Za nami drugi odcinek finałowego sezonu Gry o Tron. Już nieco dłuższy od poprzedniego, ale dla wielu bardzo rozczarowujący. Dlaczego? Zaraz postaramy się to omówić. Recenzja spoilerowa, więc jeśli jeszcze nie widzieliście nowego epizodu, to poczekajcie z czytaniem.

Ciąg dalszy spotkań i… gadania

Pierwszy odcinek został praktycznie w całości przegadany. Jednym się to podobało bardziej, innym mniej, ale większość z nas to rozumiała. Jednak kiedy kolejny epizod to tylko żarty, ckliwe momenty i gadanie, to nie ma się co dziwić, że wiele osób narzeka. A właściwie można się dziwić. W końcu nadrzędną funkcją tego odcinka było domknięcie reszty spraw i pożegnanie z niektórymi bohaterami. Wygłaszane przez niektórych teksty aż bija po oczach „niedługo zginę!”. I, niestety, musimy być na to przygotowani. Za tydzień czeka nas największa bitwa w historii Westeros (i ogólnie kina) i nie dziwię się, jeśli po jej zakończeniu ocalałych bohaterów będzie można policzyć na palcach jednej ręki.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron
Tak, Duch żyje.

Dostajemy tu kolejne sceny spotkań, jedne są mniej, inne bardziej symboliczne i poruszające. Jamie spotyka się z Branem, potem z Brienne i z Tyrionem; Sansa z Theonem. Ostatni ocalali bracia z Nocnej Straży, Jon, Sam i Edd, pełnią wspólną wartę wspominając dawne czasy. W ogóle, jakby na to spojrzeć, drugi odcinek finałowego sezonu przepełniony jest wspomnieniami i, jak poprzednio, nawiązuje do epizodów z wcześniejszych sezonów. Niektóre spotkania są bardzo poruszające, inne zabawne, każde ma jednak duże znaczenie.  Wiele kwestii daje nam do zrozumienia, że to pożegnanie. Chwile, w których nasi bohaterowie piją wino, wspominają i po prostu są razem, to ich ostatnie tak przyjemne momenty. Nie ważne czy zginą, czy nie. Po bitwie już nic nie będzie takie samo.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Dodatkowo podczas narady wojennej dowiadujemy się czego chce Nocny Król. Bran wyjaśnia, że tak naprawdę chodzi mu o zgładzenie ostatniej Trójokiej Wrony. Wielokrotnie podkreślano ich wzajemne połączenie, ale od teraz wiemy, jak wielkie znaczenie ma Bran. To nie tylko creepy kaleka, ale ktoś o wiele, wiele ważniejszy. A może najważniejszy? Bran, jako Trójoka Wrona, jest pamięcią świata. Wraz z jego śmiercią umrze cała wiedza i historia, umrze też nadzieja na odrodzenie.

Czytaj też: Porywa, ale nie żąda okupu. Recenzja filmu Złodziejaszki

Wiele emocji

Drugi odcinek miał na celu wzbudzenie w nas jeszcze większej sympatii do postaci na ekranie. Trzeba to jasno powiedzieć. Każdy z nich pokazany jest z tej lepszej, zabawniejszej strony. Theon chcący do reszty odkupić swoje winy i zgłaszający się na ochotnika, by pilnować Brana. Po jego wzruszającym przywitaniu z Sansą już całkiem zapominamy kim był wcześniej. Dochodzi do nas tylko tyle, że biedny Theon wkrótce zginie, ale przynajmniej jako bohater. Jamie, którego od jakiegoś czasu lubimy coraz bardziej. Szary Robak i Missandei, choć ich romans jest bardzo awkward i niepotrzebny, to jakoś tak smutno, jeśli któreś z nich zginie.

A niestety zapewne tak będzie, bo słowa, które między nimi padły były aż nadto wymowne.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

W tym odcinku twórcy świetnie wywołują w nas skrajne emocje. Wiele razy mogą nam się zaszklić oczy. Są to naprawdę dobre sceny, których w poprzednim sezonie było tak niewiele. Spotkanie Davosa z tą dzielną, małą dziewczynką, która przypomniała mu spaloną na stosie Shireen. Niby nic, bo przecież ta mała niczego nie wnosi, ale jednak pokazuje nam się, że Północ jest waleczna i nawet najmniejsi chcą walczyć. Ukłucie w sercu wywołuje też posiedzenie przy kominku. Niby wesołe, ale bohaterowie, tak samo jak i  my, zdają sobie sprawę, że to ostatni oddech przed bitwą.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

I właśnie w tej komnacie jesteśmy świadkami najlepszej i najbardziej wzruszającej sceny tego odcinka. Pasowania Brienne na Rycerza Siedmiu Królestw. Stąd też tytuł odcinka. W końcu, po tylu latach szykan, wyzwisk i wyśmiewania, waleczna Brienne z Tarthu w końcu spełniła swoje marzenie. Została pasowana przez Jamiego, do którego, jak większość z was wie, dziewczyna wzdycha. Przyznam się szczerze, że Brienne jest jedną z moich ulubionych postaci ostatnimi czasy. W tym odcinku sceny z udziałem jej i Jamiego robią właściwie całą robotę. No, do tego jeszcze żarty Thormunda. Wisienką na torcie jest piosenka w wykonaniu Podricka.  Przypomniała mi się w tym momencie piosenka, którą Pippin śpiewał Denethorowi w Powrocie Króla. Choć sceny, które podczas niej pokazywano były inne, to dramatyzm i smutek czułam podobny. I ta świadomość, że coś się ostatecznie kończy.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Oczywiście to nie jest idealny odcinek. Dostajemy tu parę niepotrzebnych scen, zwłaszcza te pomiędzy Aryą i Gendrym. Dobra, coś tam się między nimi w ubiegłym tygodniu działo. Ale teraz podkręcono szybkość, Arya pomachała brwiami, wymienili parę spojrzeń a potem mała Starkówna dobrała się kowalowi do spodni. Zdecydowanie mogłoby się obyć bez niej, choć z drugiej strony w końcu dziewczynie dano trochę ludzkie oblicze.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

 

Daenerys wie

Pod koniec poprzedniego odcinka Jon w końcu dowiedział się, że jest synem Rhegara i Lyanny. Był to dla niego szok i co zrozumiałe, od razu zbudował dystans między sobą i Daenerys. Wiele fanów twierdziło, że logicznie byłoby, gdyby Snow zachował te informacje dla siebie. Cóż, nie zachował i doskonale pasuje to do charakteru jego postaci. On po prostu jest zbyt uczciwy i jak już się czegoś dowie, to chce się tym podzielić. Co ciekawe Dany, choć od razu zarzuca my kłam, to nie oburza się tym, że spała z bratankiem. Mimo wcześniejszych zapewnień o miłości do Jona, od razu widzi w nim konkurenta. Nie rodzinę, ale rywala, który ma większe prawo do Żelaznego Tronu niż ona. Osobiście spodziewam się jakiegoś świństwa z jej strony podczas bitwy. Choć twórcy starają się pokazać Dany jako sprawiedliwą, doceniającą swoich doradców i liczącą się z ich zdaniem królową, to wszyscy wiemy, że ma obsesję na punkcie tronu.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Zresztą, to nie jest przyjemny odcinek dla Matki Smoków. Najpierw, podczas „sądu” nad Jamie’em podważono jej zdanie i postawiono ją przed faktem dokonanym. Potem Jon ją olewa, a Sansa podczas przyjacielskiej pogawędki wyskakuje z tym, że chce wolnej Północy. W tym momencie Dany zdaje sobie sprawę, że Jona mogła omotać, ale z Sansą już jej się to nie uda. No i rozmowa Jona z Daenerys w kryptach. Wydaje się, że to przepełniło czarę goryczy i możemy się spodziewać z jej strony nie do końca racjonalnych i uczciwych działań. Możliwe, że przeoczy wołanie o pomoc, w końcu pośród bitwy o coś takiego nie trudno. Choć sama scena nie wywołuje praktycznie żadnych emocji, ot jest, bo musi być, to myślenie o jej konsekwencjach – już tak.

Cisza przed burzą

Twórcy dobitnie pokazali nam, że ten odcinek jest potrzebny. To chwile wytchnienia dla bohaterów, by mogli pożegnać się, domknąć niektóre sprawy. Dla nas, by jeszcze bardziej ich polubić, a co za tym idzie, za tydzień cierpieć bardziej. Wątki nam się zazębiły, a wszyscy bohaterowie znaleźli się w Winterfell, które jest, nawiasem mówiąc, jedynym miejscem akcji w tym odcinku. Doskonale buduje napięcie przez wielką bitwą. Może było trochę pierdololo, ale mimo wszystko potrzebnego. Potem już nie dostaniemy takiej okazji, bo albo będzie za dużo się działo, albo bohaterowie będą martwi. Cóż, cieszmy się więc ich obecnością póki możemy. Coś czuję, że większość nie przetrwa spotkania z Białymi Wędrowcami, których zobaczyliśmy na końcu.

Recenzja 2. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Czytaj też: Recenzja 1. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Zdjęcia: HBO

 

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej