Coraz więcej regulacji prawnych wymaga od producentów samochodów nieustanne czuwanie nad wnętrzem kabiny, więc firmy idą po najmniejszej linii oporu, stawiając po prostu na kamery i momentami nawet te termowizyjne. Firma Vayyar Imaging śmieje się jednak nim w twarz, bo uważa, że ma ogromną przewagę w swoim systemie opartym na radarze. 

Czytaj też: Autonomiczny EZ10 od EasyMile doczekał się ulepszenia

Aby dać nieco perspektywy do tej nowinki warto wspomnieć np. o Cadillacu CT6 Super Cruise, który ma system kamer, nadzorujący całą kabinę. Chociaż może jeździć w połowicznym trybie autonomicznym, to nieustannie obserwuje kierowcę pod kątem oznak zmęczenia i rozproszenia uwagi, aby upewnić się, że jeśli pojawi się problem, którego system nie będzie w stanie rozwiązać, to powierzy kontrolę nad pojazdem człowiekowi. W czasach autonomii takie rozwiązania są okropnie ważne.

Vayyar rozwiązuje je jednak na inny sposób, stawiając na 48 radarów na jednym chipie, które w jednym momencie rozsyłają po kabinie wiązki i odbierają je w tym samym momencie. Otrzymują dzięki temu wirtualne punkty, które służą za rozpoznawanie ludzi oraz ich pozycji. Wygląda to w ten sposób:

Nad tymi danymi nieustannie stanowi pieczę system samochodowy i w momencie, kiedy np. rozpozna, że jeden z pasażerów pochyla się do przodu w chwili wypadku, to zamiast uwalniać poduszkę powietrzną (ta załamałaby mu wtedy kark) poczeka, aż znajdzie się w bezpiecznej pozycji.

Radary mają przy tym sporo zalet – są tańsze od kamer dobrej jakości, penetrują cała kabinę, uwzględniając wszystkich obecnych w niej i operują wyłącznie na punktach, więc dbają o anonimowość. Niestety mają jeden problem i to całkiem spory, bo inżynierowie muszą jakoś zabezpieczyć całą kabinę tak, aby nie przepuszczała promieni na zewnątrz. Jednak w radarom już zaufała Tesla w swoich samochodach, a nawet Mercedes-Benz przy Bertha.

Czytaj też: Jak Rimac tworzy elektryczne hipersamochody?

Źródło: Spectrum

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!