WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja serialu Stargirl – sezon 1, odcinek 5

Stargirl w kolejnym odcinku kontynuuje wprowadzanie kolejnych młodych bohaterów, którzy mają zastąpić zmarłych członków Justice Society of America. Poprzednio dostaliśmy genezę Wildcat, a teraz przychodzi czas na Hourmana w międzyczasie przemycając następczynię dr Mid-Nite. Czy Serial nadal trzyma poziom reprezentowany w poprzednich odcinkach? Zapraszam do lektury recenzji. Będą spoilery.

Już w przypadku Wildcat Geoff Johns pokazał, że potrafi w angażujący sposób pokazać nam młodą osobę, jej motywacje, jej problemy czyniąc ją postacią bardzo bliską odbiorcom. Nie ważne jest, czy przeżyliśmy kiedykolwiek to samo. Yolanda jest bohaterką z krwi i kości, z którą wielu z nas może się w jakiś sposób utożsamić, a nawet jeśli nie, czujemy do niej sympatię. Ogromnym plusem Stargirl jest fakt, że żadna z postaci dołączających do nowego JSoA nie jest wyciągana z kapelusza. Oni przewijają się w tle czekając tylko na swój moment. Mamy już jakieś pojęcie o tym jacy są, oczywiście jest to powierzchowne, ale przecież Courtney jest w tej społeczności nowa, więc i ona patrzy tylko na to, co widać z wierzchu. Razem z tytułową bohaterką dostajemy możliwość poznania ich prywatnych historii.

Czytaj też: Recenzja serialu Snowpiercer – sezon 1, odcinek 5

Dokładnie tak samo jest w przypadku następcy Hourmana – Ricka Taylera, który jest takim szkolnym buntownikiem i rozrabiaką. Tylko, że im bardziej zagłębiamy się w jego historię, tym bardziej przestajemy mu się dziwić. Chłopak wychowywany jest przez wuja, któremu wyraźnie nie podoba się bycie ojcem. Lata temu jego rodzice, by ochronić swoje dziecko, oddali go na wychowanie, a sami zginęli w wypadku samochodowym. Trauma po stracie rodziców nadal w chłopaku siedzi i to ona popycha go do tych wszystkich rzeczy. 5.odcinek nie jest tylko genezą nowego Hourmana, ale również ciekawym wprowadzeniem kolejnego dr Mid-Nite, którym zostaje Beth. To ta wścibska, przesadnie dbająca o rodziców i wiecznie uśmiechnięta dziewczyna, która w poprzednim epizodzie zobaczyła Stargirl i Wildcat w szpitalu. Wtedy też usłyszała imię Yolanda, a potem dodała dwa do dwóch. Gdy przyszła do Courtney zamiast koleżanki ze szkoły znalazła okulary superbohatera i tak dostała dostęp do nieograniczonej wiedzy. Wiecie, to takie gorzej wyglądające okulary Tony’ego Starka. Tylko w tych należących do dr Mid-Nite „siedzi” umysł profesora. Bardzo szybko dziewczyna potrafi się z nim dogadać, bo w końcu ma do czynienia z kimś równie rozmownym co ona. Są to naprawdę zabawne sceny i stanowią idealny balans pomiędzy poważnym i smutnym wątkiem Ricka.

Zarówno Courtney jak i Yolanda tak są zajęte próbą zrekrutowania Ricka, że właściwie ignorują Beth traktując ją raczej jak zbędny balast. Ostatecznie jednak to właśnie ona dzięki swoim superbohaterskim goglom jest w stanie podać racjonalny powód, dla którego chłopak powinien się do nich przyłączyć. On już wie, że jego ojciec był Hourmanem, ale to do niego nie przemawia. Jest ciągle wściekły, ma żal do całego świata, bo czuje się samotny i opuszczony. To wszystko prowadzi nas do najbardziej kluczowej i emocjonalnej sceny tego odcinka. Gdy Rick dowiaduje się, że śmierć rodziców nie była zwykłym wypadkiem i ma możliwość zobaczyć jak to wyglądało. Na twarzy młodego aktora widać tak wiele, że ciężko mu nie współczuć. Geoff John nie popełnia częstych w podobnych produkcjach błędów, więc bohater nie zmienia się nagle w porządnego i dobrego herosa. To nadal ten sam chłopak, pełen bólu i ogarnięty żałobą, jednak jego wściekłość zostaje teraz ukierunkowana. Ma realnego wroga i jasno mówi, że nie zamierza wymierzać sprawiedliwości. On chce zemsty.

Po raz kolejny dostajemy świetnie pokazaną perspektywę młodych ludzi, którzy choć mają realne problemy nie są w stanie oprzeć się przed zabawą powierzonymi im mocami. Widać to w przypadku Beth, a nawet Ricka, choć tam jest to bardziej stonowane i nie psuje klimatu całego wątku. Dodatkowo pomimo bardzo młodzieżowego charakteru serialu nadal jest komiksowo i bardzo ciekawie nawet dla dorosłego widza. I choć znów większość czasu poświęca się na młodych superbohaterów, to twórcy nie zapominają o złoczyńcach dając im krótki, ale dość tajemniczy fragment. Wiemy już, że dyrektorka szkoły i jej gra na skrzypcach mają jakiś związek z Injustice Society of America, choć na razie nie do końca wiemy o co dokładnie w niej chodzi. Pat jednak czuwa cały czas, więc liczymy, że uda mu się w końcu odkryć kto jeszcze w Blue Valley jest złoczyńcą. Najpierw jednak musi zaufać Courtney a na razie wydaje się, że dziewczyna raczej dostanie szlaban.

Stargirl nadal trzyma poziom i jest bardzo dobrym, lekkim serialem. Historia jak i sami bohaterowie angażują, twórcy umieją dawkować zarówno żarty, jak i poważniejsze tematy a to sprawia, że życie naszych młodych superbohaterów wydaje się bardziej realne. Najważniejsze jednak, że tutaj nikt nie zapomina, że serial opowiada o nastolatkach, więc trafiają się wygłupy i potknięcia. Żadne z nich nie wygłasza pompatycznych przemów i tylko Courtney czasem wpada w lekki fanatyzm, ale ona już chyba taka jest i jeśli nie będzie przesadzać, nie przestaniemy jej kochać.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News