Larry Laffer – niesforny podrywacz o samoocenie odwrotnie proporcjonalnej do aparycji i umiejętności uwodzenia. To właśnie w jego miłosnych wysiłkach mogliśmy uczestniczyć w przygodowych grach point’n’click, wydawanych z przerwami już od lat 80-tych.

Niestety, ostatnie odsłony serii nie należały do udanych i wszystko wskazywało na to, że bohater odszedł już na erotyczną emeryturę. Dlatego też informacja o tym, że Wet Dreams Don’t Dry jest w produkcji, wywołała u mnie niemałe zaciekawienie, tym bardziej, że twórcy obiecywali pełnokrwistego point’n’clicka, czerpiącego garściami ze „starych, dobrych czasów”…

…i obietnicy tej w dużej mierze dotrzymali. Najnowsze przygody Larry’ego Laffera stanowią istną podróż w czasie (również fabularnie, ale o tym za moment). Mamy tu rozgrywkę polegającą na zbieraniu dużej liczby przedmiotów, łączeniu ich i używaniu w różny, czasem dość nietuzinkowy sposób. Rozwiązania zagadek w zdecydowanej większości są logiczne, choć wymagające kreatywnego, nieraz mocno abstrakcyjnego myślenia.

Warto przy tym nadmienić, że w grze praktycznie nie uświadczymy tzw. pixel huntingu, czyli poszukiwaniu mocno ukrytych, maleńkich przedmiotów na ekranie. To natomiast, co niestety się zdarza, to łamigłówki przekraczające cienką linię logiki, dające się rozwiązać głównie metodą klikania wszystkiego na wszystkim. Ot, klasyka gatunku ze wszystkimi tego konsekwencjami. Na szczęście zagadki sprawiające frajdę, wymagające ruszenia głową, ale nie frustrujące, stanowią tutaj zdecydowaną większość.

Wspomniałem o fabularnej podróży w czasie. Taka też ma miejsce, i to dosłownie! Okazuje się bowiem, że nasz bohater został przeniesiony w czasie prosto z lat 90-tych do XXI wieku. Cel: wrócić do swojej epoki… przy okazji próbując uwieść kilka napotkanych ponętnych dam. Historię trudno określić jako przesadnie złożoną, jednak ani przez moment nie czułem niedosytu – akcja spełnia swoje zadanie, motywując do kolejnych działań i oczekiwania, co będzie dalej. Fascynujący za to jest sposób, w jaki Larry widzi otaczający go świat.

Jako przybysz z minionych lat, nie zna telefonów komórkowych, mediów społecznościowych, influencerów, e-papierosów i wielu innych wynalazków, które dziś są standardem. Poznając je jego oczami, słuchając komentarzy bohatera, można niejednokrotnie zastanowić się, czy aby na pewno wszystko to zmierza w odpowiednim kierunku. Wet Dreams Don’t Dry jest bowiem swego rodzaju satyrą, celnie punktującą dzisiejsze trendy i sposób życia. Krytyka ta jest na tyle sensowna, że pozostawia gracza z niejedną refleksją nawet po zakończeniu przygody.

Technicznie najnowsza odsłona serii Leisure Suit Larry stoi na przyzwoitym poziomie. Cała szata graficzna wykonana została w dwóch wymiarach, w nieco komiksowym stylu, przywodząc momentami na myśl kreskę użytą w The Curse of Monkey Island. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, byłby to nierówny poziom zaprezentowanych scenerii.

Niektóre z nich prezentują się świetnie, pełne są szczegółów, przejść kolorów, cieni i innych technik artystycznych, podczas gdy innym brakuje detali, bardziej pasując do mniejszych gier niezależnych. Na szczęście rozrzut jakościowy nie jest na tyle duży, by wybijał z wczucia w klimat gry. Niemniej, porównując oprawę wizualną Wet Dreams Don’t Dry do wydanego jakiś czas temu remake’u pierwszej odsłony serii, można czuć się nieco zawiedzionym.

Złego słowa nie powiem za to pod adresem muzyki i udźwiękowienia. Ta pierwsza dobrze oddaje nastrój panujący w grze, nie wybijając się jednocześnie na pierwszy plan, co uważam za dużą zaletę. Wszystkie dialogi zostały z kolei udźwiękowione, a dubbing wypadł nad wyraz dobrze – głosy pasują do postaci, kwestie wypowiadane są naturalnie, z odpowiednim zabarwieniem. Znacznie gorzej, niestety, prezentuje się polska wersja gry. Przetłumaczone zostały (co nie dziwi) wyłącznie napisy, jednak jakość translacji pozostawia sporo do życzenia.

Sporo tu błędów wynikających najprawdopodobniej z nieznajomości całego materiału źródłowego. Przykładowo, w pewnym miejscu możemy trafić na tabliczkę (ang. plate), przetłumaczoną jako „talerz” (również plate). Największym zgrzytem jednak jest brak polskich znaków w użytym w grze foncie. Skutkuje to tym, że cały wyraz napisany jest jedną, odpowiednią dla gry czcionką, podczas gdy wszelkie ż, ś, ć itp. to ordynarny Arial – aż wionie brakiem profesjonalizmu. Tyczy się to również menu gry. Zaletą za to jest kreatywne podejście do nazw własnych – te są przetłumaczone pomysłowo i zazwyczaj z polotem.

Na koniec pozostawiłem kwestie techniczne. Tutaj również bywa różnie. O ile grze ani razu nie zdarzyło się wyjść do pulpitu, zaciąć, tracić klatek itp., o tyle interfejs jest mało responsywny, przywołujący dawne, flashowe produkcje. Przykładowo, aby wejść w ekwipunek, musimy najpierw najechać myszką na telefon, kliknąć ikonkę, a dopiero potem możemy korzystać z dostępnych przedmiotów. Gdy z kolei mysz opuści pasek inwentarza, nie zamyka się on samoistnie, ale musimy odczekać lub kliknąć… ponownie w ikonę ekwipunku. Da się do tego wszystkiego przyzwyczaić, ale bywa to drażniące.

Podsumowanie

Mój steamowy licznik wskazuje, że poznanie najnowszych przygód Larry’ego Laffera zajęło mi ok. 12 godzin. Muszę przyznać, że był to bardzo przyjemnie spędzony czas, przywołujący na myśl chwile ze staroszkolnymi przygodówkami – bez prowadzenia za rękę, bez podświetlania aktywnych miejsc, ograniczania liczby dostępnych przedmiotów czy robiącego z gry prosty clicker systemu podpowiedzi – ot, gracz traktowany jest jak inteligentna, myśląca jednostka.

Grze na pewno nie zaszkodziłoby dodatkowe kilka miesięcy developingu i lekkie podniesienie budżetu, jednak nawet w obecnej formie nie ma się czego wstydzić. Czy więc polecam? Ujmijmy to w ten sposób: jeżeli jesteście fanami dawnych przygodówek point’n’click i/lub Larry’ego Laffera – zdecydowanie tak! Jeżeli natomiast szukacie po prostu przyjemnej gry na kilka wieczorów, możecie poczekać chwilę na lekką obniżkę ceny – obecnie na Steam gra kosztuje niespełna 110 zł, co jest dość wysoką kwotą dla tej klasy produkcji.

Za udostępnienie klucza do gry dziękujemy firmie Kinguin

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!