WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja filmu Mulan – wiele kontrowersji i problemów

W ostatnich miesiącach na ekrany kin wchodzi bardzo mało nowości, a tym bardziej głośnych i dużych produkcji. Pandemiczny klimat nie sprzyja wielkim zarobkom w box office, jednak najnowszy remake live-action od Disneya musi jeszcze stawić czoła wielu kontrowersjom, które wokół filmu narosły. A zawsze pozostaje pytanie, czy pomimo tego wszystkiego jest to dobra produkcja? Zapraszam do spoilerowej recenzji Mulan.

Kontrowersje i bojkot

Nie chcę za dużo rozpisywać się na ten temat, ale warto pokrótce nakreślić o co chodzi. Kontrowersje pojawiły się już w ubiegłym roku, gdy wcielająca się w Mulan aktorka Liu Yifei opowiedziała się po stronie policji z Hong Kongu oskarżanej o brutalność wobec obywateli protestujących przeciwko nowej polityce. A chiński rząd wykorzystał aktorkę jako symbol poparcia dla rządu. Wtedy właśnie rozpoczął się bojkot filmu Mulan, który nasilił się w momencie, gdy  widzowie zobaczyli zawarte w filmie podziękowania dla kilku jednostek rządowych z prowincji Xinjaing. Organizacje te odpowiedzialne są za obozy reedukacyjne, w których przetrzymuje się muzułmańskich Ujgurów i innych przedstawicieli mniejszości etnicznych. Przypadki te zostały udokumentowane i według nich przetrzymywanych jest przeszło milion osób, którzy w obozach poddawani są zastraszaniu psychicznemu a nawet fizycznemu. Zarzuca się im pogwałcenie praw człowieka. Chiński rząd wypiera się takich praktyk, a jednocześnie twierdzi, że wszystko co się dzieje jest zgodne z prawem.

Podziękowania zawarte w filmie dolały oliwy do ognia. W prowincji kręconych było wiele scen, więc trudno dziwić się, że ludzie na całym świecie są oburzeni zachowaniem Disneya. Dziękowanie, a przede wszystkim sama współpraca z takimi organizacjami nie mogła być dobrze przyjęta. Disney wiele razy mówił, że bardzo liczy na ogromne zyski z chińskiego rynku. Dołożyli wszelkich starań by film był wierny kulturowo, a by tego dokonać zatrudnili nawet chińskiego producenta. Oczywiście również obsada była chińskiej narodowości. Jednak już zwiastuny wywołały w Chinach mieszane uczucia, zarzucano Disneyowi powielanie stereotypów i pokazywanie typowo japońskich gestów.

Aktorski remake

Moim zdaniem największym problemem Disneya w ostatnich latach są nowe aktorskie wersje kultowych już animacji. Zwykle dodają do fabuły trochę elementów, parę piosenek, jednak ogólna historia jest taka sama. Produkcje przyjęły się w większości dobrze, a przynajmniej pod kątem finansowym, bo recenzje były co najwyżej dobre. Przede wszystkim zarzucano tym filmom brak tego czegoś, co miały bajki. Dla mnie najgorszy był Król Lew, bo pod płaszczykiem realizmu stworzono śpiewające zwierzęta bez duszy. W przypadku Mulan Disney poszedł w nieco inną stronę. Widząc pierwsze zapowiedzi od razu widać było ogromne różnice w stosunku do animacji. Zabrakło uwielbianego smoka Mushu, a sama historia też wyglądała zgoła inaczej. Miała być dużo bliższa chińskiej legendzie o Mulan, w której tytułowa bohaterka poszła walczyć na wojnie w zastępstwie chorego ojca. Tam jednak nikt nie odkrył jej tożsamości i przez 12 lat udało jej się dojść do wysokiego stopnia wojskowego. Ostatecznie wszystko wydało się, gdy jej żołnierze przyjechali odwiedzić dowódcę a na miejscu zastali kobietę.

Najnowsza Mulan, jeśli mówimy o aktorskim remake’u, ma wiele elementów, które przypadły mi do gustu. Fabuła nie zmierza do romantycznego zakończenia, choć jest on nam sygnalizowany. Trochę więcej poznajemy rodzinę bohaterki, a także dowiadujemy się o konsekwencjach, jakie czekają za podszywanie się pod kogoś innego. Świat Mulan nie sprzyja kobietom, które powinny ograniczać swoją aktywność do małżeństwa i dbania o rodzinę. Wojna i walka to domena mężczyzn. Sama Mulan nie tylko jest wojowniczką, ale jej decyzja podyktowana została troską o rodzinę i miłością do chorego ojca. Wiedziała, że jeśli pójdzie on na wojnę to umrze. Wyrusza więc najpierw na szkolenie a potem do walki z nikczemnym Bori Khanem, które ma na swoich usługach czarownicę. Ciężko powiedzieć czym te ich czary właściwie są. W filmie używa się określenia chi, które u mężczyzn jest bardzo pożądane, ale kobiety czyni już wiedźmami. A takowe czeka śmierć lub w najlepszym przypadku wypędzenie. W trakcie walk Mulan ujawnia swoją tożsamość i zostaje wygnana, chce jednak służyć swojemu krajowi i cesarzowi. Swoją determinacją udaje jej się stanąć na czele oddziału i w rezultacie uratować władcy życie. Jej czyny przynoszą honor zarówno jej, jak i rodzinie i całemu krajowi. W podzięce dostaje propozycję wstąpienia do gwardii.

I to tak w skrócie. W filmie nie uświadczymy piosenek z animacji, ale usłyszymy wiele znajomych melodii, które budują klimat. Jak już wspomniałam zabrakło Mushu, zamiast którego pojawia się feniks. To chyba taki opiekuńczy duch Mulan, choć właściwie ciężko dokładnie to określić. Zabrakło mi również wyjaśnienia na czym dokładnie polegają te czary, bo choć chi można tłumaczyć świetne umiejętności walki, to zamienianie się w ptaka i duszące rękawy już nie bardzo. Film nie jest wierny animacji, ale również nie trzyma się legendy. Twórcy zatrzymali się pomiędzy nimi dając nam coś, co nie do końca przypadnie do gustu miłośnikom bajki i tym, którzy chcieliby „czegoś innego” związanego z chińską kulturą. Sama po wyjściu z kina miałam bardzo mieszane uczucia.

Dlaczego?

Reżyserka Niki Caro dała nam pewną wariację na temat legendy i bajki Mulan. W filmie dostajemy trochę tego i trochę tego, wiecie, taki złoty środek. Do tego wiele ekscytujących i efektownych scen walk, które najczęściej przeczą prawom fizyki. Choreografia bitew robi wrażenie, podobnie jak wyczyny akrobatyczne. Na tle poprzednich aktorskich remake’ów Mulan to powiew świeżości i bardzo feministyczna ( w tym dobrym znaczeniu) produkcja. Zabrakło jednak emocji. Scena, w której Mulan podejmuje decyzję o opuszczeniu domu nie wzrusza tak jak w bajce, jej rozterki i strach przed odkryciem kim jest, również niezbyt na widza oddziałuje. Może podchodziłabym do tego inaczej, gdybym nie znała animacji. Ale zapewne większość widzów widziała ją chociaż raz, więc pewnie będą mieli podobne odczucia.

Mulan niesie ze sobą przesłanie w duchu #MeToo. Kobiety stają w obronie siebie nawzajem i żądają, by mężczyźni je usłyszeli i liczyli się z ich zdaniem. Tę solidarność widać zwłaszcza w jednym momencie i muszę szczerze powiedzieć, że właśnie wtedy czułam największe emocje. Szkoda tylko, że takie dobre sceny równoważą się z tymi gorszymi. Tu na czele znalazła się scena z lawiną, która niestety była tak bardzo głupia, że aż szkoda o tym pisać.

Aktorsko jest bardzo dobrze

Pod względem aktorskim nie jestem w stanie do nikogo się przyczepić, choć idealnie nie jest, głównie przez ten niedosyt emocji. Urocza i autentyczna Yifei Liu jest wymarzoną Mulan. Potrafi pokazać bezbronność, ale i siłę głównej bohaterki. Świetnie obrazuje przemianę jaka zachodzi w Mulan, która z porywczej buntowniczki zmienia się w dojrzałą i świadomą siebie dowódczynię. Po drodze oczywiście odnajduje siebie i wie, że udawanie w niczym jej nie pomoże. Jest kobietą i tylko będąc sobą może zwyciężyć i przynieść rodzinie honor. Wcielający się w Bori Khana (Jason Scott Lee) jest odpowiednio dla poziomu filmu straszny. To nie demoniczny złoczyńca jakiego mogliby oczekiwać dorośli widzowie, ale dla tych młodszych jest idealny. Podoba mi się postać Honghuia (Yoson An). Od początku między nim a Mulan widać pewną chemię. Nawet wówczas, gdy nasza bohaterka jest jeszcze w przebraniu. Wiedźma Xianniang (Gong Li) też jest raczej na plus, choć ciężko mi uwierzyć w tę jej nagłą przemianę, a także motywacje, jakie skłoniły ją do przystania do Bori Khana.

Największym problemem Mulan jest właśnie niedosyt emocji, który cechuje poprzednie remake’i live action. Film całkiem mi się podobał, ale nie czułam przy nim zbyt wiele. Podobały mi się sceny akcji, jednak niewielu bohaterom chciałam kibicować. Mulan polubiłam, jednak nie emocjonowała mnie na tyle, bym się o nią bała. Chyba tylko Honghui był tak fajnym bohaterem, że chciałam wiedzieć czy uda mu się przeżyć.

Dobry czy nie dobry?

Parafrazując klasyka – to nie jest tak, że dobry czy nie dobry. Mulan zachwyca przepięknymi strojami i lokacjami. Sceny walk są satysfakcjonujące, a znajome melodie w nowej aranżacji dobrze z tym wszystkim współgrają. Fabuła ma wiele świeżości, a zmiany są raczej na plus. Tylko znowu nieuchronnie nadchodzi moment porównania z kultową animacją. A na tle animacji znów remake wychodzi o wiele gorzej. Disney powinien już nauczyć się, że tych emocji nie udaje mu się przenieść do aktorskich wersji. Bajka chyba zawsze pozostanie na pierwszym miejscu. Ale jeśli spojrzymy na to trochę z boku to naprawdę interesujący film, na którym z pewnością nie będziecie się nudzić.

Tylko czy w obliczu tak wielkich kontrowersji powinniśmy iść do kina? Tego Wam nie powiem. Ale musicie pamiętać, że w tym trudnym dla kin okresie powinniśmy na filmy chodzić. Statystyki pokazują dramatyczny spadek frekwencji, który niestety jeśli potrwa dłużej może skutkować zamknięciem wielu placówek, a przecież tego nie chcemy. Stoimy więc przed ciężkim wyborem. Jeśli spojrzymy na Mulan tylko jako na film, to oczywiście, warto iść. Jednak gdy weźmiemy pod uwagę kwestie społeczne i polityczne robi się problem. Wiem jedno, świat nikomu się nie zawali jeśli Mulan nie zobaczy.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News