WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Test zestawów HTC Vive Cosmos i Cosmos Elite

Test zestawów HTC Vive Cosmos i Cosmos Elite

Moja historia ze sprzętem VR jest bardzo krótka. Kilka pokazów lepszego sprzętu, zabawa Cardboardem i prostymi goglami dla smartfonów. Z tego powodu o faktycznej zabawie VR-em wiem tak naprawdę niewiele. Czas spędzony z goglami HTV Vive i zestawem Cosmos oraz Cosmos Elite doprowadził mnie do kilku bardzo ciekawych wniosków.

Co w zestawie?

Pełny zestaw HTC Vive Cosmos Elite

Otrzymany egzemplarzy testowy składał się z Gogli HTC Vive oraz dwóch zestawów – Cosmos i Cosmos Elite. Każdy z nich zawiera nakładki na gogle i kontrolery. Zestaw Elite do tego posiada dwie satelity, zwane też latarniami, które pozwalają na ustalenie pozycji gracza w trakcie zabawy. Do tego niezbędne okablowanie, ładowarki do padów, zasilacze do satelitów i kontroler Link Box, którym podłączamy całość do komputera.

Szybkie podłączenie… Chyba, że nie uważacie

HTC Vive Cosmos wyróżnia się dodatkowymi kamerami na czole gogli

Zapewne posiadając tylko jeden zestaw sprawa byłaby znacznie prostsza. A tak próbując skonfigurować Vive Cosmos przez nieuwagę zainstalowałem oprogramowanie do zestawu Elite i po jakiś 40 minutach kombinowania dlaczego mi się to wszystko nie łączy zauważyłem, że coś jest nie tak. Po pobraniu odpowiednich sterowników konfiguracja zamknęła się w kilku minutach. Kreator jest bardzo łopatologiczny i sprawnie prowadzi nas po wszystkich etapach.

Pierwsze kroki w innym świecie

Po uporaniu się z podłączeniem czekają nas samouczki i podstawowa konfiguracja rozgrywki. Przede wszystkim zaczynamy od zaznaczenia podłogi. Mając już gogle na głowie za pomocą kontrolera przesuwamy wirtualną kreskę do faktycznego poziomu podłogi. Następnie rysujemy obszar rozgrywki. Za pomocą kontrolera kreślimy obrys wokół wolnej części pomieszczenia. W moim przypadku było to jakieś 2,5 x prawie 4 metry, więc całkiem sporo.

Rozstaw ekranów wewnątrz gogli można (trzeba!) regulować

Po sparowaniu zestawu Cosmos i pierwszej konfiguracji przeniosłem się do aplikacji Origin. To taka wirtualna przestrzeń, w której możemy zobaczyć jak to wszystko działa. Uczymy się poruszania, rozglądania, chwytania przedmiotów i… zachwycamy się widokami.

Nawet prosta zabawa w VR daje masę satysfakcji

Nie mając wcześniej za dużo styczności z wirtualną rzeczywistością nawet proste jeżdżenie zdalnie sterowanym samochodem lub zabawa flamastrem potrafi wciągnąć na dłuższy czas. Uznałem, że pokazywanie zrzutów ekranu lub nagrań z np. gier nie ma żadnego sensu, bo to wcale nie oddaje tego, co widzi gracz w goglach. Oczywiście obraz z gogli może być widoczny na ekranie komputera, ale jest mocno okrojony. Zawiera tylko niewielki wycinek przestrzeni i przede wszystkim nie odwzorowuje skali. Drzewo na ekranie, to drzewo na ekranie. Duże czy małe, nie zrobi jakiegoś specjalnego wrażenia. W świecie VR drzew to… drzewo. Ma 20, 30 metrów wysokości. Jest ogromne. Tak samo jak budynki, samochody, czy dowolne przedmioty. Są faktycznych, rzeczywistych rozmiarów.

Skoro jesteśmy przy prostych rozgrywkach, nawet sobie nie wyobrażacie jak wciągające potrafią być gry takie jak Angry Birds, czy Fruit Ninja. W przypadku tego pierwszego strzelamy z procy, trzymając ją w jednej ręce i naciągając drugą, do stojących przed nami przestrzennych konstrukcji. Co więcej, nie z jednej pozycji, a kilku. Przesuwając się dookoła możemy dostrzec rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy. To wymaga kompletnie innej taktyki niż rozgrywka na smartfonie. W przypadku Fruit Ninja trzymamy w rękach dwie miecze i tniemy wylatujące przed nami owoce. Każde cięcie to faktyczny zamach rękę. 15 minut i pot leje się po… czole.

Poważniejsze gry na VR przechodzi się dłużej niż zwykle

Idealnym tego przykładem jest hit ostatnich miesięcy, czyli Half-Life Alyx. To co grając tradycyjnie zajęłoby nam godzinę, w przypadku VR zajmuje dobre 3-4. I nic dziwnego, bo z pierwszego pomieszczenia w grze wychodzi się po dobrych kilkunastu (co najmniej) minutach. Dlaczego? WOW jakie miasto! WOW jakie roboty! WOW jakie to wielkie! WOW gołąb! WOW podniosłem wiadro. WOW rzuciłem wiadrem w gołębia. WOW piszę mazakiem po szybie! Chwilę po tym przychodzi czas na zachwyt nad grafiką. Nie jest to choćby Metro Exodus z włączonym Ray Tracingiem, ale w grach VR nawet niekoniecznie fotorealistyczna grafika robi większe wrażenie niż ten Ray Tracing.

Rzecz kolejna – przeciwnicy. W tradycyjnej rozgrywce strzelamy sobie do nich beznamiętnie, co najwyżej zaciśniemy zęby jak robi się gorąco. W VR? Jak zobaczyłem 2-metrowie zombie, to uciekłem w ciemny kąt i udawałem, że mnie nie ma kombinując co ja mam z tym bydlakiem zrobić. Jak cisnęło we mnie beczką to cudem ustałem na nogach. To jest bezwarunkowych odruch. W końcu na wysokości głowy leci w Was duża blaszana beczka. Każdy się uchyli. Nie wspominając już np. o wielkim, półmetrowym pająku, który skacze prosto na Was. Odruchowo zaczyna się strzepywanie go z siebie. Skok adrenaliny jest ogromny, a granie zaczyna faktycznie męczyć. I to nie koniec.

Jak musiałem wejść w ciemny tunel, z małą latarką i końcówką amunicji, wiedzą że zaraz coś się na mnie rzuci, to uwierzcie mi, że żaden horror się do tego nie umywa. To jest gwarantowany stan przedzawałowy. Nie ma nawet takiej opcji żebym zagrał w Resident Evil VII w wersji VR. Już Five Nights at Freddy’s mi wystarczyło.

Nie wszystkie gry powinny trafić na VR. Czyli o mdłościach słów kilka

Tak wyglądają gogle bez „czoła”

Przeniesienie się do świata VR nie jest łatwe jeśli gra nie jest dobrze zrobiona. Przede wszystkim pod kątem sterowania i poruszania się. Oglądając gameplaye ze wspomnianego Half-Life’a Alyx kompletnie nie rozumiałem tego skokowego poruszania się w formie teleportu co kilka metrów. Szybko okazało się, że bez tego nie mógłbym grać. Ciężko to sobie wyobrazić, ale sprawa wygląda następująco. Poruszacie się za pomocą gałki kontrolera. Obracać możecie się gałką drugiego kontrolera lub wykonując faktyczne ruchu głowy lub ciała. I teraz suniecie sobie jak duch przed siebie mogąc się przy tym rozglądać. Macie wrażenie, że podłoga się rusza, zaczynają się zawroty głowy i wrażenie, że zaraz się przewrócicie. Dlatego właśnie ważne jest dobrze dopracowane sterowanie. I faktycznie te dziwnie wyglądający teleport okazuje się idealnym rozwiązaniem.

A tak z wyjętą nakładka

Choć zapewne znajdą się ludzie z żelaznymi żołądkami, dla których żaden sposób poruszania się nie będzie stanowić problemu. Ale nawet oni nie przejdą obojętnie od ewentualnych przycięć. Spadek szybkości animacji powoduje momentalny zawór głowy i robi się naprawdę nieprzyjemnie. Dlatego ważne jest posiadanie odpowiednio mocnego komputera.

