Książki Jacka Komudy zawsze mi się podobały, genialny Samozwaniec, którego części pochłaniałam tom za tomem,  Diabeł Łańcucki, w którym się zakochałam. Teraz przyszedł jednak czas na coś zgoła innego – dzieło całkowicie fantasy, osadzone w wymyślonym przez autora świecie. Jak to wyszło? Czy w ogóle wyszło? Zaraz Wam napiszę, jak zwykle stronniczo i bez spojlerów.

 

Po pierwsze Jaksa nie jest spójną całością, tylko zbiorem opowiadań. Komuda od pierwszych stron wprowadza nas do wykreowanego przez siebie fantastycznego świata wzorowanego trochę na mitologii słowiańskiej. Zawiera też wątki, w których, co bardziej obeznany czytelnik, może odnaleźć nawiązania do historii naszego świata. Sięgając po nią byłam bardzo ciekawa co z tego wyszło, w końcu autor specjalizował się w powieściach osadzonych w realiach naszej historii. Szczerze mówiąc na początku było trochę ciężko. Specyficzny język, gwara, odniesienia do ichniej mitologii trochę utrudniały czytanie, same imiona psuły rytm, bo trzeba było zatrzymać na nich wzrok przez chwilę i ogarnąć ten dziwny zlepek liter. Osobiście należę do osób, które czytają dość szybko, jednak pierwsze naście stron trochę męczyłam, ale w końcu przywykłam.

I wciągnęło mnie.

Bardzo podoba mi się pomysł podzielenia historii na opowiadania, w których tytułowego Jaksę mamy najpierw gdzieś tam z boku, włożonego na kartki jakby mimochodem, by później, w kolejnych „częściach” mógł powoli wychodzić do przodu. Zabieg bardzo ciekawy i zaskakujący, bowiem w żadnej zapowiedzi czy reklamie nie ma ani słowa o tym, że nie jest to powieść. Jaksę poznajemy jako dziecko, które własna matka za wszelką cenę chce uchronić przed krwawą zemstą Hungurów – najeźdźców, którzy zniszczyli przesławne i wielkie królestwo Lendii. Cóż takiego zrobiło im pacholę? Niby nic, prócz tego, że okazało się synem pewnego woja. Ojciec Jaksy – Miłosz Drużyca – podstępnie zabił dowódcę Hungurów, za co tamci poprzysięgli zemstę na całym jego rodzie. I Jaksa ucieka, a za nim, niby gończe psy, trop w trop podąża rozszalała i rządna krwi horda pozostawiając po sobie tylko trupy.

Świat Komudy pod butem najeźdźców jawi nam się jako brutalny, nieprzyjazny i pełen mrocznych sekretów. W ciemności, prócz wrogów, czają się demony czekające by wbić zęby w tych najsłabszych. Po obaleniu władzy ludność Lendii wraca do wiary w starych bogów na piedestał wynosząc nikczemnego Wołosta. Nowa i stara wiara są wzorowane na wierzeniach Słowian, co stanowi ogromny atut tej książki i buduje niezwykły klimat. Trup ściele się gęsto, strony książki przepełnione są mordem, obrazami okrutnych rzezi i brudem, jaki wylewa się z ludzi, gdy tylko poczuli, że nie ma nad nimi prawa. Kto chce żyć zgina kark, kto nie chce karku zgiąć – ginie. Takie jest życie pod Hungurską niewolą. I choć pozornie mamy tu konflikt między państwem a najeźdźcą, to jednak z każdą kolejną stroną przekonujemy się, że to tylko wierzchołek góry lodowej, a raczej mały kamień wywołujący ogromną lawinę. Bo przecież zapiekły żal tkwił w tych ludziach od dawna; niewolni i chłopi rozszarpujący panów, czciciele starej religii rozbijający symbole Jednowierców. To wszystko gdzieś tam było i z mocą wybuchło, gdy tylko nadarzyła się okazja.

 

Czytając Jaksę miałam wrażenie, że czasami przemocy jest tutaj ciut za dużo. Od czasu, gdy Pieśń Lodu i Ognia G.R.R. Martina zaczęła odnosić ogromny sukces wielu pisarzy doszło do wniosku, że brutalność się bardzo dobrze sprzedaje. To poniekąd prawda, choć brutalność dawkowana, umiarkowana i uzasadniona. W nowej książce Komudy umiarkowania nie ma na pewno. I mi się to podoba, lubię od czasu do czasu poczytać, jak w ciekawie wykreowanym świecie leje się krew, a flaki gęsto zaścielają strony. To wszystko świetnie współgra z opisaną rzeczywistością, który niby jest wymyślona, ale jakoś tak bardzo bliska. Nie ma tu czarodziejów strzelających zaklęciami z różdżek, nie ma elfów; jest magia, dzika, jakby pradawna. Są mityczne stworzenia czające się w ciemności, w głębi lasu.

Co do samej książki. Mimo początkowych trudności czyta się dobrze. Historia wciąga, zwłaszcza przez pewien zabieg zastosowany przez autora (mam nadzieję, że to było celowe), w Jaksie bowiem samego Jaksy nie ma tak dużo, jak można było się spodziewać. Dla mnie to było duże zaskoczenie, ale tym bardziej czekam na kontynuację tej opowieści, bo na takową się raczej zanosi.  Mroczny klimat całości potęgują ilustracje, które pobudzają wyobraźnię i są naprawdę świetne. Od Fabryki Słów dostałam wydanie w twardej oprawie i muszę przyznać, że prezentuje się fantastycznie; już znalazłam dla niej idealne miejsce na półce.

Podsumowując.

Polecam i to gorąco. Jeśli ktoś nie lubi przemocy to mu nie polecam, bo akurat w tutaj nie da się jej uniknąć, jednak całej reszcie już tak. Dajcie ponieść się mrocznej, pełnej krwi opowieści, tylko uważajcie na biesy i strzygonie, uważajcie na tętent kopyt i dźwięk piszczałek. A i jeszcze jedno. Uważajcie, bo zanim się spostrzeżecie nastąpi najgorsze – książka się skończy. Potem już, razem ze mną, będziecie czekać na kontynuację.

Moja ocena – 8/10

Na koniec podziękowania dla Fabryki Słów za możliwość przeczytania Jaksy. Jak zwykle mnie nie zawodzicie.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!