WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Moto

Testy zderzeniowe supersamochodów zdecydowanie różnią się od testów tych zwyczajnych

Największym problemem z wprowadzeniem na rynek USA samochodu jest m.in. cały proces testów, jaki ten musi przejść pod kątem oceny bezpieczeństwa. I o ile dla zwyczajnych koncernów równa się to ze stratami rzędu kilkuset tysięcy dolarów, to w przypadku producentów supersamochodów sprawa ma się już zupełnie inaczej, bo zniszczenie nawet jednego jest cholernie drogie. Jak więc się zapewne spodziewacie i na to wymyślono sposób.  

Nie sprowadza się do jednak do czegoś niezgodnego z prawem, ani nawet nie jest czymś, co wykorzystuje w sprytny sposób w nim luki. Świetnie pokazuje to poniższy materiał wideo, w którym wywiadu udzielił założyciel firmy Koenigsegg, opowiadając o sztuczkach i technikach, które jego firma wykorzystuje, aby zminimalizować straty. Nie jest to jednak coś specjalnie skomplikowanego…

Czytaj też: O tym, dlaczego sekwencyjna ręczna skrzynia biegów jest znacznie szybsza od dwusprzęgłowej

Okazuje się, że zamiast przeznaczać na te testy ponad kilkunastu samochodów, Koenigsegg zamiast tego przeznacza tylko jeden egzemplarz do testów i po prostu naprawia go po każdym z nich. Większość uszkodzeń samochodów dotyczy tylko paneli zewnętrznych, które są stosunkowo tanie w porównaniu z innymi elementami. Oczywiście najdroższą częścią jest podwozie samochodu, ale zespół dba o to, aby nigdy nie zostało uszkodzone.

To jednak nie koniec, bo Koenigsegg uzupełnia tę metodę serią symulacji zderzeń, w których wykorzystuje rzeczywiste dane z testów, które wcześniej wykonuje, aby przewidzieć wyniki tych przyszłych. Zawiłe, co nie? Do tego dochodzi fakt, że firma przeprowadza tę procedurę dopiero wtedy, kiedy jest pewna, że samochody nie będą zbytnio nadwyrężony.

Czytaj też: Porsche zajmuje się już testowaniem elektrycznej wersji Boxstera i Caymana

Źródło: Popularmechanics