WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Poprawność polityczna i mizoginizm, czyli trochę o nominacjach do Oscarów 2020

Nominacje do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej ogłoszono zaledwie wczoraj. Jednak już możemy przeczytać o tym, jak bardzo krzywdzące, patriarchalne i niepoprawne/albo poprawne politycznie będą tegoroczne Oscary. Dlaczego?

Jak zwykle kłótnie dotyczą kategorii „Najlepszy film”

W ubiegłym roku Oscara w tej kategorii zgarnął Green Book, który skradł moje serce i, jak widać, nie tylko moje. W świetny sposób opowiadał o dyskryminacji rasowej, bez stygmatyzowania i pokazywania, że któraś ze stron jest zła. Jednak wyreżyserował go biały mężczyzna, więc pojawiły się narzekania. W tym roku już zarzucono, że w głównej kategorii nie ma żadnej produkcji, która przedstawiałaby problemy na tle koloru skóry. Rasowe mamy, w końcu jest Jojo Rabbit. Jednak Najlepszy Film zdominowały białe filmy, a to niektórych boli. Jeszcze dokładniej – filmy o mężczyznach nakręcone przez mężczyzn. Wyjątkiem są Małe Kobietki w reżyserii Grety Gerwig, choć zarzuca mu się brak kolorowej obsady.

Podobnie jest w innych kategoriach, które w tym roku, są dla niektórych wyjątkowo zbyt „białe”. I w tym momencie tracimy całkowicie sens Oscarów, które, podobno, miały być nagrodami za wybitne osiągnięcia w kinematografii. W Najlepszym filmie doceniamy całokształt, Najlepszy aktor ma uhonorować tego, kto na tle innych gwiazd wyróżnił się najbardziej.

Oczywiście, że kinematografia jest zdominowana przez białych mężczyzn

To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Podobnie jak fakt, że takie nierówności fajnie jest niwelować, bo różnorodność nie jest niczym złym. Dzięki niej dostajemy filmy, które zapadają nam w pamięć. Przykładem jest choćby Midsommar, które w nawale standardowych horrorów było czymś, czego wcześniej nie mieliśmy. Równie dobrym przykładem jest faworyt tegorocznej gali – Joker. Niby kino z gatunku superbohaterskiego, a jednocześnie wybijające się z tego nurtu jak tylko można. Jednak filmów nakręconych przez kobiety jest zdecydowanie mniej i ta dysproporcja bardzo rzuca się w oczy.

Patrząc na zestawienie najlepiej zarabiających filmów wszech czasów i analizując 10 pierwszych miejsc można zauważyć, że niestety żaden z nich nie został nakręcony przez kobietę. Czy wynika to z braku zaufania do kobiet za kamerą, a może właśnie z tego, że takie produkcje mniej zarabiają. A może już dawno stworzyło nam się błędne koło, z którego nie wiadomo jak wyjść? Ciężko powiedzieć. Na 11 miejscu jest już Kraina Lodu 2, gdzie współreżyserką jest Jennifer Lee. Potem znowu nic i Kraina Lodu ponownie z tą samą reżyserką. I znowu długa przerwa, aż do miejsca 25., na którym znajduje się Kapitan Marvel.  Podobnie w przypadku zestawień z najlepszymi filmami. W pierwszych dziesiątkach zwykle nie ma filmów reżyserowanych przez kobiety, chyba, że są to zestawienia roczne. Np. w zestawieniu za rok 2019 przygotowanym przez IMDB mamy Kłamstewko w reżyserii Lulu Wang. Są to jednak pojedyncze przypadki.

I z jednej strony możemy powiedzieć, że widzowie nie lubią filmów kręconych przez kobiety

Wiecie, napisać można wszystko. Widzowie nie chcą filmów kręconych przez kobiety, więc nie chodzą na nie do kina. Przekłada się to na mniejszy box office, a to na mniejszy udział kobiet na stanowisku reżysera. Jednak warto się zastanowić, czy to faktycznie wina widzów? Jak wiele osób, które idą do kina raz w miesiącu sprawdza, czy aby to nie kobieta go nakręciła. Najczęściej zachęca nas zwiastun, opis i pozytywne recenzje. Jasne, czasem zachęca lub zniechęca nas sam reżyser, ale czy ma to związek z płcią? Szczerze wątpię, by takich przypadków było więcej niż kilka w skali tysiąca. Zastanowić powinniśmy się raczej nad tym, czy daje się szanse kobietom na tworzenie dobrych filmów. W tym przypadku naprawdę ciężko stwierdzić jak wygląda to od kuchni. Czy faktycznie mając do wyboru kobietę z ogromnym doświadczeniem w danym gatunku bierze się mężczyznę, który nie ma o tym zielonego pojęcia. Czy może po prostu panie się nie zgłaszają.

Inaczej jest w przypadku tematyki. Kapitan Marvel czy Wonder Woman pokazują, że kino superbohaterskie potrzebowało i nadal potrzebuje głównych roli kobiecych. Na szczęście opuściła nas tendencja do stawiania płci pięknej w roli ozdoby danej produkcji. Kobiety w kinie są coraz silniejsze, często grają główne skrzypce i skupiają wokół siebie uwagę nie tylko wyglądem. Ba, nawet zastępuje się role od dawna męskie bohaterkami, w końcu Doktor Who też jest teraz płci żeńskiej.

Dlaczego więc Oscary 2020 mają tak niewiele filmów o kobietach w kategorii głównej?

Cóż, głównym i zasadniczym powodem był chyba brak takowych w ubiegłym roku. Prócz wspomnianych już Małych Kobietek nic nie wyróżniało się na tyle, by trafić do tej kategorii. Nie oznacza to, że inne pozycje na liście są tylko o mężczyznach. Dowodem jest chociażby Historia małżeńska i Jojo Rabbit z docenionymi rolami Scarlett Johansson. Jednak patrzenie na dane produkcje przez pryzmat płci wydaje mi się bardzo krzywdzące. Jeśli dana historia wymaga mężczyzn w obsadzie to nie powinno być to czymś, co od razu zostaje uznane za dyskryminację.

Domagajmy się nie większej ilości filmów o kobietach kręconych przez kobiety (i mężczyzn też) w głównej kategorii Oscarów, ale powstawania dobrych produkcji o takiej tematyce i z takimi twórcami. Chodźmy na nie do kina i doceniajmy je. Jednak nie domagajmy się, by takie filmy z urzędu znajdowały się na liście, bo to niedorzeczne.

Podobnie jest w przypadku tematyki rasizmu, czy obecności bohaterów z innym kolorem skóry niż biały lub z bohaterami LGBTQ+

 Jednego roku powstają godne nagrodzenia produkcje, innego nie. To nie jest coś, co tworzone jest systematycznie rok w rok. I nie ma obowiązku, by w nominacjach takie produkcje się znalazły. Pamiętajmy, że przecież Oscary mają nagradzać pewne osiągnięcia, a nie być czymś, co z urzędu się należy. Warto byłoby zacząć patrzeć właśnie na filmy, jako produkcje o ludziach opowiadające daną historię, a nie coś o mężczyznach, osobach o różnych kolorach skóry, czy orientacjach. Powinniśmy raczej zwracać uwagę na to, czy dany seans nam się podobał, kto aktorsko się wyróżnił, a nie na to, czy w danym filmie jest więcej aktorów białych.

Nie oznacza to, że taka różnorodność nie powinna występować. Wręcz przeciwnie. Jednak powinniśmy dążyć do tego, by była czymś normalnym, na co, w rezultacie, nie musimy nawet zwracać uwagi. A nie narzekać na Oscary, bo samo narzekanie niczego nie zmieni. Od narzekania nie dostaniemy więcej kobiecych filmów, czy produkcji z kolorową obsadą. Dostaniemy je wtedy, gdy tym, co je robią będzie się to opłacało, czyli wtedy, gdy będziemy chodzić na nie do kina. Jest popyt, jest i podaż, to bardzo prosta zależność.