WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja komiksu Deadpool Classic

Deadpool to postać, którą najłatwiej określić, jako politycznie niepoprawna. Po kasowym sukcesie filmu sprzed dwóch lat polski czytelnik dostał w końcu okazję zaznajomienia się z perypetiami najemnika z nawijką w wersji nowej i klasycznej.

Debiut Deadpoola miał miejsce na kartach komiksu The News Mutants #98 w roku 1991. Scenarzysta Rob Fiefeld podobno tak kombinował, aby przestawić fanom Marvela postać nawiązującą do Deadstroke’a, czyli antagonisty Batmana z uniwersum DC Comics. Projektem wizualnym postaci zajął się Fabian Nicieza. I tak, ekspert od broni białej oraz palnej z Gotham zawitał w świecie X-Man.

Mimo masowego zalewu rodzimego rynku komiksami w latach 90., Deadpool nie ukazał się, czekając na swoją kolej dwie dekady. Zielone światło dała udana adaptacja filmowa z 2016 roku, która nie tylko trafiła w gusta komiksowych wyjadaczy, ale także nieoświeconej gawiedzi obcującej z historiami obrazkowymi raczej odświętnie. Co ciekawe, po Deadpoola sięgają częściej panie niż panowie, o czym dowiedziałem się w lokalnym sklepie komiksowym.

Egmont najpierw opublikował serię poświęconą Deadpool’owi wydawaną na łamach, dość kontrowersyjnego dla niektórych, Marvel Now! Na zachodnim rynku była jednak dodatkowa możliwość dorwania tomów zbiorczych, porządkujących pierwsze przygody najemnika jeszcze z szalonych lat 90. Opasłe tomy Deadpool Classic mają za cel przemówić przede wszystkim do rodzimych czytelników, których ominęła złota dekada końca XX wieku, bowiem skompletowanie zeszytów z tamtego okresu zadaniem łatwym i tanim wcale nie jest. W marcu swoją premierę powinien mieć właśnie tom czwarty, ale na warsztat weźmiemy wcześniejsze pozycje.

Deadpool, to tak naprawdę Wade Wilson – niegdyś dobry żołnierz, a potem najemnik nieszczędzący ołowiu na nikogo, o ile zapłata była odpowiednia. Jego życie dalekie było od ideału, ale moment, w którym dowiedział się o nieuleczalnej chorobie w postaci złośliwego raka wywrócił dosłownie wszystko do góry nogami. Na wskutek dalszych perypetii Wade wpada w podłe łapska naukowców z projektu Broń X – tego samego, który zamienił Logana w chodzącą maszynę do zabijania.

Wade nie był mutantem, jak choćby członkowie z kółka wspólnej adoracji szkoły Xaviera, albo fanatycy Magneto z Bractwa. To zwykły człowiek z krwi i kości, poddany szalonym i brutalnym eksperymentom zaszczepienia mocy mutantów, dzięki czemu uzyskuje m.in. zdolność regeneracji jak u Wolverina, ale na znacznie wyższym poziomie. Problem w tym, że całkiem pokręcony i cyniczny drań, na wskutek tortur i eksperymentów traci całkowicie rozum, stając się nieobliczalnym, szalonym, psychicznie wywróconym na drugą stronę zwyrodnialcem, któremu nigdy nie zamyka się gęba. Plus eksperymenty tak oszpeciły naszego przyjaciela, że wygranie konkursu piękności staje się marzeniem ściętej głowy.

Odsuwając na bok wspominki z dzieciństwa Deadpoola, tak właśnie najłatwiej określić jego przygody – nieprzewidywalny zlepek eksplozji, szaleństwa i burzy hormonów. Do naszych rąk ląduje tom drugi i trzeci, obity w twardą, porządnie wykonaną okładkę. W każdym tomie czeka nas 240 stron czarnego humoru i cała masa groteski. Komiksy wydrukowano na dobrej jakości papierze kredowym, odświeżając nieco warstwę wizualną, co przemawia bardziej za kupnem tej edycji zamiast żmudnego szukania oryginalnych wydań. Dla przykładu tom drugi zwiera perypetie z zeszytów ukazujących się w 1997 roku. Do tego jeszcze dochodzi annual z tego samego okresu, gdzie u boku antybohatera występuje Daredevil. Gościnnie zobaczymy później Bullseye i Typhoid Mary.

Mało atrakcji? Jeśli nie przegapiliście pierwszego tomu, to wiecie, że moce regeneracyjne Wilsona uległy popsuciu. W jego fachu i przy jego szczęściu, to niemal wyrok śmierci zwłaszcza, gdy ma się wiele wrogów w świecie najemników. Na szczęście pojawia się pomocna dłoń, choć od osoby zasługującej na powolną śmierć, bowiem odpowiedzialnej za katusze Deadpoola w projekcie Broni X. Aby przywrócić poprzednią zdolność fizyczną pokręconego dowcipnisia potrzebna będzie krew Hulka. Tak, dobrze słyszycie – tego Hulka, wymieniającego pięści z Thanosem i innymi największymi zabijakami świata Marvel.

Tom trzeci kontynuuje rozterki emocjonalne gadatliwego najemnika, który dodatkowo teraz ma stanąć przed swoim śmiertelnym wrogiem T-Rayem. Najpierw jednak utniemy sobie krótką wycieczkę do akwarium, co zaowocuje nieoczekiwaną podróżą w czasie. Trafimy do epoki, gdzie autorzy sięgnęli po klasykę komiksu. Chodzi o drugi pojedynek młodego Spider-Mana i Kravena Łowcy, co miało miejsce na krótko po pokonaniu Zielonego Goblina. Ten klasyk rysowany jeszcze ręką Johna Romity pod koniec tomu zobaczymy jeszcze w oryginalnej formie.

Przykładowo, prócz Peta’a Woodsa nad tomem trzecim pracowali ilustratorzy tacy jak Shannon Denton, Ed McGuinness i Walter McDaniel, dlatego musicie być gotowi na żonglowanie przeróżnymi stylami, co kilkanaście stron. Ogólnie oba tomy Deadpool Calssic przez większość czasu przedstawiają minimalistyczną, lekką formę rysunków, momentami przypominając nawet nieco stylistykę z azjatyckiego komiksu. Niemniej akcja jest wartka, a dynamika wycieka z poszczególnych kadrów. Odświeżenie kolorów i odpowiedni papier poprawia ogólny odbiór, choć klasyczny najemnik z nawijką trochę już odstaje od współczesnej estetyki komiksów superbohaterskich, choć raczej tyczy się to poszczególnych przygód aniżeli ogólnej całości.

Co do samej lektury, mogę spokojnie polecić ją dojrzalszym czytelnikom, bo treści Deadpoola nie są skierowane do najmłodszych. Komiks przede wszystkim ocieka przemocą. Pamiętajcie, że to nie opowieść o bohaterze, a najemniku (z problemami) żyjącego z wysyłania różnych ludzi na tamten świat. Na szczęście większości to szumowiny, więc rozterki natury moralnej są zredukowane do minimum. Humor jest momentami tęgi, ocierając się czasem o absurd, ale to przecież esencja tej postaci.

Za udostępnienie komiksu dziękujemy wydawcy Egmont