha oraz swojej nakładki, to dobrze byłoby połatać jeszcze istniejące luki w oprogramowaniu Google.

Czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal

Aparat główny w P20 Lite został wyposażony w dwa obiektywy – jeden z nich ma rozdzielczość 16 MP, drugi 2 MP, ich przysłona zaś to f/2.2. Nie ma tu w zasadzie wiele więcej do dodania, bo kamerka nie została wyposażona w jakąś większą ilość ciekawszej technologii. Nie mniej jednak fotografie robione P20 Lite wychodzą naprawdę nieźle, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Szczegółowość jest całkiem niezła, odwzorowanie kolorów również stoi na dobrym poziomie. Po lekkim przybliżeniu widać jednak braki w postaci nieobecności jakiejś lepszej technologii stabilizacyjnej. Obiekty na dalszym planie zaczynają się mocno rozmazywać, a w dodatku pojawiają się lekkie szumy. W nocy jest jeszcze gorzej i aparat ma jeszcze większy problemy z wyłapaniem ostrości, co przekłada się na niewyraźne obiekty. W akompaniamencie pojawiają się też jeszcze większe szumy czy nieprzyjemny efekt ziarna.

Huawei P20 Lite oferuje nagrywanie w rozdzielczości maksymalnie Full HD oraz 30 klatkach na sekundę, co wynikiem jest średnim, nawet jak na tę półkę cenową. Brak optymalizacji spisuje nagrywanie wideo na ogromną stratę, co zresztą widać po próbkach poniżej. Obraz trzęsie się niemiłosiernie, choć kamerka sama z siebie nie ma większego problemu z szybkim łapaniem ostrości. Poza tym cała reszta spisuje się nad odpowiednim poziomie, nic więcej do zarzucenia filmikom nie mam.

Przednia kamerka ma rozdzielczość 16 MP i dobrze radzi sobie z fotkami typu selfie. Efekt jest naprawdę niezły, choć P20 Lite ma tendencję do narzucenia swoich „filtrów upiększających”… nawet w delikatnej ilości, gdy te są całkowicie dezaktywowane. W nocy rzecz jasna dopada ją ten sam problem, co w przypadku większego brata – zdjęcia tracą na jakości.

Huawei P20 Lite dość nieźle radzi sobie z pracą na baterii, której pojemność w tym przypadku wynosi 3000 mAh. Na telefonie wykręcałem wyniki w granicach 4-5 godzin Screen-On-Time, choć w trybie czuwania z włączonym Wi-Fi oraz synchronizacją, urządzenie wytrzymywało ponad półtorej dnia. Sprzęt ładowałem stosunkowo rzadko, najczęściej w środku dnia w pracy. Akumulator po prostu jest ok, ale szału większego nie robi.

Godny następca?

Czy zatem Huawei P20 Lite ma szansę zostać następnym królem ofert operatorów? Pewnie tak, bo jest potencjał na to, że pojawi się on tam w wielu lepszych okazjach, niż w normalnych sklepach. Normalnie kosztuje on bowiem około 1500 złotych, co moim zdaniem jest zdecydowanie za wysoką ceną. P20 Lite konkuruje na tej półce z LG G6 czy Xiaomi Mi A1/Mi 6, które ewidentnie lepiej sprawdzają się pod praktycznie każdym aspektem.

Czy warto kupić P20 Lite? Za tę cenę – nie. Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę kawał dobrego sprzętu, ale szczerze mógłbym go polecić dopiero gdzieś w granicach 1000 złotych. Jest jednak szansa na to, że dostaniecie go przy niskim abonamencie „za złotówkę” u swojego operatora i w takim scenariuszu sprawdzi się on wyśmienicie.

    Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!