W branży komiksowej wielkich nazwisk można wymienić całkiem sporo. Należą jednak one do starszego pokolenia twórców. A co z młodszą gwardią? Jason Aaron pokazuje, że ci również mają sporo do powiedzenia.

Wydania zbiorcze komiksów najczęściej kojarzymy z konkretnym bohaterem lub większym wydarzeniem. Rzadko bywa, aby album zbiorczy dedykowano postaci z branży komiksów. Dlatego tym bardziej warto chwycić za Wolverine by Jason Aaron. Jest to o tyle szczególny przypadek, bowiem scenarzysta ten zawdzięcza Loganowi debiut twórczy w szeregach wydawnictwa Marvel.

Aaron i jego początki

Urodzony w Alabamie, przeszło czterdzieści pięć lat temu, już od najmłodszych lat wiedział, co chciał robić w życiu – tworzyć komiksy. Zacięcie do pisania widać ma we krwi, bowiem spokrewniony jest z powieściopisarzem i dziennikarzem Gustav’em Hasfordem. Na bazie jego książki został nakręcony w 1987 roku kultowy film Full Metal Jacket.

Start kariery w branży komiksowej łatwym nie jest szczególnie, gdy ma się duże aspiracje. Szczęśliwie dla Aarona wydawnictwo Marvel zorganizowało konkurs dla młodych talentów, w którym ochoczo wziął udział. Zadnie polegało na napisaniu jednostronicowego szkicu fabuły związanej z Wolverinem. Rezultaty nie zostały wyłonione od razu, dlatego kilka miesięcy później tym bardziej zdziwił się, otrzymując tytuł laureata i możliwości opublikowania swojej historii. Pojawiała się ona w 2002 roku na łamach Wolverine #175.

Aaron wszedł w świat komiksu z dużym impetem. Zrealizował całkiem sporo opowieści dla Marvel, DC, Vertigo i wydawnictwa Image. Niemniej, jego losy od samego początku kariery zostały już nierozłącznie związane z Rosomakiem.

Wolverine by Aaron

Do naszych rąk wpada opasły tom, zajmujący 396 stron i okuty w twardą oprawę z podobizną tytułowego bohatera. Komiks o tych gabarytach, drukowany na papierze kredowym, wyceniono na okrągłe sto złotych. Przy rozmiarach większości publikowanych komiksów i ich sugerowanych cenach, ta oferta nie wydaje się być wygórowaną.

Ale, co faktycznie oferuje wydanie zbiorcze? Łącznie czytelnik otrzymuje sześć niezależnych opowieści. Jedną z nich jest wspomniany debiut, który do najobszerniejszych fabuł nie należy. Formę uzupełniacza, tudzież pewnego wstępniaka, pełni również pierwsza historia zatytułowana „Facet z dziury”. Dając upust swojej wyobraźni, Aaron umieścił zadziornego mutanta w tytułowej dziurze, gdzie codziennie poddawany był torturom. Na zmianę strzelano do niego z ciężkiego karabinu kaliber .50, a wykonawcą katuszy był niejaki Wendell Rayfield – szary człowiek, z rodzinnymi problemami wyładowujący swoje frustracje w dość nietypowy sposób. Logan zamiast miotać szponami z prawa na lewo, prowadzi dialog z Wendell’em, poniekąd stosując sprytne techniki manipulacji, aby odzyskać wolność.

Kolejną opowieścią, zajmującą dużo miejsca w całym tomie, jest „Dorwać Mistique”. Jeśli tytuł obił się wam o uszy, to macie całkowitą rację. W 2017 roku epizod ten pojawił się samodzielnie w ramach kolekcji Superbohaterowie Marvela. Jeśli nie zdołaliście go dopaść zza w czasu, to macie nietypową okazję nadrobić zaległości. Epizod ten zabiera nas do lat 20. XX wieku, choć główna ość akcji rozgrywa się współcześnie. Wolverine otrzymuje od Cyklopa rozkaz odnalezienia i zabicia Mistique za jej ostatnie występki. Jak się okaże, zmiennokształtną mutantkę i Rosomaka wiąże długa, wspólna historia pełna romansów i zdrad. Dialogi Aarona i zarysowanie obu charakterów wypada w tym przypadku znakomicie.

Następnie otrzymujemy mini serię „Boskie przeznaczenie” i epizod „Milę w moich mokasynach”. Pierwsza opowieść to dość nietypowa mikstura, sięgająca do klasyki Wolverine’a i jego powiązania z mistycznymi mocami oraz sztukami walk wprost z Azji. Niczym klasyczny film kung-fu, cały epizod wypełnia masa pojedynków i ciętego humoru, broniąc się przede wszystkim klimatem, a także sporą dozą autoironii o samej postaci, jej stylu bycia oraz wczesnych przygodach. Z drugiej strony mamy „mokasyny”, pokazujące wygląd tygodniowego grafiku Logana. W historii jest pewien morał, choć najbardziej zapada w pamięć scena spotkania Wolverine’a i Spider-Mana w barze. Absolutne mistrzostwo  :-D

Na koniec dostajemy osobny arc „Ludzie z adamantium”, nawiązujący do komiksu Weapon-X. Z początku nie zapowiadał się on specjalnie, jawiąc się, jako odgrzewany i przekombinowany motyw próbujący ugrać coś na sentymencie do klasyka. Niemniej Aaron znów pokazał, że się da, prowadząc ciekawe kwestie dialogowe i przede wszystkim przelewając ciekawe pomysły na postacie, szczególnie czarne charaktery.

Wydanie zbiorcze na piątkę

Recenzowany tom prezentuje również wysoki poziom od stron wizualnej. Rysunki wykonali Howard Chaykin, Ron Garney, Stephen Segovia oraz Adam Kubert. Złego słowa nie mogę powiedzieć także o tłumaczeniu. Sumowane razem elementy dają nam obraz naprawdę znakomitej pozycji komiksowej.

Oczywiście nie spodziewajcie się wysokiego przeżycia intelektualnego. Zebrane opowieści mają przede wszystkim bawić, ale widać, iż Jason Aaron w pół środki się nie bawi. Szczególnie, gdy idzie o Wolverine’a, ponieważ dialogi stoją na wysokim poziomie, zaś same fabuły są bardzo spójne i konsekwentne, rzucając jednocześnie sporo światła na to, kim był i jest James Howlett.

Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!