W ostatnich tygodniach firma Lioncast miała z pewnością pełne ręce roboty, bo wzbogaciła swoją ofertę o kilka nowych produktów. Wśród nich zdecydowanie tym najdroższym jest zestaw słuchawkowy LX60, który na stronie producenta kosztuje prawie 100 euro. Sprawdźmy więc, czy jest tej ceny wart.

Pudełko i dołączone wyposażenie

LX60 dociera do nas w tradycyjnym kartonowym opakowaniu z w biało-bordowym wydaniu z kilkoma renderami oraz najważniejszymi cechami. Podoba mi się jednak sam sposób zapakowania – zestaw został zawieszony na całkiem pomysłowej półeczce, skrywającej pod spoczywającymi bezpiecznie w powietrzu muszlami instrukcję obsługi, mikrofon, przewód USB i przewód zakończony z obu stron złączem jack 3,5 mm.

Najważniejsze cechy LX60

  • Ogólne
    • Przeważający materiał: aluminium, skóra ekologiczna i tworzywo sztuczne
    • Waga bez przewodu: 355 gramów
    • Słuchawki wokółuszne zamknięte
    • Automatyczna regulacja za pośrednictwem opaski
    • Podświetlany mikrofon i muszle
    • Długość zintegrowanego przewodu z kontrolerem – 35 cm
    • Długość przewodu 4-biegunowego jack 3,5 mm – 100 cm
    • Długość przewodu USB – 300 cm
    • Wszystko przewody w nylonowych oplotach
    • Kontroler poziomu głośności oraz przycisk aktywacji podświetlenia i mikrofonu na przewodzie
    • Wsparcie oprogramowania na PC
    • Szeroka kompatybilność
  • Przetworniki neodymowe
    • Średnica: 60 mm
    • Pasmo przenoszenia: 20 – 20 kHz
  • Mikrofon
    • Odczepiany
    • Na elastycznym pałąku

Design, materiały i wykonanie

Jeden rzut oka na model LX60 wystarcza, aby doszukać się w nim gamingowej duszy, której nabywcy zestawów słuchawkowych zapewne pożądają. Matowe wykończenie materiałów, połączenie czerwieni z akcentami głębokiej czerwieni i wszechobecne ozdóbki mówią same za siebie. Lioncast postawił przy tym projekcie na powszechnie stosowane rozwiązanie oparte na regulowanej opasce na pałąku, co w połączeniu z automatycznie dostosowującymi się do naszej głowy muszlami sprawia, że nie musimy martwić się o dopasowanie zestawu po jego założeniu. Oczywiście tylko wtedy, kiedy mechanizm jest po prostu dobrze wykonany, a już teraz mogę powiedzieć to w kwestii tego zastosowanego w LM60.

Takie rozwiązanie kwestii regulacji muszli wymusiło na producencie zastosowanie tak naprawdę trzech głównych elementów – aluminiowego giętkiego pałąku, opasce z czymś w rodzaju ukrytych gumek i dwóch muszlach z tworzywa sztucznego. Trudno doczepić się do wykonania jakiegokolwiek z elementów (świetniej jakości plastik robi swoje), ale design obu muszli jest delikatnie dyskusyjny. Te nie są bowiem jednolitym blokiem, skrywającym przetwornik i całą elektronikę, a dwuczęściowymi pokrywami, z czego ta jedna (metalowa siatka) chroni tylko panel LED przedstawiający logo Lioncasta. Metaliczny wygląd uzupełniają odsłonięte łebki śrubek, co może i pasuje do całości, ale ona sama jest zwyczajnie (to rzecz jasna tylko moja opinia) przesadzona.

Zarówno pałąk, jak i nauszniki zostały stworzone z połączenia skóry ekologicznej i pianki memory i choć skórę zaliczyłbym do przeciętnych, to rodzaj pianki sygnalizuje nam naprawdę wysoką półkę. Ta nie przypomina bowiem tych „agresywnych”, powracających na pierwotną pozycję w mgnieniu oka po zwolnieniu napięcia, a taką „powolną”, która w lepszym i zdecydowanie przyjemniejszym stopniu przylega do głowy.

Warto zatrzymać się też przy sposobie połączenia LX60 do sprzętu. Lioncast nieustannie stosuje dosyć niestandardowe rozwiązanie, stawiając na zintegrowany z zestawem krótki przewód zakończony kontrolerem, który oferuje pokrętło głośności i przycisk dezaktywacji mikrofonu oraz podświetlenia. Na jego podstawie znalazł się też port microUSB i jack 3,5 mm. To w nie wpinamy dołączone przewody zależnie od aktualnej platformy.

I na sam koniec – podświetlenie. Sam wolałbym, żeby go nie było, a cena zestawu spadła o kilka euro, ale na to już za późno. Jeśli jednak jesteście fanami RGB, to możecie liczyć na subtelne podświetlenie loga producenta (pełne RGB i tryb stały, tęczy i oddychania) na muszlach oraz delikatny czerwony blask diody na końcu mikrofonu, która świeci się, gdy ten jest nieaktywny… przyprawiając nas o istny „rudolfi” nos. Na całe szczęście możemy po prostu odpiąć mikrofon.

