Venom to film, na który sporo osób czekało. Komiksomaniacy, fani MCU, a także ci, których po prostu zaciekawiły trailery. Szczerze mówiąc sama jakoś nie czekałam bardzo na tę premierę, dlatego tak późno poszłam do kina. Gdzieś tam jeszcze w pamięci miałam kreację Venoma ze starego Spidermana, a dobre to nie było. W końcu jednak poszłam, zobaczyłam i oceniłam. Zapraszam.

Co poszło nie tak?

No właśnie. Ciągle zadaję sobie to pytanie. Z tego co pamiętam w pierwszej koncepcji miał być to film bardziej w klimatach horroru. Venom jako taki miał pojawić się na ostatnie dziesięć minut. Po tych doniesieniach w internecie można było zaobserwować spore zamieszanie. Bo przecież jak to tak, film o Venomie bez Venoma?! A mi ta koncepcja się podobała. Spora część filmu przedstawiająca schizy głównego bohatera, jego rozmowy z Venomem, wszystko w takim mrocznym klimacie i okraszone czarnym humorem. Super. Poza tym taka wizja miała również swoje uzasadnienie w niewielkim budżecie. Jak najmniej CGI, żeby jak już się pojawi, było dobre.

Otrzymaliśmy coś innego. Widać, że w trakcje zamysły twórców się zmieniły, przez co dostaliśmy w sumie nie wiadomo co. W niektórych momentach mamy klimat jak z horroru po to, by zaraz wpleść dziwne żarty. Do tego masa tanich efektów, przekokszony Venom i Riot jak z najgorszego koszmaru DC. Ale efekty byłyby do zniesienia, gdyby wszystko miało ręce i nogi, gdyby tak bardzo nie było widać zagubienia twórców. Sam Tom Hardy mówił, że wycięto aż czterdzieści minut filmu! Jeśli to prawda to mam nadzieję, że choć w jakiejś edycji rozszerzonej będzie można je obejrzeć, bo czuję, że mogłyby one wszystko zmienić.

Treść.

Jeśli chodzi o fabułę, to nie ma w niej niczego zaskakującego. Genialny naukowiec, miliarder i szef Fundacji Życia Carlton Drake (Riz Ahmed) wysyła w kosmos rakietę w poszukiwaniu nowych surowców mających posłużyć niby do produkcji leków. Film zaczyna się od katastrofy tejże rakiety, z której ewakuowane zostają odnalezione symbionty. Wszystkie, prócz jednego – Riota, który jak się potem okazuje i tak do owej Fundacji zmierza (wcielając się w coraz to nowe ciała). Później poznajemy naszego głównego bohatera Eddiego Brocka (Tom Hardy), który jest dziennikarzem od takich bardziej pro społecznych spraw, generalnie ujawnia zło. Jest też jego narzeczona Anne Weying (Michelle Williams), prawnik (prawniczka?)w firmie pracującej dla Fundacji Życia.  W jednej chwili Eddie ma wszystko, a w drugiej traci pracę, ukochaną i mieszkanie. Staje się nieudacznikiem, którego znamy z pierwszych zwiastunów.

Kiedy tak się tuła i w sumie sam nie wie co ma ze sobą zrobić, znajduje go doktor Dora Skirth (Jenny Slate) pracująca dla szefa Fundacji. Opowiada mu jakie groźne i straszne rzeczy się tam dzieją, Drake eksperymentuje na ludziach przy pomocy kosmicznych pasożytów, a ona się boi i niech jej Eddie pomoże. To wszystko doprowadza do tego, że w ciele głównego bohatera zamieszkuje Venom. Potem zaczyna się przystosowanie, słyszymy głos Venoma i oglądamy pierwsze sceny walki z jego udziałem. Drake bowiem nie jest zadowolony, że ktoś symbionta mu ukradł i chce go odzyskać.

Nierealny.

Cały film cierpi na brak realności. Nie mówię tutaj o przywiezionych z kosmosu obcych, tylko o postaciach i świecie przedstawionym. Prócz Eddiego tu nikt nie ma charakteru. Jego dziewczyna jest strasznie papierowa, nie czuć między nimi chemii, jakichś większych emocji. Carlton Drake jest kompletnie pozbawiony charyzmy. Nie ważne co by mówił, brzmi sztucznie i nigdy nie uwierzę, że mógłby pociągnąć za sobą tłumy lub kogoś zainspirować. Nawet reakcje postaci trzecioplanowych są beznadziejne – pojawia się ogromny stwór z jakimiś mackami? Ok, pokrzyczę może, ale to tyle, za mało mi płacą.

Sam Vemon również kuleje. Wiem, że w komiksach prowadził długie, filozoficzne dyskusje ze swoim nosicielem. Wiadomo, tu za dużo tego nie mogliśmy mieć. Ale spłycono wszystko do minimum. W jednej chwili każe Eddiemu dotrzeć do rakiety bo chce sprowadzić na ziemię swoich pobratymców, a w drugiej woli jednak zostać. Nie ma wytłumaczone skąd ta nagła zmiana decyzji, co ją spowodowało. Niby mówi, że u siebie jest nieudacznikiem a tu jest super. Ok, ale w takim razie po co ta wcześniejsza chęć sprowadzenia na ziemię innych?

Efekty specjalne.

Wiadomo było od początku, że Venom będzie miał bardzo mały budżet, porównywalny z pierwszym Deadpoolem. Ok, nie spodziewaliśmy się cudów. I rozsądnie było tych cudów nie próbować stworzyć. Więcej nie znaczy lepiej. Powtórzę się, lepiej było zrobić horror i zostawić symbionta na koniec. Niestety, ktoś doszedł do wniosku, że jednak może się udać. Nie mogło. Dostaliśmy pozbawione dynamiki sceny pościgów, sztuczne strzelaniny i przekokszonego Venoma. Był jeden moment, kiedy przez chwilę Venom był w ciele Anne i ta smukła wersja podobała mi się znacznie bardziej.

I powiem wam szczerze, że to wszystko bym zniosła. Jednak twórcy poszli o krok dalej. Postanowili zrobić jeszcze gorszego Riota – przywódcę symbiontów, który chce wrócić w kosmos i sprowadzić na ziemię swoich kumpli. Nie wiem z czym go porównać. Jest tak bardzo źle zrobiony, że nawet nie mam słów. Śmialiśmy się z efektów specjalnych serwowanych przez DC, ale ich gorsze CGI jest lepsze od Riota.

Aż tak źle?

Zaskoczę was i po tym wszystkim co wyżej napisałam powiem – nie, aż tak źle nie jest. O dziwo. Mimo wszystkich wad, na Venomie można się w miarę dobrze bawić. Głównie dzięki roli Toma, który całość ciągnie i sprawia, że można to oglądać. Są sceny zabawne, ogólnie z racji, że film jest krótki nie ma również czasu na nudę. Podobały mi się niektóre sceny walk, niektóre dialogi (właściwie tylko te między Eddiem i Venomem). Jeśli idzie się na niego bez żadnych oczekiwać to można się dobrze bawić. Venom to taki popkorniak, raz obejrzeć i tyle. A najlepiej poczekać aż wyjdzie na płytce, zaprosić znajomych i zobaczyć go w domu. Pośmiać się, komentować efekty i nie przepłacać. Bo szkoda płacić za bilet, przynajmniej moim zdaniem.

Zdjęcia i trailer: http://www.venom.movie

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!