WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Testy

Flagowiec Motoroli pod lupą, czyli test modelu One Zoom

Motorola wraca na salony „wyższej średniej półki” modelem One Zoom, który jest również obecnie flagowym modelem tego producenta. Sprawdźmy więc, czy słusznie.

Co w opakowaniu

Pierwsze chwile z Motorolą One Zoom należą do tradycyjnych. Po otworzeniu prostego pudełka i odłożeniu na bok smartfona ze specjalnym, choć prostym gumowym etui zaprojektowanym przez Motorolę docieramy do dodatków. Standardowych pod kątem papierologii, ładowarkę TurboPower, przewodu USB-C, oraz kluczyka do tacki na kartę, ale nieco wyróżniających się przez designerskie słuchawki douszne z zestawem wymiennych nakładek. 

Wykonanie i wyświetlacz

Od razu trzeba sobie powiedzieć jedno – Motorolę One Zoom jedni pokochają, a drudzy znienawidzą już przez jej wygląd. Ten nawiązuje bowiem do nieco starszych czasów, w którym szkło na tyle zastępowało aluminium, lub bliżej nieokreślony metal… ale tylko w teorii.

Plecki w tym 190-gramowym modelu o wymiarach 158 x 75 x 8,80 mm i w tej wersji kolorystycznej są bowiem jedynie stylizowane (i to bardzo dobrze) na szczotkowane aluminium, na które udało mi się nabrać kilku znajomych. Nawet pod kątem samej faktury, ponieważ to nie takie zwyczajne, a satynowe szkło.

Bardziej matowe, przyjemniejsze w dotyku, a przede wszystkim mniej narażone na zbieranie odcisków palców. Jeśli więc należycie do tych, którzy nie są przekonani do stosowania etui, to poczujecie się, jak w domu. Zwłaszcza że za jego ochronę odpowiada szkło Gorilla Glass 3.

Kwestia stricte subiektywna dotyczy również samego modułu aparatu z tyłu. Ten przyjmuje postać podłużnego prostokąta z czterema obiektywami, pod którymi umieszczono podświetlane logo producenta, działające poniekąd, jako dioda powiadomień. Jednak z racji jej pozycji, prędzej ma służyć tylko do pokazywania światu dookoła, z jakiego modelu Motoroli właśnie korzystamy.

Całość uzupełnia zestaw dwóch lamp błyskowych, a na krawędziach nie czai się nic rewolucyjnego. Dolna ugościła port USB-C i port jack 3.5mm, prawa tradycyjny zestaw przycisków (dwa głośności, jeden on/off), a górna pojedynczy głośnik i tackę na kartę nanoSIM (tryb hybrydowy) i microSD do 1 TB. Z kolei lewej krawędzi nic nie przypadło. 

Wyjątkowość One Zoom? Nie dwa, a trzy mikrofony!

Tradycja Motoroli przypadła na sam ekran, którego ramki nie należą do najcieńszych, choć mowa nie o wyświetlaczu LED, a OLED, który przecież nie wymaga dodatkowego podświetlenia. Oczywiście tragedii nie ma, ale górna i dolna belka zdecydowanie nie należy do najcieńszych w obecnej ofercie smartfonów.

Niektórych może odrzucić to, co producent wrzucił na samą górę, a więc 25 Mpx aparat w stosownej półkolistej wnęce oraz dobrej jakości głośnik wykorzystywany głównie podczas rozmów telefonicznych. Do samego wyświetlacza chronionego dziwacznym szkłem – bo o nazwie Panada King -trudno się doczepić, ponieważ swoją specyfikacją powinien sprostać wymaganiom większości.

W grę wchodzi bowiem zajmujący około 84,8% przedniej części smartfona ekran o przekątnej 6,4 cala i rozdzielczości 1080 x 2340 px, co przekłada się na 403 pikseli na cal.

Klasa z wyglądu, średniak z wnętrza

Motorola One Zoom z pewnością nie będzie dzierżyć korony króla w benchmarkach. Chociaż oferuje pokaźne, bo 128 GB pamięci masowej, to już dosyć standardowe 4 GB pamięci RAM oraz układ Qualcomm Snapdragon 675 z układem graficznym Adreno 612. Pozostałe kwestie stricte techniczne uzupełnia czytnik linii papilarnych w ekranie, zestaw czujników (m.in. NFC, akcelerometr, żyroskop, grawitacyjny), układ WiFi w standardzie v802.11 a/b/g/n/ac w paśmie 2,4 i 5 GHz, moduł Bluetooth w wersji 5.0, czy kontroler USB OTG 3.1. Po stronie połączeniowej w postaci GPS.

Kwestia testów w benchmarkach wygląda następująco:

Bateria

Zaplecze energetyczne w postaci 4000 mAh zapewnia modelowi One Zoom ponadprzeciętną wytrzymałość na jednym ładowaniu. Tradycyjnie jednak mowa o albo jednym dniu intensywnego korzystania albo dwóch bardziej zrównoważonych. 

Kwestia ładowania prezentuje się z kolei dobrze, ale nie rewolucyjnie z trybem TurboPower. Finalnie poszczególne stopnie naładowania w przełożeniu na czas prezentują się następująco:

  • 20% w 15 minut
  • 40% w 40 min
  • 80% w 75 min 
  • 100% w 100 min 

Aparaty

Motorola nazwała ten model mianem One Zoom nie bez powodu – to bowiem zestaw aparatów jest w nim najważniejszy. Obecność czterech, to wcale nie przerost formy nad treścią… o ile spodoba Wam się dodatek szerokokątnego (117-stopniowy, 16 Mpx) i telegraficznego (8 Mpx z trzykrotnym przybliżeniem bezstratnym) obiektywu. Pozostałe dwa stanowią bowiem tradycyjny duet 48 Mpx głównego aparatu z przesłoną f/1.7 i optyczną stabilizacją obrazu (ta też zawitała do telegraficznego) i 5 Mpx modułu służącego do wykrywania głębi. 

Poniżej możecie ocenić jakość nagrania przy najwyższych ustawieniach (4K UHD i 30 FPS), choć należy zaznaczyć, że wtedy pozbawiamy się OIS, ale i tak warto, bo przy nagrywaniu w 60 FPS w Full HD nawet stabilizacja nie jest w stanie zmazać ogromnego spadku jakości.

Najwyższej jakości, czyli 12-megapikselowe zdjęcia w formacie 4:3, które są wykonywane w ramach rozwiązania Quad Pixel (stąd 48 Mpx obiektyw główny) prezentują się z kolei następująco: 

W nieprzyjaznych, bo nocnych warunkach jest już dosyć dziwnie – w trybie automatycznym jasność jest zdecydowanie zawyżana i wtedy nawet przejście na tryb nocny nie zdaje się na wiele. Dodatkowo zauważyłem występujące refleksy świetlne przy źródłach mocnego światła, które niwelował dopiero właśnie tryb nocny.

Po pobawieniu się trybem manualnym można jednak wyciągnąć niezłe efekty:

Wrażenia z użytkowania

Tradycyjnie Motka działa na czystym Androidzie, tutaj jego najpopularniejszej obecnie osłonie – Androidzie 9 Pie. Pewne jednak jest, że z czasem doczeka się aktualizacji do Androida 10 tak, jak producent zadbał o optymalizację początkowo dosyć niewydajnego oprogramowania, o którym wspominały testy tego smartfona sprzed kilku tygodni. Tak czy inaczej, wydajność One Zoom jest teraz przyzwoita, dobra, choć z pewnością nietopowa, jak na modele z takiej półki cenowej. 

Nic jednak dziwnego, patrząc na jej specyfikację, która dla wielu będzie cechą nie do przełknięcia. Oczywiście źle nie jest i w ciągu testu nigdy nie wymagał twardego resetu i nie doświadczył chwilowych zwątpień, ale wystarczy włączyć tryb teleobiektywu i pobawić się manualnymi ustawieniami, żeby poddać w powątpiewanie wydajność One Zoom. W codziennych, tradycyjnych pracach takie sytuacje się jednak nie zdarzają, a jego temperatury utrzymywane są w ryzach, choć wysokiej płynności w wymagających grach nie powinniście oczekiwać. 

Podobnie sprawa ma się z systemami odblokowywania, bo choć rozpoznawanie twarzy „zaskakuje” dosyć szybko, to wbudowany w ekran czytnik linii papilarnych łapie często zwyczajną czkawkę i albo wymaga dłuższego przytrzymania, albo w ogóle nie działa. Został jednak umieszczony na odpowiedniej wysokości, więc przynajmniej w tej kwestii Motorola nie dała ciała. Jak zresztą z łącznością – sieć komórkowa, Wi-Fi, Bluetooth i GPS nie sprawiały żadnego zauważalnego problemu w czasie testu. 

Nie zabrakło „motorolowego” odpowiednika Always on Display

W kwestii ustawień jest już nieco słabiej, bo choć znajdziemy flagowe w Androidzie 9 funkcje, to samo dostosowywanie ekranu sprowadza się np. do wybrania nasyconej, wzmocnionej i naturalnej kolorystyki. Znajdziemy w One Zoom również fenomenalną nakładkę Moto, która swoją wyjątkowością na rynku ułatwia nam korzystanie ze smartfonu (aktywacja i dezaktywacja latarki po potrząśnięciu jest wśród nich chyba najlepsza).

Warto też poświęcić kilka słów jednemu głośnikowi na górnej krawędzi – oczywiście mono. Czy jest świetny? Na pewno nie, ale czy dobry? Zdecydowanie tak, a nawet bardzo, bo zaczyna dawać ciała dopiero przy najwyższych poziomach głośności. Jego umiejscowienie jest z kolei kwestią przyzwyczajenia, choć nie ukrywam, że w takim modelu aż prosi się o konfigurację stereo.

One Zoom godnym flagowcem Motoroli?

Jak tu więc finalnie ocenić flagowca w ofercie Motoroli, jakim jest One Zoom? No cóż, do prozaicznych podsumowań to zdecydowanie nie należy i są ku temu solidne powody – to pierwszy raz od długiego czasu, kiedy za smartfon tego producenta przyjdzie nam zapłacić tak wiele, bo ciągle aż 1800 złotych. Za tyle otrzymujemy jednak sporo, bo dobrą wydajność (choć tylko w niewymagających zadaniach), nakładkę Moto, wytrzymałą baterię, najważniejsze funkcje, porty i moduły, świetny design, rychłą aktualizację do Androida 10 i (moim zdaniem) bardzo dobre aparaty. Te zalety przyćmiewa jedynie dziwne umiejscowienie głośnika (szkoda, że nie stereo), brak możliwości dezaktywacji świecącego logo, brak certyfikatu odporności i wątpliwej jakości ochrona wyświetlacza. Takie przeciwstawienie wad i zalet mówi raczej samo za siebie. Stąd poniższe odznaczenia: