Na początku był chaos. A potem wyłonił nowy ład, który musiał taki być, chociaż do dziś nie mogę wyjść z szoku, co się w ogóle wydarzyło.

A miało być inaczej!

Pamiętacie marketingową grę, jaką Microsoft rozpoczął jeszcze przed premierą Xboxa 360? W sieci pojawiały się dziwne zdjęcia, filmy czy informacje o tajemniczej Kolonii. To oczywiście kontrolowane i jakże genialnie zrealizowane przecieki na temat ich najnowszej (wtedy) konstrukcji. Podsumowanie akcji możecie zobaczyć tutaj:

Dlatego nie mogę się zupełnie nadziwić, co też stało się raptem kilka lat później. Pojawia się Xbox One, w którym najważniejszym modułem w konsoli dla graczy staje się… TV. Obsługa linearnej TV w czasach, gdy imponujące wzrosty osiąga Netflix, Amazon Prime czy Hulu. Mimo wszystko daję im ogromny kredyt zaufania (i w banku) i staję się posiadaczem premierowego Xbox One wraz z sensorem Kinect. Konsola wizualnie kuleje, z ogromnym, ceglastym zasilaczem oraz dashboardem, który rzekomo wymagał Kinecta do działania. Co gorsza, pierwsze zapowiedzi ograniczały możliwość wypożyczania gier, a sam Kinect miał nas podsłuchiwać cały czas. No i wygląd konsoli…

W tym samym czasie, po drugiej stronie globu rany liże Sony, które koncertowo położyło z kolei premierę PS3 i podeszło do tematu zupełnie inaczej przy „czwórce”. I tak gracze nie mają żadnych ograniczeń przy wypożyczaniu gier, konsola posiada wbudowany zasilacz, przeprojektowany kontroler i co ważniejsze – mocniejsze bebechy.

Jak jest dziś, każdy wie

PS4 świeci triumfy, a Microsoft przez całą generację robi co może by ratować swój sprzęt i wizerunek. Uczciwie trzeba przyznać, że mimo iż Japończycy regularnie wrzucają na swój system gry-petardy tak ewidentnie osiedli na laurach i nie robią praktycznie nic. Ostatnio dodany crossplayer był rzucony niczym „łaska pana” gdy nawet najzagorzalsi fani mieli już dość. Tymczasem „zieloni” stają na głowie: Crossplayer, Game Pass, regularne aktualizacje konsoli o nowe funkcje, setki wariantów padów, nowe wersje konsoli… zdecydowanie, w ostatnich latach Microsoft miał co robić. Sęk w tym, że obietnic przecież było jeszcze więcej!

Xbox SmartGlass, Xbox Live Everywhere, Kinect, Cloud, Avatary i wiele więcej

Na przestrzeni lat Microsoft zapowiadał dziesiątki technologii, które nigdy się nie pojawiały. SmartGlass będący odpowiedzią na Nintendo WiiU, nigdy tak naprawdę nie został wykorzystany. Xbox Live Everywhere – ktoś kojarzy to w ogóle? Było zapowiedziane raz, jednym zdaniem na E3 i nigdy więcej do tematu nie powrócono (to coś zupełnie innego niż obecne Everywhere ;)). Porzucenie fantastycznego Kinecta, chmurowych obliczeń, które miały rozszerzać możliwości One czy Avatary, które niby są, ale ich nie ma.

W tym samym czasie ekosystem Xboxa znacząco zmalał – to głównie za sprawą porażki Windows Mobile, który oferował gry w ramach Xbox Live. Nie wszystkie, ale nie ukrywam, że przyjemnie było pograć w mobilną wersję Halo i odblokować tam trochę „aczików”.

Nie to jest jednak największym grzechem obecnej generacji. O nie!

Tak naprawdę, mimo iż żale wylewam na biedne Microsoft, pretensje mam do obu stron. Można było przeboleć początkowy znikomy skok graficzny między X360 a One (i PS3 oraz PS4). Obie firmy  ruszyły w kierunku „hardcore gamer first” zupełnie porzucając rynek casual. Wiecie za co pokochałem X360 i PS3? Za to, że były konsolami dla wszystkich. Przy nich mogła usiąść moja małżonka, córka i ja i każdy tam miał dla siebie coś fajnego. A wymieniać przecież można na jednym wdechu praktycznie bez końca: Guitar Hero (i inne … Hero), Viva Piniata, Spyro, Dance Central, Kinectimals, Eye Toy, Singstar, Buzz i wiele, wiele innych. Producenci eksperymentowali, otwierali się na nowe możliwości i tytuły. W sklepach było zatrzęsienie tytułów wysokiej jakości lub eksperymentujących formą i ciężko było się zdecydować.

Tymczasem ósma generacja konsol to w dużej mierze kolejne sequele znanych już marek (Call of Duty, Battlefield, Need For Speed, Assasins Creed etc) lub… remasterów. To prawdziwa plaga – fajnie, że jest nowe Spyro i nowy Crash, tyle, że to nie są nowe części, a remastery starych. Cieszę się, że The Last of Us trafił na PS4, ale spokojnie mógłbym ograć go i na PS3. Korona by mi z głowy nie spadła.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że połowa obecnej generacji to granie w kółko w stare gry, które już przecież nieraz ograłem. Ile można? Oczywiście, można zawsze powiedzieć, że remastery powstają, bo gracze je kupują. Sęk w tym, że producenci poszli na łatwiznę. Gry są karykaturą siebie samych, kopiarki w biurach projektowych pracują na najwyższych obrotach i naprawdę ciężko o jakieś faktyczne świeżości na rynku.

Zła wiadomość: nie spodziewajmy się zmiany

Z nieukrywaną ciekawością śledzę doniesienia o PS5 i nowym Xboxie. Jestem bardzo zainteresowany Xbox xCloud i wizją grania w konsolowe gry wszędzie, gdzie tylko mam dostęp do ekranu. Obawiam się jednak, że swoisty przemiał starych tytułów ruszy ponownie. Jestem w stanie postawić dolary przeciwko orzechom, że wraz z premierą „Xbox Two” dostaniemy „Forza Horizon 4 Xbox Two Enhanced” czy „Red Dead Redemption Xbox Two Edition”. I wszyscy się na nie rzucimy, bo przecież grafika jest najważniejsza i będziemy zachwycać się sierścią konia w 4K HDR 60FPS.

Rynek się zmienia. Kto nie pojawi się w streamingu odpowiednio wcześnie – będzie uzależniony od wielkich graczy. Tymczasem streaming to święty graal wydawców. Mając odpowiednią platformę, nikt nie potrzebuje konsoli. I tak jestem przekonany, że EA, Bethesda, Valve, Microsoft, Sony oraz Ubisoft będą miały swoje platformy streamingowe, a my doczekamy się zmierzchu konsol jako takich. Może wtedy, producenci próbując przyciągnąć nas do swoich „growych netflixów”, znów zaczną eksperymentować z formą? Oby!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!