WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Na śmiesznie, czy na poważnie? Czyli o dwóch wizjach postapokalipsy w grach

Witam postnuklearnych wędrowców w naszych progach i nie tracąc czasu, od razu stawiam Was przed wyborem – Fallout, czy Metro? Z odpowiedzią na to pytanie zapraszam do tekstu o wizjach postapokalipsy.

Nuklearna zagłada, doszczętnie zniszczony świat spowity radioaktywnym pyłem i koniec z większością dorobku cywilizacji. Co tu dużo mówić, jeśli poczęstujemy kiedyś Ziemię kilkoma bombkami za dużo, to ta przestanie być dla nas aż tak przyjazna, jak zresztą ludzie, z których wyjdą najgorsze potwory. Nie, wcale nie mam tutaj na myśli twórców Fallout 76, ale o tym za chwilę, bo dziś bierzemy na tapet tę szczególną, bo nuklearną postapokalipsę w grach wideo.

Wcale nie trzeba być maniakiem, czy wyjadaczem gatunku, aby dojrzeć wśród tytułów o tej tematyce dwa zupełnie odmienne podejścia. Za sztandarowe przykłady posłuży mi tutaj seria Fallout oraz Metro, czyli moim zdaniem idealne ostatnimi czasy pozycje, które je ukazują. Oczywiście nie oznacza to, że innych tego typu zestawień nie ma i wcale nie musimy daleko szukać. Rage 2 i Wastelands. Outerwords i Mad Max – to kolejne pary, których nastawienie – o ile je połączyć – owocuje takim Elexem, Biomutantem, Atom RPG, czy Crossoutem.

Postapo na śmiesznie

Nie będę ukrywał, w serii Fallout zakochałem się po uszy, choć swoją przygodę z nią rozpocząłem od odsłony New Vegas. Jak podobały mi się pozostałe? Zapewne już możecie się domyślić, jeśli wziąć pod uwagę tylko wersje w 3D, bo to w sumie one rozpoczęły kult brania postnuklearnego świata nie jako zagrożenia, a świetnej okazji do zabawy. Z pierwszymi trzema odsłonami było nieco inaczej, bo nieco powstrzymywały się z robieniem sobie jaj z mutacji, ale dodatkowa ręka, czy noga nigdy nie były specjalną przeszkodą.

Ba! Kto nie chciałby mieć kolejnego zestawu kończyn? Co tu dużo mówić, radioaktywność = zabawa… tyle że nie, bo zabije każdy żywy organizm (uwaga Bethesda, ludzie się do nich zaliczają).

Właśnie, ludzie. W nowych odsłonach serii Fallout świat wydaje się powoli stawać na nogi i to dumnie, z wysoko podniesionym czołem. Ludzie zbierają się w gromady, mozolnie dążą do postawienia cywilizacji i technologii na nogi, a skutki nuklearnego ataku? Cholera z nimi! Trochę dodatkowych pierwiastków nikomu nie zaszkodzi, a zmutowane bestie trzymają się przecież z dala od ludzi, wcale im nie zagrażają.

Gorzej jest jednak z tymi, którzy po wyjściu z nor i schronów rozpoczęli swoje nowe, buntownicze życie pod nazwą “bandyta”. Bandyta i kropka. Ktoś do odstrzelenia, czego dokonanie i tak jest dobrą zabawą, bo to i tak jednoznacznie określony (czarny) charakter.

Może i bug, ale nadal śmieszny

Muszę jednak przyznać, że w tej głupkowatej wizji świata po wojnie nuklearnej odnajduje się bez reszty. Może to dlatego, że każdy z nas w głębi duszy wie, jak głęboko bylibyśmy w… gdzieś na pewno, kiedy doszłoby do takiego incydentu.

Nie dziwie się, że branie tego tematu na śmiesznie z tak bardzo naciągniętym wyobrażeniem sprawia nam przyjemność, bo kto wie? Może nie gorączka popromienna, a jednak dar w postaci kolejnego zestawu kończyn, czy drugiej głowy spadnie na nas, kiedy jedna ze stron naciśnie o jeden guzik za daleko?

Postapo na poważnie

Z drugiej strony postapokaliptycznego podejścia (w moim mniemaniu) plasuje się seria Metro. Ta rozpoczęła się później od Fallouta, bo dopiero w 2010 roku, kiedy zadebiutowała odsłona Metro 2033, korzystając z dorobku Głuchowskiego (autora uniwersum). Najnowszą częścią jest z kolei Metro Exodus, które nie czerpie z książek, a jedynie opiera się na samym uniwersum.

Za jej stworzenie odpowiada z kolei ukraińskie studio 4A Games, co w połączeniu ze wspomnianym Głuchowskim zawsze sprawiało, że “postapo na poważnie” określałem mianem tego „naszego”, bo słowiańskiego. Nic dziwnego, kiedy za Fallouta odpowiadały amerykańskie firmy – stąd zwykłem określać to postapo “na śmiesznie” mianem „amerykańskiego”.

W Metro sprawa ma się już inaczej. Ludzie po tragedii są zaszczuci. Próbują przeżyć głównie w podziemnych stacjach i tunelach (pomijając wizję Metro Exodus, gdzie wioski powstawały z dala od Moskwy, choć i tak były nadal narażone na niebezpieczeństwo), nieustannie śpiąc w gotowości do obrony. Obrony przed zmutowanymi potworami, które wcale nie czekają bezpiecznie w swoich kryjówkach, a których nieodzowną częścią jadłospisu jest ludzkie mięso.

Szanse na przeżycie po opuszczeniu względnego Azylu? Niespecjalnie wysokie ze względu na wspomniane potwory oraz radioaktywność, czy anomalie, od których miesza się często w głowie. Pierwszy lepszy mieszkaniec Metra mógł szukać na powierzchni, czego tylko chciał, ale finalnie i tak znalazłby tylko śmierć.

Nie to, co we wcześniej wspomnianej serii, gdzie byle wypierdek z Vaulta zaczynał od razu podbijać świat. To sprawia, że w wizji Metro ludzie są pod zdecydowanie znacznie większą presją, a w przeciwieństwie do tych z Fallouta, zabawy z nuklearnej zagłady czerpią tyle, co wszyscy miłośnicy Fallout 76. To z kolei udziela się nam, bo jak nigdy nie bałem się wędrować po świecie Falloutów, tak często obawiałem się iść dalej w Metro Exodus, gdzie zasoby były znacznie lepiej uszczuplone. Było czuć, że to świat po zagładzie, a to kolejna zaleta.

Idąc dalej, zło i dobro w Metro przyjmuje znacznie bardziej skomplikowany charakter. Tutaj już po prostu czuć, że świat nie jest czarno-biały i ktoś umiera, żeby żyć mógł ktoś. Nie ma tutaj miejsca na jednoznacznie czarne charaktery, co zostało idealnie przedstawione w Metro Exodus przy spotykanych frakcjach. Bandytów-złoli, jako takich nie było, a to jest wręcz świetny przykład na to, że czasem podejście „na poważnie” jest dla świata gry tym lepszym.

A Wy jakie postapo lubicie?

Oto więc dwa, całkowicie odmienne podejścia do postapokalipsy w grach wideo. Czy skręcone na wyrost? Nie wydaje mi się, bo te różnice zauważyłem już przed laty, kiedy to te klimaty były dla mnie jedynymi słusznymi. Z biegiem czasu zacząłem nawet zauważać, że w odsłonach Metro dostałem czegoś, czego w nowych Falloutach zabrakło, a mianowicie solidnej głębi i uzasadnionej fabuły.

Nie powiem jednak, że rozgrywka w Metro była lepsza od tej w Falloutach. Była po prostu inna, mniej nastawiona na rozrywkę z krwi i kości, co wcale nie jest zarzutem w obu przypadkach. To tak naprawdę dobrze, że obie te gry wypełniają inne luki na rynku, dzieląc podstawy, ale propagując zupełnie inny klimat. Pytanie, który Wam podoba się bardziej?