Każdy wie, jak działają tradycyjne quadcoptery w kwestii lądowania i startowania – utrzymanie pionu podczas  tych manewrów jest kluczowe, ale gdyby to rozwiązanie było najlepsze, to tradycyjne samoloty już dawno by zniknęły. A jednak ciągle nimi latamy i to głównie przez obecne na nich skrzydła, które zapewniają ciąg w poziomie bez wielkiego nakładu mocy (w porównaniu do dronów). Dlatego też projekt ROTORwing może się nam wydać naprawdę ciekawy. 

Czytaj też: Quantum Scorpion i Vector, czyli dron 2w1 dla wojska

W skrócie? ROTORwing od Dzyne Technologies jest połączeniem samolotu i helikoptera w możliwie najbardziej skomplikowany sposób. Jego korpus jest opływowym magazynem na akumulator, komputer pokładowy, masę czujników i kamerę, czyli jest dosyć standardowy, ale na tyle ma dwa dodatkowe śmiegiełka do skręcania. Jednak to na jego szczycie znalazło się to najważniejsze, czyli po prostu ogromne śmigło ze swoimi własnymi śmigłami.  Jego działanie jest banalnie proste – przy starcie dron rozkręca to większe śmigło, startując, jak helikopter. Gdy już znajdzie się na odpowiednim pułapie, prostuje je tak, aby te mniejsze śmigła na powierzchni, przypominającej już skrzydła, mogły rozkręcić się i posunąć go naprzód. Przy lądowaniu proces jest rzecz jasna odwrotny.

Jednak nie taki ROTORwing dobry, jak na to wygląda, choć i tak nie ma wiele wspólnego z problemami konwencjonalnych VTOL. Przy mniejszych silnikach i obłych kształtach zużywa mniej energii i wywiera mniejszy opór w powietrzu, a starty energii przy starcie są rekompensowane podczas lotu horyzontalnego, kiedy to rozpiętość skrzydeł odpowiada za znacznie wydajniejszy lot. A przynajmniej tyle w teorii, bo Dzyne dopiero planuje pierwsze loty z działającym prototypem, który ma ważyć maksymalnie 9 kilogramów. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to jego cena ma odpowiadać tradycyjnym dronom.

Czytaj też: Bojowe chińskie drony CH-4B nie sprawdzają się najlepiej w Jordanii

 Źródło: New Atlas

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej