Glass był niewątpliwie jednym z bardziej oczekiwanych filmów tego roku. Miał być zwieńczeniem zapoczątkowanej w 2000 roku trylogii i choć tego dokonał, to zdaje mi się, że zwieńczył również coś innego. Chodzi oczywiście o karierę samego M. Night Shyamalana i pasmo jego porażek. Jednak nie uprzedzajmy faktów i przejdźmy do recenzji Glass.

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Te powiedzenie w przypadku M. Night Shyamalana jest bardzo adekwatne. Kiedy nakręcił kultowy Szósty zmysł, a potem Niezniszczalnego został uznany za odkrycie i perełkę Hollywood. Chwalony, nazywany kolejnym Spielbergiem, tak popadł w pychę, że zaczął robić gniota za gniotem. Wisienką na tym zgniłym torcie był, oczywiście, Ostatni Władca Wiatru. Czara goryczy się przelała, w pewnym momencie nawet ukrywano jego nazwisko na trailerach, wiedząc, że działa ono bardzo odstraszająco. Negatywne recenzje i odbiór publiczności sprawił, że Shyamalan nabrał pokory, przeszedł do mniejszego studia jakim jest Blumhouse. I dał nam bardzo fajny horror Wizyta, a rok później Split. Ten ostatni, choć niepozbawiony wad, dawał nadzieję na ogólną poprawę. No i chyba znowu za wcześnie go pochwalono…

Recenzja filmu Glass

Dekonstrukcja mitu superbohaterskiego

Gdy w 2000 roku powstał film Niezniszczalny widać było, że Shyamalan bawi się koncepcją superbohaterów. Czyni ich bardziej ludzkimi, bez całej tej fantastycznej i epickiej otoczki. W zamyśle Glass miał podążać tą ścieżką. Akcja filmu dzieje się kilka tygodni po Split. Kevin Wendell Crumb (James McAvoy), w którego ciele mieszają 24 różne osobowości, w tym nieludzka Bestia, nadal poluje w mieście porywając i mordując młode dziewczyny. Jednocześnie David Dunn (Bruce Willis) nadal praktykuje zawód skrytego w cieniu bohatera, ubranego w przeciwdeszczowy płaszcz i krążącego po mieście. Konfrontacja między tymi dwoma bohaterami wydawała się jednym z kulminacyjnych punktów filmu. Okazało się, że była raczej punktem wyjściowym.

Recenzja filmu Glass

Tytuł wskazuje również na powrót kolejnego bohatera – Elijaha Price’a (Samuel L. Jackson), czyli tytułowego Mister Glassa. Przydomek pochodzi od jego choroby, Price cierpi na wrodzoną łamliwość kości. Zrządzeniem losu Kevin i David zostają umieszczeni w szpitalu psychiatrycznym, w którym od lat jest zamknięty Price. Wszyscy są pod opieką doktor Ellie Staple (Sarah Paulson), która stara się ich przekonać, że wcale nie są herosami. Ma na to trzy dni. Tak, dobrze czytacie, trzy dni, żeby przekonać tak wyjątkowe jednostki, że jednak są normalne, choć trochę pomylone. Ba, ona święcie wierzy, że jej się to uda. Jednocześnie Shyamalan wierzy, że my to łykniemy. W pewnym sensie mamy tu odwrócenie schematu z Niezniszczalnego. Tam Dunn starał się uwierzyć, że jest kimś specjalnym. Zaś w Glass przekonują go, że wcale tak nie jest. Kevin i jego Horda, a także Price również są. Wydaje mi się, że pani doktor ma manię wielkości.

Kaleki twór równie kalekiego reżysera

Glass usilnie stara się wmówić nam, że jest filmem wielkim, mądrym i niekonwencjonalnym, a w rezultacie okazuje się tylko marnym, kalekim tworem. Rozkręcał się bardzo powoli, przez co momentami był wręcz nudny. Dialogi są drewniane, bohaterowie rozmawiają ze sobą,  jednak na reakcję drugiej strony musimy chwilę poczekać. Zupełnie jakby musiała mu się załadować jakaś odpowiedź. Na przestrzeni filmu dostajemy w twarz wyjaśnieniami, jak gdyby reżyser myślał, że widz jest głupi i trzeba mu wszystko podać na tacy. Nie ma tu miejsca na domysły. Sporo absurdów, dziur fabularnych i głupoty.

Scenariusz kuleje, choć nadal jest w stanie chodzić. Wydaje mi się, że w rękach kogoś utalentowanego powstałoby z tego coś dobrego. No i z kimś innym za kamerą. Shyamalan ponownie pokazał, że jednak jest kiepskim twórcą, a dobre filmy są chyba dziełem przypadku. Widać to przede wszystkim w zakończeniu, na które wyraźnie nie miał pomysłu. Zaserwował więc nam typowy dla siebie twist fabularny, bo ewidentnie nie miał pomysłu na zakończenie. Glass brakuje świadomości, jaką cechują się podobne filmy. Twórca chciał zdekonstruować gatunek komiksowy i pokazać, że w epoce epickich filmów Marvela może powstać coś realistycznego i dobrego. Cóż, nie udało mu się to. W skrócie, bo mogę narzekać na Split w nieskończoność: całość wyszła chaotycznie, nudno, bez sensu i pomysłu.

Recenzja filmu Glass

McAvoy znów świetny, ale…

No właśnie, ale! Ja rozumiem, że sukces Split opierał się głównie na jego, niewątpliwie genialnej, roli. Dlatego w Glass dano mu sporo czasu ekranowego. Tylko, że to zrobiło się nudne. Wiecie, taka postać była fajna, gdy nie wiedzieliśmy co jeszcze w sobie kryje. A kiedy już wiemy, po czasie zaczyna męczyć. Zwłaszcza, gdy serwują nam te zmiany przez dobre pięć minut, a sama scena jest całkowicie pozbawiona sensu. Ale Hedwig nadal jest moim ulubieńcem. Bruce Willis gra Bruce’a Willisa, z tą swoją ograniczoną mimiką i oszczędnymi ruchami. I to się sprawdza. Samuel L. Jackson… Z nim miałam największy problem. Miał być geniuszem, znawcą komiksów i człowiekiem ponad przeciętnym. Patrząc na niego widziałam tylko świra i osobę, która usilnie stara się wytłumaczyć, że komiksy nie są GUPIE.

Podobała mi się za to Anya Taylor-Joy, która ponownie wcieliła się w Casey, dziewczyna była naturalna i w miarę wiarygodna. Podobnie jak Spencer Treat Clark, który również w Niezniszczalnym zagrał syna Davida – Josepha. Całość jest dosyć hermetyczna, co działa raczej na niekorzyść. Jeśli któryś z bohaterów będzie cię denerwował, to musisz na niego ciągle patrzeć.

Recenzja filmu Glass

Czy nie ma niczego dobrego?

Cóż, Glass nie jest całkowicie zły. Ma tego swojego McAvoya, ma parę fajnych scen, ma zaskakujące zakończenie. Może nie jest napisane dobrze, ale na pewno jest niespodziewane, co się chwali. Pojawiają się niewykorzystane sceny z Niezniszczalnego, fajnie rozwinięta relacja między Hordą, a Casey. Są momenty trzymające w napięciu, tylko jest ich zbyt mało, by mogły uratować całość. Nawet Hedwig, jedno z wcieleń Kevina, niewiele zmienia, choć osobiście go uwielbiam.

Podsumowując

Czuję się po prostu oszukana. Glass miał być zwieńczeniem genialnym jak bohater o tym przydomku. Miał być dopełnieniem trylogii, a stał się jej przekleństwem. Shyamalan chciał stworzyć sztukę dla sztuki. Wystarczyłoby pozostawić Niezniszczalnego samemu sobie, a Splita uczynić samodzielnym filmem. Nie, zachciało się zaskakującej trylogii. Tylko M. Night nie pomyślał, że łatwo można zauważyć przypadkowość tego pomysłu.

Recenzja filmu Glass

Ja nie polecam. Nawet dla McAvoya, którego uwielbiam i który nadal jest genialny, ale już trochę nudny. Jestem zawiedziona i rozczarowana. Mam nadzieję, że Shyamalan w końcu zrozumie, że staje się pośmiewiskiem i zaprzestanie swego procederu.

Czytaj też: Recenzja filmu Black Mirror: Bandersnatch

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej