Jeśli słyszeliście o ostatniej przygodzie pomiędzy Iranem, a USA, to z pewnością wiecie, że przed tygodniem w Cieśninie Ormuz, która łączy Zatokę Omańską z Zatoką Perską irański dron wpadł nagle do morza. Oczywiście nie bez przyczyny, ponieważ posunął go do tego nowy Zintegrowany System Lekkiej Obrony Powietrznej Morskiej (LMADIS). Innymi słowy, jammer na drony. 

Czytaj też: Przyszłość bojowych pojazdów bez załogi pod znakiem zapytania

Nie był to oczywiście przypadek, bo jedenasta Morska Jednostka Ekspedycyjna na pokładzie statku szturmowego Boxer zamontowała zakłócacz LMADIS, aby uchronić się przed irańskimi dronami bezzałogowymi, które działają w tamtejszym rejonie. Kiedy ten znalazł się w zasięgu jego działania, stracił sygnał z operatorem, zdając się na łaskę fizyki, która pociągnęła go w morskie odmęty za sprawą grawitacji.

Jednak Iran potwierdzając to, że w grę wchodził jego dron Mohajer-4, stwierdził, że ten tak naprawdę nie zatonął. Ma to sens, zważywszy na to, że dron mógł powrócić do miejsca startu po utraceniu sygnału albo po prostu odzyskać go po wydostaniu się z zasięgu działania jammera.

Ten sięga podobno 915 metrom, a przynajmniej w tej odległości wojsko USA wykryło go i wysłało sygnał zakłócający. LMADIS to tym samym bezzałogowy system, którego montuje się na samochodach. Ten zresztą znalazł się na pokładzie szturmowca, gdzie skanował sobie teren radarem RPS-42 i gdy wykrył drona, skorzystał z zakłócacza Sierra Nevada MODi RF.

Czytaj też: Z tą bronią wojsko USA z łatwością odparłoby najazd na Strefę 51

Źródło: Popular Mechanics

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej