W dzisiejszych czasach prawie nie ma dnia, żebyśmy w wiadomościach nie usłyszeli o kolejnym już ataku terrorystycznym. Temat zrobił się powszedni, słyszymy ilu zginęło, ilu zostało rannych, żyjemy dalej. Mikhaël Hers postanowił przybliżyć nam obraz po ataku i skupić się na tych, którzy musieli kogoś pożegnać w filmie Na zawsze razem. Jest to obraz do bólu prawdziwy – o pustce, samotności i o tym, że w nas samych jest wielka siła.

Rzeczywistość w czasach terroryzmu

Film opowiada historię Davida (Vincent Lacoste), typowego dwudziestokilkulatka. Mieszka w Paryżu, pracuje dorywczo dla miejskiego urzędu zieleni i lokalnego właściciela kilku kamienic. Jego życie toczy się leniwie, odbiera nowych lokatorów, przycina drzewa, pomaga czasem siostrze Sandrine (Ophélia Kolb) – samotnej matce i nauczycielce, opiekować się jej siedmioletnią córką Amandą (Isaure Multrier). Poznaje Lenę (Stacy Martin) – nową lokatorkę jednego z mieszkań, zaczynają się spotykać. Idylla jakich wiele w kinach. Jednak tu następuje zwrot. David spóźnia się na piknik w jednym z miejskich parków, wyprawiony na cześć zdania przez jego siostrę prawa jazdy. Zastaje obraz na kilka minut po zamachu terrorystycznym. Jego przyjaciele zostają ranni, siostra ginie. Od tego momentu kamera towarzyszy nierozłącznie Davidowi i Amandzie. Choć sam niedojrzały i nieprzygotowany na odpowiedzialność wychowywania dziecka, zostaje wrzucony na głęboką wodę dorosłości.

Żałoba nie jedno ma imię

Film jest spokojny, pozornie prosty w odbiorze. Nie ma tu wrzasków rozpaczy, dynamicznych scen dezorientacji, nikt nie krzyczy, nie biega, nie lamentuje. Dramat rozgrywa się po cichu. Jest to dramat w mikroskali, z perspektywy jednostek – Davida i 7-letniej Amandy. Nie ma pokazanej polityki, aktów jedności z ofiarami, nawet pogrzebu Sandrine. Cała historia skupia się na emocjach nowej patchworkowej rodziny. Widzimy jak najbardziej powszednie czynności potrafią wywołać płacz i smutek. Oraz jak nasi bohaterowie potrafią się w nowej sytuacji odnaleźć a nawet uśmiechnąć.

Krajobraz po ataku momentami szokuje. Już na poranek po ataku David wygląda przez okno i widzi, że świat się nie zatrzymał, ludzie dalej chodzą po ulicy, sami z Amandą idą na spacer do parku. Niby nic się nie zmieniło, jednak w filmie długi czas w oddali słychać syreny. Pojawiają się bramki w parkach, ludzie są przeszukiwani. Dla mnie jest to uderzający widok, ponieważ w naszym kraju do ataków nie dochodziło i nie ma u nas takiej prewencji. Stanowi to kontrast do obrazów pięknego Paryża jakie widzimy na ekranie, dodatkowo okraszonych delikatną i spokojną muzyką.

Można temu filmowi zarzucić naiwność i omijanie tematu terroryzmu. Nikt w nim nie traktuje o sprawcach ataku, nie ma chęci zemsty, pomstowania czy choćby jednej wzmianki o samym zamachu. Sama byłam zdziwiona, że żaden bohater nie wypowiedział o tym nawet jednej kwestii. Może wynika to z poprawności politycznej reżysera Mikhaëla Hersa, który nie chciał wywołać kolejnej burzliwej dyskusji. Dopiero po seansie sprawdziłam, że tytuł oryginalny brzmi „Amanda”. Więc z założenia jest to historia dziecka, widziana oczami i opowiedziana emocjami 7-latki.

Gra aktorska jest na wysokim poziomie. Vincent Lacoste grający Davida stworzył autentyczną więź z małą Isaure Multrier wcielającą się w Amandę. Sama Isaure, debiutantka kinowa!, zasługuje na gromkie brawa, za pokazanie takich emocji i dojrzałości na ekranie.

Widzowi po seansie filmu „Na zawsze razem” nasuwa się myśl, że na świecie na pewno są takie małe Amandy, które straciły jedynego rodzica w zamachu. Są też tacy jak David, na którego barki nieoczekiwanie i brutalnie spadła wielka odpowiedzialność. Film w całości jest prawdziwy i szczery, dialogi są niewymuszone a historia, choć fikcyjna, mogła wydarzyć się naprawdę. To plus zaserwowane na ekranie emocje i intymność relacji, stanowi kawał porządnego kina.

Czytaj też: Recenzja filmu Fighter

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!