WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Oczekiwałem miedzi, a trafiłem na złoto. Te dwa DLC skradły mi serce

Lubicie DLC, czyli rozszerzenia, jakich po premierze doczekuje się wiele gier? Obecnie to temat dosyć kontrowersyjny, ale ja, choć niespecjalnie je lubię, wręcz muszę podzielić się z Wami dwoma odkryciami w serii Borderlands.

Gry z serii Borderlands

Rozpoczynając wszystko od samego początku, Borderlands, to tworzona przez studio Gearbox strzelanka z nastawieniem na rozwój swojej postaci i ulepszanie swojego wyposażenia za sprawą całej masy broni. Określenie tej serii mianem najlepszego looting-shootera wcale nie jest przesadą, ale głównie od premiery drugiej odsłony w 2013 roku, która poprawiła wpadki „pierwszego Bordera” z 2009 roku. 

Borderlands, gry Borderlands, film Borderlands, Lionsgate, Eli Roth
W „trójkę” można już grać

W grach z tej serii chodzi głównie o zabawę. Czyste czerpanie radości z dopracowanego systemu strzelania i wspomnianego rozwoju postaci na czele z bawieniem się całą masą broni podzielonych na zwyczajne, niezwyczajne, rzadkie, epickie, czy legendarne (i nie tylko) z fabułą i misjami w tle.

Tę zabawę dodatkowo okrasza zarówno sytuacyjny, jak i czarny humor, licznie easter-eggi, nawiązania do popkultury, czy wyśmiewanie całej masy elementów z otaczającego nas świata. Jest to zawarte już w głównej grze, ale dostępne do kupienia DLC tylko podkręcają zabawę tą konwencją. 

Stąd mój zachwyt zwłaszcza dwoma rozszerzeniami w serii Borderlands, przy których bawiłem się, jak nigdy wcześniej. Tak jak te dwa w Wiedźminie uznaję za najlepsze w swoim kunszcie, ale ciągle trzymające się pewny ram, tak te dwa szczególne, które zaraz omówię, pokochałem wręcz za humorystyczne podejście do tematu. Od razu zaznaczam, że te DLC nie są nowe, a na karku mają już kilka lat, więc możliwe, że już je ograliście. 

Borderlands 2: Tiny Tina’s Assault on Dragon Keep

Szturm na Smoczą Twierdzę, czyli czwarte DLC do Borderlandsa 2, które zadebiutowało całe siedem lat temu, zapamiętam na zawsze i to tylko dlatego, że twórcy wpadli na świetny pomysł wykorzystania powoli powracającej rozrywki do łask, czyli zabawy w papierowe gry RPG z mistrzem gry.

W skrócie, Tiny Tina’s Assault on Dragon Keep zabiera naszych bohaterów w podróż po fikcyjnym świecie wymyślonym w fikcyjnym tworze przez fikcyjną bohaterkę. Brzmi zachęcająco? Może niespecjalnie, ale sam fakt, że twórcy zapodali nam możliwość poczucia „grania w grę podczas gry” jest już wręcz cudowny. 

Tak więc, swoją przygodę rozpoczynamy wcześniej już rozwiniętą postacią, przed którą Tiny Tina kreuje świat i wyzwania z pomocą szeregu postaci pobocznych. Cudowne w tym rozszerzeniu do Borderlandsa 2 jest przede wszystkim sam klimat i mnóstwo, ale to całe mnóstwo nawiązań do gry w papierowe RPG, które zrozumieją tylko ci, mający kilka rozgrywek za sobą. 

Szczerze? Nawet gdybym podchodził do tej serii, jak do jeża, to i tak bez żadnego zastanowienia dałbym szansę temu DLC tylko po to, żeby uśmiechać się pod nosem na ikoniczne wręcz reakcję „graczy” tego wirtualnego papierowego RPG, jakie w świetnym stylu podrzuciło nam studio Gearbox. Jest rzucanie 20-ścienną kostką, jest obarczanie zarówno „graczy”, jak i mistrza gry niską inteligencją i są lochy, smoki i czarownicy – czegoś trzeba więcej?

Osobiście uważam, że dzięki tak lekkiemu podejściu do stworzenia DLC Tiny Tina’s Assault on Dragon Keep i upchnięciu w tym rozszerzeniu tak wielu elementów fantasy, to obowiązkowa pozycja do zaliczenia, jeśli nazywacie się fanami albo serii Borderlands, albo fantastycznych gier RPG. Nawet interesujący się historią postaci w tym dziele Gearbox znajdą coś dla siebie… o miłośnikach Gry o Tron nie wspominając. 

Borderlands The Pre-Sequel: Claptastic Voyage

Nie powiem, w przypadku wcześniejszego rozszerzenia spodziewałem się już na długo przed jego rozpoczęciem dobrej zabawy, ale jeśli idzie o jedyne rozszerzenie dla odsłony The Pre-Sequel, która według wielu była swoistym odcinaniem kuponów, czyli Claptastic Voyage, Gearbox zaskoczył mnie po dwakroć. 

Ponownie studio zabawiło się konwencją i miało – najwidoczniej – gdzieś to, że ktoś nie zrozumie… i słusznie, bo dla zapewne sporej części społeczności zgromadzonej wokół Borderlandsa to rozgrywka gra pierwsze skrzypce, a nie ukryte między wierszami żarciki. 

Tym razem Handsome Jack zmusza naszych Vault Hunters do wyruszenia w głąb ikonicznego dla serii Claptrapa, czyli towarzyszącego nam w każdej odsłonie nieporadnego robocika. Nie mowa jednak o jego wnętrzu per se, a tym, co go napędza, czyli oprogramowaniu… a uwierzcie mi, w jego dosłownie sztucznym mózgu dzieje się wiele. 

Rozpoczynając przygodę w Claptastic Voyage bawimy się już w iście informatycznym stylu, napotykając na swojej drodze wirusy, błędy w oprogramowaniu, magistrale, banki pamięci, czy badsector’y w pamięci, które trzeba jakoś usunąć, a to nie jest oczywiście wszystko.

Całość ponownie uzupełnia masa smaczków, których znaczenie odkryją zainteresowani przynajmniej odrobinę światem technologii oraz fenomenalna oprawa graficzna, która razem z szeregiem dodatków wizualnych, nadaje całemu światu odpowiedni poziom cyfryzacji. Ponownie jest to rozszerzenie, które wszyscy zaliczą bez problemu, ale którego pełen potencjał odkryją tylko siedzący w konkretnym temacie. 

Na śmiesznie, czy na poważnie. Co lubicie w DLC?

Kończąc już małe przypomnienie Wam zarówno o serii Borderlands, jak i dwóch świetnych dodatkach, nie chce zostawiać Was ot tak po prostu. Zostawiam więc Wam małe pytanie – wolicie DLC, które nie odbiegają zbytnio od głównej gry i nie szaleją w myśl rozwiązań, skupiając się na historii, czy właśnie wręcz przeciwnie?

Dwa powyższe przykłady są bowiem czymś stricte innym i umożliwiają twórcom zabawę konwencją, którą my następnie możemy pożreć, ciesząc się małym szaleństwem z ich strony oraz mechanikami, czy nowościami, na które zwyczajnie nie było miejsca w podstawowej grze.