Polska fantastyka, przed 1989 rokiem, działa się albo nigdzie, albo w Ameryce, o której nie mieliśmy żadnego pojęcia. Po 1989 roku zacząłem odczuwać jakąś dziwną potrzebę żeby to wszystko polonizować. Zacząłem pisać opowiadania o Wrocławiu. Tu wszystko mogło się wydarzyć, w tym mieście zrodziły się wszystkie historie. – Andrzej Ziemiański, związany z Wrocławiem od urodzenia, pisarz science fiction i fantasy. W rozmowie, w której uchyla rąbka tajemnicy, o swoim spojrzeniu na Wrocław i związane z nim sprawy.

Opublikowany wywiad jest zapisem rozmowy jeden do jednego. 

 

Michał Krajka: Czy zetknięcie z historią Wrocławia, miało wpływ na tworzone później przez Pana historie?

Andrzej Ziemiański: Nie miało to większego wpływu na pisanie. Przy czym, jak mówią w każdej amerykańskiej szkole pisania – pisz o tym, na czym się znasz. Dlatego nie będę pisał o Warszawie, bo jej nie znam. Nie będę o Krakowie, bo to jest dla mnie obce miasto, mało zrozumiałe, mało konkretne. Nie będę pisał o żadnym z miast, których nie lubię, po prostu. We Wrocławiu, tu, mnie nikt nie zagnie. Wiem gdzie co jest, wiem jakie są odległości między budynkami i między jakimiś konkretnymi miejscami. Jest tu mnóstwo rzeczy fascynujących, ale gdybym chciał je opisać, to byłby to tekst dla większości niezrozumiały. Mógłby to być tekst idący jakimiś turystycznymi „ścieżkami”, ale lepiej wymyślać własne historie. One mogą się dziać wszędzie.

M.K: Co we Wrocławiu jest najbardziej fascynujące?

Andrzej Ziemiański: Wrocław to miasto, które teoretycznie, nie powinno istnieć. Było zburzone w takim stopniu, w jakim była zburzona Warszawa. Przy czym, Warszawę odbudowywano w jej poprzednim kształcie. Stare miasto Warszawskie jest makietą w skali 1:1, bo to nie jest pierwotne, prawdziwe miasto. Ono zostało od zera odtworzone. Natomiast Wrocław zachował sporo zabytków, przebudowanych. Ale też jest to miasto fikcyjne. Na przykład rynek odbudowywano, nie w kształcie, w którym został zniszczony, tylko w kształcie, który sugerował piastowskie, słowiańskie pochodzenie. W związku z tym, mamy fasady sprzed iluś tam wieków. Cofnięto ten rynek, co najmniej, o kilkaset lat. Natomiast wnętrza są współczesne. Tych budynków w rynku. Oczywiście mówimy o latach 40 i 50 XX w. – chodzi o tamtą współczesność. To jest trochę śmieszne, takie wirtualne coś.

M.K: Załóżmy, że do Wrocławia przyjeżdża ktoś, kto nigdy tu nie był. Jest z drugiego końca Polski i interesuje się architekturą. Chce poznać jakąś dzielnicę, okolicę, która jest architektonicznie najpiękniejsza. Co by Pan mu polecił zobaczyć?

Andrzej Ziemiański: Niech zacznie od centrum. Są miejsca, że człowiek obróci się wokół własnej osi i zobaczy wszystkie epoki w budownictwie. Od jakichś gotyckich kościołów, po budynki współczesne. Dosłownie, każdą opokę. Przez niemieckie style narodowe, poprzez PRL, poprzez modernę polską, modernę niemiecką. Obracając się w kółko można zobaczyć dosłownie wszystko. Jest wiele takich punktów w centrum. Natomiast poza centrum polecałbym Sępolno, niech zobaczy jak wygląda niemieckie miasto. Z lotu ptaka jest to zrobione na planie orła. Wiadomo, że orzeł jest chłopczykiem, a nie dziewczynką, ponieważ w odpowiednim miejscu jest postawiona wieża kościoła. Nie wiem czy to był dowcip architekta niemieckiego, dzieło przypadku czy kpina z pewnych wartości. Nie będę zgadywał. Okolice parku i Hali Ludowej, polecałbym, żeby to wszystko zobaczyć. Ale, najlepiej byłoby przyjść tu wieczorem i pooglądać sobie jak wygląda życie nocne.

M.K: A najbrzydsze miejsce?

Andrzej Ziemiański: Ciężka sprawa. Jest mnóstwo brzydkich miejsc, w których wystarczy chwilę pobyć, chwilę pomieszkać, żeby wniknąć. Nie podoba mi się Traugutta. Natomiast kiedyś byłem zmuszony tam mieszkać, przez trzy tygodnie, i szalenie mi się spodobało. Co prawda, trzeba mieć pewną odporność, fizyczną odporność, bo tam można łatwo zarobić. Któryś ze studentów, nomen omen dziennikarstwa, opowiadał mi, że mieszkał tam na stancji i pobili mu kolegę. I ja mówię do niego: „Czemu nie powiedziałeś, że jesteś stąd? Przecież oni swoich nie biją.” On mówi: „Przecież powiedziałem, że stąd. To spytali – a sklep u Mietka, do której czynny? I się wysypało.”

M.K: Co według Pana jest istotą Wrocławia? Architektura, czy historie jakie się tu odbywały?

Andrzej Ziemiański: Tajemniczość. Tu się wszystko mogło wydarzyć. Miasto przechodziło z rąk do rąk wiele razy i wiele narodów odcisnęło tu swoje piętna. O każdym mieście można powiedzieć, że coś ma historię. Ale, na przykład, w Krakowie historia wyglądała by tak: „w tym budynku, który został kiedyś tam wybudowany, mieszkała taka rodzina, później taka rodzina, później taka rodzina, później taka. Nic się nie działo. Nikt tam nie wszedł, nikogo nie wymordował, nikt nikogo nie wypędził. Nikt nie osadził napływowej ludności, w całości pochodzącej z zupełnie innych rejonów. Wrocław, to jest miasto, które przeżywało dramatyczne historie. Można też prześledzić jak zmieniała się mentalność jego mieszkańców. Był atak wojsk Napoleona, dowodzony przez jego brata, wtedy Breslau straciło, w wyniku przegranej, swoje fortyfikacje, bo Hieronim Bonaparte kazał je rozebrać. Zyskał dzięki temu nieprawdopodobny teren wokół fosy, który służy dzisiaj rekreacji, spacerom i różnym aktywnościom. Wtedy była to sytuacja taka, że wojska Napoleona zaczęły ostrzał artyleryjski, miasta Breslau bronionego wtedy przez Prusaków. Z powodu strat, delegacja mieszczan przyszła do komendanta, powiedziała: „poddajemy się, straty są zbyt duże”. Ciężko sobie wyobrazić – nie chcę pomylić, bo nie pamiętam dokładnie – wtedy zginęło jedenaście osób, i to były zbyt duże straty, jak na miasto Breslau. W 1945 było zupełnie inaczej. Wtedy jedenaście osób ginęło na minutę, i nie sprawiło to, że się szybko poddali. Ciekawe jest to co obserwuję, mianowicie, ta historia niemiecka, przeszła do historii polskiej. Jest Kazik, który śpiewa piosenkę Mars atakuje. I tam jest taka zwrotka jak: „już padły polskie miasta, Mars tutaj zajmuje, padło coś tam, Wrocław podda się jako ostatni”. A przed kim polski Wrocław, się poddał? Kiedykolwiek? Także widać przenikanie tej historii niemieckiej, do polskiej.

M.K: Jaki wpływ wywarł Wrocław na pańską twórczość?

Andrzej Ziemiański: Olbrzymi. Tutaj urodziły się wszystkie historie. Wrocław sprawił, że zaciekle dążyłem do polonizacji fantastyki polskiej. W czasach socjalizmu nie pisało się o socjalizmie. On wytwarzał takie poczucie, że jest to kraj bez przeszłości, bez przyszłości, że nic się tutaj nie stanie, nic ciekawego się dawniej też nie działo. Po 1989 roku, zaczęliśmy odkrywać, że to wokół nas, każde miejsce, ma swoją historię. I to nie taką oficjalną, że „tu Piastowie byli, tu Niemcy”. Wytworzyło się poczucie, że jest tutaj pewne dziedzictwo, które albo trzeba przejąć, albo zaprzeczyć. Na coś się trzeba zdecydować. Polska fantastyka, przed 1989 rokiem, działa się albo nigdzie, albo w Ameryce, o której nie mieliśmy żadnego pojęcia. Po 89 roku zacząłem odczuwać jakąś dziwną potrzebę żeby to wszystko polonizować. Zacząłem pisać opowiadania o Wrocławiu.

M.K: Wrocław sprzyja osadzaniu w nim historii?

Andrzej Ziemiański: Sprzyja. Tu można znajdować to, co zostawiła po sobie armia niemiecka. Jest mnóstwo legend o Wrocławiu, o schronach, których nie da się przewiercić, wobec czego nie jesteśmy w stanie sprawdzić co w nich jest. Podjąłem się kiedyś pisania bloga o remoncie dworca wrocławskiego, bo słyszałem wiele legend, że pod tym dworcem, jest jeszcze jeden niemiecki dworzec, zalany wodą. Bardzo chciałem sprawdzić, czy tak jest. W istocie, dworca pod naszym dworcem nie ma, ale to nie zniszczyło żadnych legend. Była tu bardzo długo armia radziecka, co oni tutaj robili, nie wiadomo. Ale, z drugiej strony, kiedy wybuchła we Wrocławiu epidemia ospy, okazało się, że mieliśmy nieprawdopodobne zapasy szczepionek przeciwko ospie. Było to jedynie miasto, które zdusiło tą epidemię w zarodku. Druga dziwna sprawa – wszędzie były zapasy Płynu Lugola. Jak walnął Czarnobyl, to okazało się, że lekarstwa dla dzieci są w każdej aptece. Jak by ktoś to przewidywał z góry.

M.K: Czy uważa pan, że powódź z 1997 roku zostawiła swój ślad we Wrocławiu?

Andrzej Ziemiański: Pewnie, że tak. Wszyscy poczuliśmy się wtedy jak Warszawiacy za czasu powstania. Zapanowała jedność, niesamowita empatia, chęć współpracy. Ludzie szli na wały z łopatami. Organizacja, co najbardziej mi się podoba, pojawiała się od dołu. Nie od góry. Byłem wtedy wolontariuszem w urzędzie miasta i widziałem stosy korespondencji pomiędzy urzędem wojewódzkim i urzędem miejskim, które dotyczyły spychologii – co jest czyją kompetencją. Wymieniali się pismami przed powodzią. Ona bardzo powoli nadchodziła, można się było przygotować i w ramach tych przygotowań, urząd miasta z urzędem wojewódzkim wymieniali tony korespondencji w stylu: „nie, to nie nasze, to wasze.” Odpowiedź nachodziła: „nie, to nie nasze, to wasze”. To tak wyglądało. Natomiast ludzie sobie poradzili. Z tego co ja pamiętam, to powódź była bardzo piękna. Wydawało się, że w tym czasie się różne rzeczy zniszczyły, ale to był impuls do przebudowy miasta. Mamy nowoczesne linie, światłowodowe, telefoniczne i tak dalej, dlatego, że stare nie nadawały się do użytku. Jak każda wojna – tylko napędza interes. Tak samo powódź – też tylko napędziła interesy we Wrocławiu. Warto zobaczyć jak się Wrocław zmienił – pamiętam szokujące zdanie w takiej książce, dotyczącej epidemii ospy. Zszokowany odkryciem tego, że jest ospa we Wrocławiu, lekarz wychodzi na ulicę i wstrząśnięty spotyka jakąś przyjaciółkę, mówi: „Słuchaj, nie uwierzysz, w naszym mieście jest epidemia śmiertelnej choroby!” Na co ta odpowiedziała: „Dzięki Bogu, nareszcie ktoś napisze i przypomni sobie o tym zapyziałym mieście. Takie było podejście w 1963 roku dotyczące epidemii ospy. W 1997 dało to tyle, że z tego zapyziałego miasta zaczęliśmy się bardzo szybko przemieniać w uczestnika pierwszej trójki. Kiedyś, jak byłem młodym człowiekiem, mówiło się „no tam w Polsce, te duże miasta, te fajne, największe to: Warszawa, Kraków, Poznań. Dzisiaj Warszawa zostaje siłą rzeczy. Na drugim, albo na trzecim miejscu zawsze będzie wymieniony Wrocław. Kosztem Krakowa, kosztem Poznania, kosztem Gdańska. Jest to niesamowity awans w świadomości ludzkiej.

M.K: Czy podczas pisania historii o Wrocławiu, podpierał się Pan jakimiś źródłami, kronikami, archiwami?

Andrzej Ziemiański: Czytam o nim mnóstwo książek. Do archiwów nie chodzę, bo wkurza mnie ich wciąż średniowieczna organizacja. Kiedyś próbowałem – nie przyniosło to żadnych efektów, samo osiągnięcie jakiegokolwiek dokumentu w Ossolineum zajmowało pół dnia. Drugi raz próbowałem w archiwum, oglądać mapy wsi pod Wrocławiem, jeszcze niemieckich. Po jakiejś godzinie, ktoś wymyślił sobie, że to nielegalne co ja robię, i mnie stamtąd wyrzucił. Dopóki to nie zostanie w jakiś sposób udostępnione w sieci, to nie ma sensu korzystać z archiwów. Korzystam z książek, których jest mnóstwo. I wiele z nich jest godnych polecenia, ale nie wymienię panu żadnej konkretnej pozycji.

M.K: Wrocław czy Breslau?

Andrzej Ziemiański: To jest jedno miasto. Jaka jest różnica, jeśli powiem, że jestem wrocławianinem, albo Ich bin Breslauer? Akurat chwilowo jest w administracji polskiej, a czy nie będzie niedługo czeskie? Albo tatarskie? Albo rosyjskie? Może amerykańskie?

M.K: Czyli, nie ważne czyj, Wrocław zawsze pozostanie Wrocławiem?

Andrzej Ziemiański: Tak. To zawsze był taki tygiel, międzynarodowe miasto, które się niczego nie bało. Oczywiście od czasu do czasu jakiś watażka wyskakiwał tutaj i machał siekierą jak Hitler czy hegemon ze wschodu. Natomiast, generalnie, Wrocław zawsze był miastem wolnym. Zawsze przypominał Berlin w swoich najlepszych latach. Berlin poprzez swój podział został zamrożony, i Berlin zachodni, który był obiektem westchnień wielu Polaków, dzisiaj jest taki sam jaki był wtedy, czyli jak się modernizował w latach 60. I wczesnych 70. Wrocław nie, Wrocław teraz przeżywa swoje najlepsze lata. Jeżeli chodzi o polski Wrocław. Dolny Śląsk przechodził z rąk do rąk, mniej więcej co sto dwadzieścia lat. Jeszcze zostało nam, powiedzmy, jeszcze siedemdziesiąt.

M.K: Czy Wrocław jest dobrym miastem do życia na stałe?

Andrzej Ziemiański: Tak. Tylko, Wrocław jest miastem – wampirem. Takie sobie kiedyś ukułem określenie. Wrocław, ponieważ jest jedynym miastem dużym, na dość olbrzymim obszarze pozbawionym większych miast, zbiera sobie wszystkich ludzi z prowincji. Wsysa i smakuje, czy ta krew mu pasuje czy nie. I albo trafi, albo nie trafi. Przykładem może być moja żona, która przyjechała skądś tam, do Wrocławia. Zaraziła się Wrocławiem, została ukąszona – już teraz jest wrocławianką i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Typowe miasto – wampir.

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!