To nie maska Batmana. To nakładka z wnętrza gogli. Warto ją czasem wyjąć i przeczyścić z kurzu

Gra w wirtualnej rzeczywistości potrafi zmęczyć. Jeśli gramy statycznie i dużo stoimy w miejscu. Wtedy ból pleców jest normą. Z drugiej strony, naprawdę ciężko jest ustać w miejscu. Po zakończeniu zabawy warto chwilę… posiedzieć. Za każdym razem, kiedy od razu po skończonej grze brałem telefon do reki miałem wrażenie, że trzymają go nie moje ręce. Ale pewnie każdy reaguje inaczej.

VR potrzebuje mocnego komputera? Dobrze by było

Oficjalne wymagania gier dostępnych na gogle VR w zasadzie pokrywają się z tradycyjnymi produkcjami AAA. Musimy jednak pamiętać, że komputer musi być w stanie wygenerować obraz w wysokiej rozdzielczości, wysyłany na dwa ekrany jednocześnie i na każdym z nich musi utrzymać 60 klatek na sekundę. To wymaga odpowiednio wysokiej wydajności.

Grając na Ryzenie 5 2600X, przy 16 GB pamięci RAM i grafice GeForce RTX 2070 Super trafiłem na kilka bardzo sporadycznych spowolnień rozgrywki. Co raczej wynikało z jakieś chwilowej niestabilności gry, a nie zbyt słabego sprzętu.

Skąd brać gry? Najlepiej z abonamentu Viveport Infinity

VTC Viveport to sklep z grami. Wzorowany trochę na wyglądzie Google Play. Możemy go przeglądać w formie tradycyjnej aplikacji komputerowej lub stojąc przed wielką, wirtualną ścianą po założeniu gogli. Gry na VR kosztują sporo. Może nie tyle co zwykłe tytuły, ale ceny w okolicach 70-100 zł są normą. Dlatego idealną opcja jest abonament. Działa to tak samo jak Xbox Game Pass, czy Origin Acces. Viveport Infinity kosztuje 69 zł miesięcznie lub 576 zł w opcji rocznej z jednorazową płatnością. Warto!

Daje nam to dostęp do biblioteki kilkuset gier. Od naprawdę śmieciowych produkcji po bardzo dobre i dopracowane tytuły. Pozwala też w zasadzie dowolnie sprawdzać kolejne gry. Abonament nie obejmuje jedynie najlepszych i najdroższych tytułów AAA.

Do grania w VR potrzeba dużo wolnego miejsca – nie prawda. Ale można się zabić o kable

W zasadzie do wygodnego grania wystarczy nam niewielka przestrzeń rzędu 1,5 x 1,5 metra. Tak aby można był zrobić po małym kroku w każdym kierunku, swobodnie się obrócić i machnąć ręką bez uszkadzania otoczenia. W przypadku zestawu Cosmos Elite satelity można powiesić na ścianie lub postawić na czymkolwiek i nie zajmuje to dużo miejsca.

W zasadzie najbardziej problematyczne jest okablowanie. Satelity potrzebują zasilania i tu mamy dwa kable. Link Box jest podłączany do komputera dwoma kablami – USB i DisplayPort oraz trzecim do zasilania. Następnie same gogle też mają swój potężny kabel. Można to oczywiście załatwić bezprzewodowo, ale odpowiedni kontroler kosztuje ok 1500 zł.

Gogle HTC Vive są wygodniejsze niż się wydaje

Wielki ciężki hełm, z malutkimi dziwnymi słuchawkami plus potężny kabel plączący się gdzieś po plecach. W praktyce nie wygląda to tak źle. Gogle nie ciążą na głowie, a po odpowiednim dopasowaniu można w nich bez problemu spędzić nawet kilka godzin. W zasadzie jedynym problemem są próby pochylania głowy do przodu. Wtedy faktycznie czuć ciężar gogli ciągnący do przodu. Słuchawki okazują się nie tylko piekielnie wygodne, ale też generują bardzo dobry dźwięk. A też nic nie stoi na przeszkodzie żeby zamienić je na inne, własne. Można je odpiąć od hełmu.

Pozostaje kabel. Trzeba niestety nauczy się go kontrolować. Jeśli zapomnimy o jego istnieniu można faktycznie się w niego zaplątać. Dlatego też zwyczajnie warto wiedzieć, gdzie aktualnie się znajduje.

Vive Cosmos czy Vive Cosmos Elite? To naprawdę ciężki wybór

Oba zestawy mają swoje wady i zalety. W przypadku wariantu Cosmos są to kontrolery, które będą zdecydowanie bliższe tradycyjnym graczom. Każdy z nich to w zasadzie połówka typowego pada. Sprawdzają się wszędzie tam, gdzie w grze trzeba się sporo poruszać za pomocą kontrolera. Do trackpadów kontrolerów ze zestawu Elite nie mogłem się przyzwyczaić. Mają one jednak inną duża zaletę – są precyzyjne. Do gier takich jak wspomniany wcześniej Fruit Ninja są lepszym wyborem. To też zasługa satelitów, które pozwalają lepiej ustalić naszą pozycję, co przekłada się na dokładniejszą kontrolę nad elementami gier.

Takie dwa satelity śledzą nasz ruch. Dzięki temu gogle wiedzą, gdzie aktualnie się znajdujemy

Kontrolery, jak i sam zestaw Cosmos pozwalają szybko uciec ze świata VR. Wystarczy dwa razy wcisnąć przycisk i widzimy obraz z kamer gogli. To pozwala rozejrzeć się po pomieszczeniu, np. żeby kontrolnie zobaczyć czy pod nami nie śpi kot. Druga zaleta to obszar gry. Dookoła wyznaczonej przestrzeni stoją wirtualne ściany, np. w formie siatki. Kiedy się do niej zbliżymy i się wychylimy – wyjdziemy ze świata VR do naszego pokoju i zobaczymy obraz z kamer.

W przypadku wariantu Elite jedyną opcją zobaczenia otoczenia jest podniesienie przodu gogli do góry. Przekraczając wirtualną ścianę nic się nie wydarzy. Oczywiście nie jest to dużym problemem i łatwo można do tego przywyknąć.

Ostatnia różnica to zasilanie. Kontrolery Cosmos wymagają w sumie czterech paluszków AA dla każdego. Kontrolery Elite mają wbudowane akumulatory ładowane przez port microUSB.

Popularność gogli HTC Vive rośnie. I wcale mnie to nie dziwi

Duża w tym zasługa nowego Half-Life’a, ale zestawy VR HTC sprzedają się jak świeże bułeczki. I nic dziwnego, bo to technologia z ogromną przyszłości. I wiele można tu usprawnić. Gry powinny być jeszcze lepsze i Alyx może być tego koronnym przykładem. Same zestawy powinny też być całkowicie bezprzewodowe, ale to wymaga upowszechnienia odpowiednich technologii, ale też spadku cen sprzętu.

Poczytałem ostatnio sporo recenzji zestawów VR oraz Half-Life Alyx i wnioski z tego płyną bardzo jasne. Osoby, które mają już spore doświadczenie ze sprzętem VR w grze znalazły masę niedociągnięć. Narzekały na sterownie i różne elementy rozgrywki. U osób mniej doświadczonych można było zauważyć głownie czysty zachwyt czymś, czego jeszcze na taką skalę nie było. I to można odnieść do całego sprzętu VR.

Bo jeśli nie macie za sobą kilkudziesięciu lub setek godzin z goglami VR na głowie, sprzętem takim jak zestawy HTC Vive Cosmos i Cosmos Elite będziecie się zachwycać przez długi czas. Sami czy ze znajomymi, macie zapewnione bardzo długie godziny świetnej zabawy. Jeśli jesteście starymi wyjadaczami, na nowy sprzęt i gry będziecie patrzeć jak na smartfony – e lipa, to już było…

Podsumowując, jeśli szukacie rozrywki na poziomie jakiego jeszcze nie doświadczyliście – zestawy HTC Vive to świetna inwestycja. To nie jest zakup na kilka miesięcy, bo ten sprzęt nie starzeje się tak szybko. Decydując się na zakup inwestujecie w rozrywkę na bardzo długi czas.