Co stoi za ogromnym sukcesem Black Sabbath? Kokaina. To ona dawała im energię, aby wchodzić do studia i opuszczać je dopiero po kilkunastu godzinach pełnych pracy, której organizm normalnego człowieka zwyczajnie by nie wytrzymał. Co stało za upadkiem Black Sabbath, sprowadzeniem wartości tego zespołu w konkretnych latach do zupełnego zera, przez co nawet nie wyśmiewano ich w mediach, bo zwyczajnie nikt o Sabbathach nie pamiętał? Kokaina. Kokaina, kokaina, kokaina. Obok wulgarnego określenia prostytutek, które Ozzy wtrącał w praktycznie każdą swoją wypowiedź, „kokaina” jest prawdopodobnie najczęściej używanym słowem w „U piekielnych bram” spisanym przez Micka Walla. To jednak żadna ujma, bo przecież mówimy tutaj o dziejach jednej z największych, najwspanialszych rockowych kapel wszech czasów, która swoje korzenie ma już w Wielkiej Brytanii lat sześćdziesiątych. A wtedy lubiono przypudrować sobie nosek.

Ja – autor, postaram się w dzisiejszej recenzji odpowiedzieć Wam na pytanie, czy Mick Wall – legendarny PR-owiec, dziennikarz i pisarz – wyszedł ze starcia z legendą ze wszystkimi zębami. Wszakże jest to wielkie wyzwanie, aby obiektywnie i rzetelnie opisać zdarzenia, które pokierowały losami czterech, jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, śmieci z niemiłosiernie brzydkich ulic brytyjskiego Aston. Te ludzkie odpadki z czasem przemienią się jednak w ikony muzyki rockowej i pomimo tego, że opis ich niemal pięćdziesięcioletniej działalności jest w równym stopniu opowieścią o wzlotach i upadkach (chyba nawet z przeważeniem tych drugich), nie można było predestynować do roli skryby kogoś, kto nie czułby klimatu Black Sabbath. Całe szczęście, nie można nazwać tak człowieka, który przez lata prowadził ich kampanię prasową.

ks

W swojej liczącej nieco ponad 400 stron książce, Wall przedstawia historię Black Sabbath od ich nastoletnich początków aż po moment, w którym wydano ostatnią płytę zatytułowaną „13„. Zbiegiem okoliczności nie jest prawdopodobnie fakt, że znalazło się w niej miejsce na dokładnie trzynaście rozdziałów, opisujących tak stan zespołu w danych latach, jak i byłych, kluczowych członków. Pierwsze stronice w naprawdę genialny sposób nakreślają sytuację raczkującej muzyki heavy-rockowej w Wielkiej Brytanii, której zawdzięczamy kierunek, jaki obierze szeroko rozumiany rock’n’roll w ciągu najbliższych czterdziestu lat. Nie da się nie docenić piętna, jaki na dosłownie każdej, popularnej obecnie, „cięższej” formacji wywarły triumfujący wtedy The Beatles, The Rolling Stones, Queen, Led Zeppelin czy Deep Purple. Niechętnie, ale absolutnie zasłużenie, brytyjscy dziennikarze musieli dopisać do tej listy Black Sabbath.

I choć przez całą, śledzoną przez czytelnika opowieść rodziły się momenty, które zwyczajnie mogły postawić kres drodze, jaką przebył zespół Tony’ego Iommiego (bo każdy, kto przeczyta tę książkę nie ulegnie wątpliwości, do kogo tak naprawdę należy BS), jak choćby romans gitarzysty z Jethro Tull, którego to członkiem był Iommi przez kilkanaście dni, nawet nie jesteśmy sobie wyobrazić, w jak różnej rzeczywistości żylibyśmy, gdyby do tego doszło. Lata siedemdziesiąte zostały podbite przez Black Sabbath i choć nie dane było im ujrzeć przychylności brytyjskich mediów, publiczność była jednogłośna: to Ozzy i spółka są królami światowych scen. O tym jednak wiedział każdy, kto przed lekturą miał choćby ogólne pojęcie o wizerunku tego brytyjskiego zespołu metalowego, zadaniem Micka Walla było ubrać tę opowieść w szczegóły, często szokujące, zabawne, ale i zwyczajnie obrzydliwe. Black Sabbath nie zostało uformowane przez gości, którzy zrezygnowali z tytułu „mecenasa” czy „doktora”, ale przez prawdziwy margines społeczny, który miałby szczęście, jeśli na alternatywnej, życiowej ścieżce, na której nie przytrafiła im się wielka szansa, jaką była dla nich muzyka, nie skończyliby w rynsztoku przed czterdziestką.

1970-black-sabbath

Nie znaczy to jednak, że o sile Black Sabbath stanowili ludzie, którzy mieli pstro w głowie, bo choć liczne anegdotki, jakimi praktycznie co kilka stron rzuca Wall, mogą skłonić do zastanowienia, czy aby na pewno czwórka Osbourne, Iommi, Butler i Ward była zdrowa psychicznie, na jednym znali się oni wybitnie. Na tworzeniu muzyki ciężkiej jak uderzenia młota o kowadło, co prawdopodobnie znajduje uzasadnienie w rzeczywistości, w jakiej członkom zespołu przyszło żyć – okolice Birmingham były obrzydliwie szarobure, w rodzinach przyszłych artystów często padały krzyki, a wokoło wszyscy ratowali się przed egzystencjalnym bólem za pomocą narkotyków. Nic dziwnego, że niemal każdy, kto postawił stopę w Black Sabbath, również szybko w nie wsiąkał.

Używki, które oszołomionym sukcesem muzykom, oferowano z niemal każdej strony, powoli zaczęły przejmować kontrolę nad ich życiem. Najpierw lubili sobie popić, zapalić blanta i rozpłynąć się w muzyce Led Zeppelin, z którymi utożsamiali się i zwyczajnie ich podziwiali (kto tego nie robił?). Później, inspiracje zaczęły nadpływać od znacznie cięższych specyfików – amfetaminy, LSD, heroiny – na szczęście, w małych ilościach, a w końcu kokainy, która naprzemiennie zniewalała ich i uszczęśliwiała. Ciężko tak naprawdę wybrać, który z nich był najbardziej uzależniony – Ozzy’ego wielokrotnie znajdowano w kałuży swojego moczu, Ward przez pewien czas nie mógł chodzić, a co dopiero grać, Iommi na całe dnie zamykał się w swoim pokoju, w którym miał zasłonięte wszystkie okna, a w lodówce oprócz soku pomarańczowego miał niemal tylko puszki z białym proszkiem, a Butler od zawsze żył w swoim świecie i używki tylko to pogłębiły.

black-sabbath-evil-live

Nie, żeby ci goście nie byli naprawdę popieprzeni bez drugów – w tej konkurencji na prowadzenie podświadomie wysuwa się Osbourne, o którym zawsze mówiono bardzo wiele w mediach (jego liczne wybryki stanowią naprawdę sporą część książki, wystarczy wspomnieć o pozbawieniu głów kilku latających stworzeń), ale do tej pory nie byłem zaznajomiony z tym, jak wielkim świrem był też Iommi. Obecnie widzi się go jako postawnego, charyzmatycznego starszego pana i ciężko sobie wyobrazić, że wcześniej jego ulubionym zajęciem było podpalanie perkusisty – Billa Warda – i to często do stopnia, w którym mógł on zwyczajnie skończyć z tym światem. W takie humoreski obfituje właśnie książka Micka Walla i pod tym względem spełnia ona wszystkie oczekiwania.

Cieszy mnie również to, że autor nie podjął się dokładnej analizy pod względem technicznym każdej z piosenek, co wcale nie jest aż tak oczywiste. Przez to lektura mogłaby być praktycznie nie do przeczytania, bo każdego szybko nudzą tego typu zagrania i znacznie lepiej wypada forma preferowana przez Walla – przy okazji premiery danego albumu poświęca on jedno-dwa zdania pojedynczej piosence, w skondensowanej formie dostarczając ciekawych na jej temat informacji. Ci, którzy pragną – tak jak ja – przeprowadzić się przez dzieje Black Sabbath w jak najbardziej immersyjny sposób i tak załączą sobie podczas lub w międzyczasie płyty tego fantastycznego zespołu, co spotęguje klimat towarzyszący lekturze.

Glw8ea-360

Warto wspomnieć, że jest ona napisana w naprawdę sposób przystępny dla czytelnika, ciężko się w niej zgubić czy zastanawiać nad znaczeniem jakiegoś wyrazu. Mick Wall nie popadł w jakiekolwiek uwielbienie względem Sabbathów, które mogłoby mu przesłonić prawdziwy wizerunek zespołu – kiedy trzeba, nazywa on album gównianym albo krytykuje któregoś z członków zespołu, opowiadającego o tym, jak efekty ich pracy nad jakimś materiałem wcale nie były takie złe. Sporą część jego rozważań stanowi przedstawianie faktów, dających dowód na to, jak z biegiem czasu Black Sabbath stało się opanowane nie tylko przez narkotyki, ale i pieniądze (nomen omen potrzebne im głównie do kupowania kokainy właśnie). Widać, że Wall to prawdziwy ekspert wśród dziennikarzy, który z niejednej miski jadał, toteż „U piekielnych bram” naszpikowane jest też detalami około-sabbathowymi, a więc dotyczącymi sceny rockowej tamtych lat, managementu czy samych ikon rock’n’rolla jak John Bonham, Ian Gillian czy David Lee Roth.

Zazwyczaj w takim momencie mawia się, że kupno tej książki jest absolutnym musem dla każdego, kto nazywa się fanem zespołu, ja jednak rzeknę, że jest to konieczność dla wszystkich zainteresowanych muzyką rockową. Niezależnie od tego, czy jesteś fanem Genesis czy Cannibal Corpse, na niemal każdy z zespołów, w których brzmi gitara elektryczna, wpłynęła kapela Iommiego. Hołd w postaci tak świetnej książki należy im się więc jak psu buda.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej