Okazało się, że ostatni incydent nuklearny na terenie w Rosji był powiązany z awarią reaktora i nie takiego zwyczajnego, a tego, który odpowiada za napędzenie pocisków manewrujących, które mogą latać przez naprawdę długi czas. Sprawę skomentował nawet prezydent Trump i najwidoczniej skłamał, twierdząc, że USA również ma tego typu broń. Ba, nawet lepszą od tej rosyjskiej. 

Czytaj też: Chiński reaktor termojądrowy osiągnął 100 milionów stopni Celsjusza

Problem jest w tym, że tak naprawdę armia USA porzuciła projekt rozwoju tego rodzaju broni ponad 50 lat temu. Oczywiście eksperymentowała z nim i próbowała nawet opracować tego rodzaju pocisk napędzany energią jądrową w latach 50. i 60. XX wieku, ale eksperci doszli wtedy do wniosku, że pomysł ten jest niepraktyczny. Co ciekawe, broń ta (o nazwie SLAM) osiągała prędkości naddźwiękowe na niskiej wysokości i została uznana za jedną z najniebezpieczniejszych broni nuklearnych, jaką kiedykolwiek stworzono. Pocisk ten doczekał się nawet kilku publikacji:

Nic w tym dziwnego, bo SLAM zamiast pojedynczej głowicy jądrowej miał na pokładzie do 26 bomb wodorowych, każda setki razy silniejsza niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Był więc tak naprawdę pociskiem-bombowcem, bo po zrzuceniu wszystkich bomb na cele poniżej, ruszyłby w ostatni lot i po uderzeniu zalałby cała strefę śmiertelnym poziomem radioaktywności. Poniżej podrzucam artystyczną wizję pocisku w locie:

Czy kogoś dziwi więc, że nigdy nie został zbudowany, ponieważ był zbyt niebezpieczny, aby go przetestować? Niestety chociaż USA porzuciło ten plan, to Rosja nie ma wcale takiego zamiaru, choć każdy wolałby, żeby tego typu broń pozostała niewykorzystanym reliktem Zimnej Wojny. Chyba że prezydent USA nie kłamał i Stany Zjednoczone po raz kolejny zainteresowały się tego typu bronią?

Czytaj też: Militarna technologia przyszłości – czyli arsenał na III wojnę światową

Źródło: Popular Mechanics

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej