Kilka miesięcy temu nie mogłam się doczekać 8. Sezonu Gry o Tron. Nastawiona byłam do niego bardzo optymistycznie, choć wszelkie znaki na niebie i ziemi (poprzednie sezony) mówiły, że mogę się zawieść. Zresztą, myślałam podobnie jeszcze po drugim, a nawet trzecim odcinku. Nadzieja matką głupich, niestety. Świadczy o tym najnowszy epizod. Zapraszam do lektury recenzji.

Tekst zawiera spoilery z 5. odcinka finałowego sezonu Gry o tron „The Bells”, więc jeśli jeszcze go nie oglądaliście to czytacie na własną odpowiedzialność.

Mogę zapytać tylko : DLACZEGO?

Piąty odcinek jest zatytułowany „The Bells”. Jon Snow wraz z resztą armii dociera do Królewskiej Przystani, pod którą wkrótce wspólnie stacjonują. W tym epizodzie nie ma już miejsca na gadanie, pewne decyzje zostały podjęte. Niestety. Od razu pokazana nam jest Daenerys w bardzo ciężkim stanie psychicznym. Królowa ma podkrążone oczy, nie je, nie pije, tylko patrzy w okno i rozpamiętuje. Z jednej strony śmierć Rhaegala, a z drugiej zdradę, o którą obwinia, przede wszystkim, Jona. Ale to nie on zostaje za nią ukarany. Uczynny doradca i namiestnik Tyrion, który już parę razy zawiódł Dany, skarży na Varysa. I cóż, niejednoznaczna postać, sprytna, wyrachowana, z niezwykle rozwiniętym instynktem samozachowawczym kończy w głupi sposób. Oczywiście – spalił go smok. Varys, który przez cały serial knuł misterne plany od lat służąc wielu królom i z powodzeniem chroniąc samego siebie nagle dostaje małpiego rozumu. Wręcz macha do Dany tabliczką „chcę na tronie Jona”. Jego koniec nie miał żadnego wydźwięku, nie wywoływał żadnych emocji oprócz zażenowania. Niestety im dalej, tym gorzej.

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Dowiadujemy się też, że Dany złapała Jamie’go, który podróżował do Królewskiej Przystani. Długo w niewoli nie był, bo szybko został uratowany przez Tyriona. Fajnie, bo przecież kiedyś mieliśmy odwrotną sytuację. Tylko Tyrion, który był kreowany na jedną z najinteligentniejszych  postaci w serialu gdzieś stracił swój rozum. Nadal usilnie chce uratować siostrę, która przez lata starała się go zabić. Mówi Jamiemu o możliwości ucieczki i o tym, by kazał bić w dzwony, kiedy już zgarnie Cersei. Tytułowe dzwony miały być sygnałem, że miasto się poddało i nie trzeba nikogo mordować. Tyrion ostrzega o tym Jona i innych, że gdy tylko je usłyszą mają przestać walczyć. Dobra, w końcu dwie armie stają naprzeciw siebie. Osławiona Złota Kompania i niedobitki z Północy, wśród których zadziwiająco dużo jest Dothraków i Nieskalanych, ale z tego śmialiśmy się już w poprzednio. Szybko okazuje się, że właściwie nie są oni do niczego potrzebni, bo na scenę wkracza Daenerys na Drogonie. I zaczyna palić wszystko w zasięgu wzroku.

Czytaj też: Recenzja filmu Iron Sky: Inwazja

Szalona Królowa

Spełniły się przewidywania, Daenerys stała się następczynią swojego ojca. Szalony Król nie zdołał „spalić wszystkich”. Jego córka już tak. Przez większość odcinka Dany na Drogonie pali bez skrupułów statki, Skorpiony i ich obsługę, a także niewinnych ludzi. O ile palenie wrogich oddziałów jest jakoś uzasadnione, tak śmierć cywilów już nie. Ponownie scenarzyści pokazali, że cały rozwój i kształtowany na przestrzeni całego serialu charakter mogą zmieć sobie od tak. I wiecie, ja jestem w stanie wytłumaczyć sobie jej zachowanie. Jednak nie tędy droga. Żeby działania bohatera były zrozumiałe, trzeba pokazać proces zachodzących w nim zmian. My tego nie dostaliśmy. Taka zmiana postaci o 180 stopni jest wręcz karygodna. W momencie, w którym Dany zaczęła palić niewinnych mieszkańców miasta zapragnęłam, by Gra o Tron już się skończyła. Postać, która walczyła o niewinnych teraz bez mrugnięcia okiem ich morduje. I to w tak bestialski sposób. Dobra, nie wiemy, czy bez mrugnięcia okiem, bo nie pokazano nam jej twarzy. Możemy sobie jednak wyobrazić obłęd w jej oczach.