Ergonomia

Jak można się spodziewać, LM60 przy połączeniu świetnej jakości nauszników z opaską w kwestii wygody sprawdza się świetnie. Muszle nie uciskają naszych małżowin, ale trzymają się ich na tyle mocno, że nie spadają mimowolnie z głowy. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że tego zestawu nie czuć na głowie. Mowa przecież o ciężarze rzędu 355 gramów, który potęguje ważący też swoje kontroler.

Finalnie mogę stwierdzić, że po kilkudziesięciu minutach LM60 nie „męczyły” uszu w wielkim stopniu i nie powodowały bólu, uciskając małżowiny, ale już po kilku godzinach waga zestawu dawała się we znaki, choć to na tyle osobista ocena, że jeśli zastanawiacie się na LM60, to tak naprawdę powinniście zwrócić uwagę na ciężar Waszych obecnych słuchawek – jeśli jest mniejszy i daje Wam w kość, to tutaj nie macie czego szukać.

Oprogramowanie

Od testu modelu LX30 niewiele zmieniło się w aplikacji do pobrania z sieci. Moim zdaniem oprogramowanie jest tutaj zupełnie zbędne, ale to tylko w nim będziecie w stanie dostosować efekty podświetlenia, ustawić okrojony equalizer, czy pobawić się w rozmieszczeniu źródeł dźwięku w trybie wirtualnego 7.1. Znajdziecie w nim też bezsensowny efekt zniekształcenia z uwzględnieniem aktualnej lokacji oraz ustawienia mikrofonu, które są dostępne nawet z poziomu Windowsa.

Test dźwięku

Większe, bo 60 mm przetworniki ewidentnie robią robotę, bo sposób, w jaki LX60 radzi sobie z odseparowaniem źródeł dźwięków w skomplikowanych utworach i odwzorowaniem sceny muzycznej definitywnie należy do poziomu znanego ze zestawów słuchawkowych wysokiej klasy. Odniosłem też wrażenie, że wpłynęły na tryb 7.1, który nie jest „chamskim” poszerzeniem sceny z towarzyszącym pogłosem, przejawiając się w delikatnych, choć słyszalnych zmianach w brzmieniu. Finalnie cały test spędziłem właśnie na trybie wirtualnego 7.1, bo choć nie należy do tych najbardziej efektownych, z jakimi miałem przyjemność obcować, to przynajmniej nie deprecjonuje brzmienia.

To z kolei jest tradycyjne, jak to w przypadku zestawów słuchawkowych (na ucho „nieaudiofila”). Mowa o delikatnie podbitym basie, szczegółowych dolnych pasmach średnicy i nie stłamszonych tonach wysokich. Zestaw LX60 nadaje się więc zarówno do słuchania muzyki, jak i grania we wszelakiej maści tytuły, choć w parze ze smartfonem jest odrobinę przyćmiony. Zupełnie jakby dostarczana moc nie była w stanie napędzić przetworników.

Test mikrofonu

Odczepiany mikrofon z kolei gwarantuje, że nawet w ferworze walki Wasz głos dotrze do uszu kompanów. Szkoda tylko, że nie została na nim umieszczona gąbka przeciwdziałająca rozsadzającym uszy głoskom wybuchowym:

Podsumowanie

Zestaw słuchawkowy Lioncast LX60 jest obecnie najdroższym i najbardziej zaawansowanym modelem w ofercie producenta, który wymaga od klientów wyłożenia 100 euro. Cena w Polsce jest jeszcze nieznana, ale zapewne będzie wynosić w pierwszych tygodniach około 400 złotych i z upływem czasu może spadnie do 350 złotych. Nie stawia więc to LX60 na poziomie najbardziej opłacalnych pod kątem cena/brzmienie modeli, ale tak naprawdę jest po prostu wysokiej klasy zestawem gamingowym.

Co tu dużo mówić, wbudowana karta dźwiękowa i złącze USB sprawia, że powinni się nim zainteresować wyłącznie gracze, którzy nie mają zamiaru bawić się w dodatkowe sprzęty dźwiękowe. Jedyne czym LX60 naprawdę wyróżnia się na tle konkurencji, to 60 mm przetworniki (najczęściej w grę wchodzą 50 mm), które w teorii spełniają normy HiFi (informuje nas o tym pudło) sprzed ponad 40 lat.

Szkoda tylko, że przy większych przetwornikach Lioncast nie postawił na szersze pasmo przenoszenia i jedyna realna wada, jaką udało mi się dostrzec, znajduje się w oprogramowaniu – prosty equalizer może i jest funkcjonalny, ale i tak nie zainteresują się nim kompletnie zieloni w kwestii audio. Innymi słowy, przydałyby się predefiniowane profile skrojone pod określone gatunki muzyczne, gry i filmy, choć finalnie LX60 zwyczajnie nie da się nie polecić:

Wszystkie powyższe zdjęcia zostały wykonane za pomocą telefonu Wiko View 2 Pro.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!