WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Recenzja filmu Aniołki Charliego – kontynuacja, której nie potrzebowaliśmy

Recenzja filmu Aniołki Charliego – kontynuacja, której nie potrzebowaliśmy
Na HBO GO pojawił się film Aniołki Charliego, który z powodu słabej oglądalności i kiepskich zagranicznych opinii nie pojawił się w polskich kinach. Teraz jednak można go obejrzeć w sieci, ale czy warto poświęcić dwie godziny na produkcję, której nawet w kinach nie chcieli? A może to po prostu recenzenci byli niesprawiedliwi i pokrzywdzili twórców?

Któż z nas nie zna Aniołków Charliego? Serial z przełomu lat 70. i 80. Jest o wiele mniej znany niż późniejsze kinowe produkcje. Drew Barrymore, Lucy Liu i Cameron Diaz szturmem weszły w nowe tysiąclecie, a trzy lata później powróciły w kontynuacji. To nigdy nie były produkcje wysokich lotów, jednak stanowiły całkiem fajną rozrywkę, o której pamiętamy pomimo upływu lat. Same tytułowe Aniołki są pięknymi, świetnie wyszkolonymi agentkami pracującymi dla tytułowego Charliego. To silne kobiety, które potrafią poradzić sobie z każdym zagrożeniem. Nowe Aniołki są kolejnym rozdziałem, który przybliża nam następne agentki. Nie jest to więc restart franczyzy, tylko kontynuacja. I to niestety kontynuacja niezbyt przemyślana i zupełnie niepotrzebna. Ale od początku.

Czytaj też: Recenzja filmu The Kissing Booth 2 czyli powrót Elle do budki z buziakami

Elizabeth Banks, która odpowiada za nowe Aniołki Charliego postanowiła zdetronizować męską hierarchię dowodzenia czyniąc z bohaterek nie tylko użyteczne „narzędzia”, ale również szefowe. Sama fabuła wrzuca nas w środek historii. Kirsten Stewart i Ella Balinska od dłuższego czasu siedzą w branży, jednak jak wiemy Aniołki musza być trzy, więc wkrótce dołącza do nich programistka Elle grana przez Naomi Scott. Dziewczyna starała się przemówić do rozsądku swojemu szefowi, który skonstruował jakiś niebezpieczny system, który oczywiście może posłużyć bardzo złym ludziom do bardzo złych celów. Elle chce go przed tym przestrzec, jednak nikt jej nie słucha. Wkrótce program zostaje skradziony, a dziewczyna trafia pod opiekę agencji. Już na tym etapie pojawia się bardzo duży problem – my nic o bohaterkach nie wiemy.  Gdzieś tam później pojawia się wzmianka, że Balinska pracowała dla MI6 i bliskiej jej osobie stało się przez to coś niedobrego. Ale co? Dlaczego? Kim są dziewczyny? Nic. To sprawia, że pomimo chęci ciężko jakoś bardziej z nimi sympatyzować. Choć aktorki dają z siebie sporo, to postacie napisane są po prostu kiepsko, a dobrze wiemy, że niewielu aktorów potrafi w takim przypadku stworzyć dobrą kreację.

Elle jest uzdolnioną programistka, którą pokazuje się nam jako mało zaradną, niezbyt bystra i w ogóle zagubioną. Czasem wręcz trzeba podtykać jej wszystko pod nos, a i tak nie ma gwarancji, że załapie o co chodzi. Sabina grana przez Kirsten Stewart jest ta najbardziej przebojową, zadziorną i niezdyscyplinowaną, zaś Jane (Ella Balinska) jest milcząca i nie uśmiecha się, ma też tendencję do głupich przemów, gdy nie trzeba. Fabułę już chyba rozgryźliście, bo ani odkrywcza, ani oryginalna to ona nie jest. Aniołki musza odzyskać skradzione oprogramowanie, w tym, celu podróżują do różnych miejsc, dużo się biją i odkrywają kreta we własnych szeregach. Twisty zastosowane przez twórców są tak bardzo sztampowe jak się tylko da, bo zmyłki rzucane widzom w twarz nie należą do tych, które kogokolwiek oglądającego sporo filmów mogłyby zmylić. Zaskakuje tylko jedno, dziwna sekwencja w środku, która wygląda jakby to było zakończenie. Jest tak zmontowana, z typowym motywem muzycznym. Wydaje mi się, że sensem tych nowych Aniołków było pokazanie pięknych kobiet w pięknych ciuchach, bo te ich stroje najbardziej przykuwają tutaj wzrok. Bohaterki nie mogą iść brzydko ubrane i nawet „roboczy” kostium jest biały i rzuca się w oczy. Nie brakuje też peruk, które większego sensu nie mają, ale aktorkom w nich po prostu do twarzy. Wizualnie pod względem charakteryzacji jest ładnie, ale tak bardzo niefunkcjonalnie, jak tylko się da.

Czytaj też: The Witcher: Blood Origin – kolejny serial ze świata Wiedźmina na horyzoncie

Scen akcji jest tutaj dostatek, ale na próżno szukać choćby namiastki Johna Wicka. Dziewczyny się biją bardzo efektownie, ale bezpiecznie. Krew się nie leje, bo w końcu to PG-13, jednak choć minimalna brutalność przydałaby się, byśmy mogli uwierzyć, że one naprawdę walczą o życie. I niby stawka jest wysoka, bo złoczyńca stojący za tym wszystkim może mieć możliwość przejęcia kontroli nad światem. To powinniśmy odczuwać, a jednak nie czujemy nic. Oglądając Aniołki Charliego wciąż sprawdzałam ile jeszcze do końca, bo tak bardzo nudziła i nie obchodziła mnie fabuła. Widać, że twórcom zależało na tym, by na ekranie cały czas coś się działo. I się dzieje, nawet bardzo dużo. Przeżyłabym kiepskie CGI, bo ja naprawdę jestem tolerancyjna w tym temacie, jednak musze dostać coś w zamian. Aniołki nie dają niczego, bo jeśli nie słabe efekty specjalne, to słabe walki i źle napisane postaci. Nawet ścieżka dźwiękowa jest tak bardzo popowo-nijaka jak tylko się da. I choć dobitnie widać, że celowano w odnowienie franczyzy, to po takim filmie nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się na kolejną część chyba, że pomysł będzie wyjątkowo genialny. Elizabeth Banks chciała dać nam nowa wersję Aniołków, które mają potencjał zdominować męskie z reguły kino akcji. Tu mężczyźni są źli, a kobiety dobre. Jeśli wydarzyło się coś złego, to przez facetów i tak dalej. Nawet na końcu, choć mogłoby się wydawać, że bohaterki są na pozycji straconej w sukurs przychodzą im trzecioplanowe bohaterki, a wszystko to by pokazać, która płeć jest górą. Osobiście nie mam nic do takiego modelu historii, jednak chce oglądać filmy przemyślane i mające sens, a nie robione na odwal się. A tak właśnie, moim zdaniem, zrobione są nowe Aniołki.

To wszystko składa się na nieciekawy i zupełnie niepotrzebny film, na który zdecydowanie nie warto tracić dwóch godzin życia. Wiele scen niepotrzebnie jest przedłużanych i przegadanych, co owocuje ciągłym sprawdzaniem ile do końca tej męki zostało. Nie jest to wybitnie zła produkcja, ale ma tak wiele braków i tak bardzo jest sztampowa, że nudzi, a to nawet gorsze od oburzenia, jakie niektóre szmiry w widzach wywołują. Aniołki Charliego pokazują nie siłę kobiet a brak pomysłu na coś oryginalnego i wartego obejrzenia. Wiecie, to można obejrzeć, tylko po co? Mając subskrypcję HBO GO można się pokusić, ale na platformie jest tak wiele innych, dużo ciekawszych propozycji, że tę zdecydowanie można pominąć.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News