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Daenerys sieje zniszczenie pokazując, że właściwie mogła już w 7. Sezonie wsiąść na smoka, wyskoczyć do Królewskiej Przystani, spalić wszystkich i wrócić walczyć z Nocnym Królem. Jej tutaj nikt nie jest potrzebny. Przy pomocy ognia i muru rozprawiła się ze Złotą Kompanią, która pokazała jak bardzo bezużyteczna jest. Żelazna Flota Eurona też już nie działa. Ciekawe, że nagle smok stał się tak szybki i zwinny, że żadna strzała ze Skorpiona nie jest w stanie go dosięgnąć. Widocznie Rhaegal był po prostu ociężały i powolny, dlatego tak szybko zginął.

Cleganebowl

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Do Królewskiej Przystani dotarł też Ogar i Arya. Dostaliśmy bardzo fajne zakończenie ich wspólnego wątku. Sandor przekonuje Starkównę, że nie warto żyć zemstą, Wiemy, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego co mówi. W końcu przeżył to wszystko tylko po to, by zmierzyć się ze swoim bratem. My też na to czekaliśmy. Walka między braćmi to chyba jedyny wątek fabularny w tym odcinku, który naprawdę mi się podobał. I w końcu zobaczyłam, jak wygląda pod zbroją Góra, niestety bardzo przypominał Vadera bez hełmu. Bardzo dobrym zagraniem było połączenie Aryi i Ogara, gdy on obrywał, widzieliśmy podobną sekwencję z jej ucieczki. Bałam się trochę, że w momencie śmierci obu braci zobaczymy także koniec Aryi, ale tak się nie stało. Odnoszę jednak wrażenie, że to już koniec jej wątku. Chyba, że wparuje na tym białym koniu, by ukatrupić Dany.

Postacie cofnięte w rozwoju

Smutno mi, gdy pomyślę, jak bardzo DeDeeki skrzywdzili niektórych bohaterów. Jamie, który na przestrzeni ostatnich sezonów przeszedł ogromną przemianę nagle stracił pamięć. Nie wrócił do Cersei, by ją zabić, wrócił by z nią umrzeć. Fajnie, ale to pasowało do Jamiego z pierwszego sezonu, a nie tego, którego pokazano nam kilka odcinków temu. Liczyliśmy, że zabije Cersei. A on po prostu umarł z nią w podziemiach.

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Podobnie inteligentny Tyrion nagle  przestał zauważać i zapomniał o charakterze swojej siostry. Gra o Tron jest serialem, który wierni fani bardzo mocno analizują, snują teorie, badają poszlaki. Okazuje się, że to wszystko robili bez potrzeby. Cały rozwój bohaterów, ich zmiany były powierzchowne. Ich kształtowane charaktery zostały zignorowane tylko po to, by finał wyglądał spektakularnie.

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

Dodatkowo mamy sporo bohaterów, o których zapomniano. Co z tym Davosem? Co z Yarą Greyjoy? Gdzie Gendry? Tego się raczej nie dowiemy. Bo po co?

5. odcinek finałowego sezonu Gry o Tron pozostawia niesmak

Najnowszy odcinek znowu technicznie zrobiony jest świetnie. Reżyserem był Miguel Sapochnik, ten sam, który odpowiadał za Bitwę o Winterfell. Całość prezentuje się naprawdę świetnie. Chaos, pożoga i śmierć oddane są realistycznie i przekonująco. Zresztą, cały sezon technicznie bardzo dopracowano,  od scenografii po efekty specjalne. Z jednej strony można powiedzieć, że pokochaliśmy Grę o Tron właśnie za spektakularne morderstwa, warstwę wizualną i fajnych bohaterów. Wielu widzów ma takie podejście i okej, ja to szanuję. Jednak są też fani, którzy oczekiwali przede wszystkim fabuły. Wśród nich byłam ja. Minęło parę godzin odkąd obejrzałam ten odcinek i nadal czuję niesmak.

Recenzja 5. odcinka finałowego sezonu Gry o Tron

W jakiś sposób czuję się oszukana. Twórcy obiecywali tak wiele, a tak niewiele potrafili nam dać. Co z tego, że jest spektakularnie i efektownie; że jest ogrom śmierci, skoro zgony głównych postaci są bezsensowne? Co z tego, skoro luki w scenariuszu są tak wielkie, że Żelazna Flota by się zmieściła? Oczekiwałam dobrej historii, przede wszystkim historii. Zawiodłam się. Nie ważne już co dostanę za tydzień, nadal będę zawiedziona. DeDeeki pokazali, że nie potrafią zrobić serialu nieprzewidywalnego i jednocześnie dobrze napisanego. Niestety, mój entuzjazm spłoną równie spektakularnie jak Królewska Przystań.

Czytaj też: Recenzja filmu Smętarz dla zwierzaków

Zdjęcia: HBO

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej