WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Recenzja filmu Rebeka, czyli kiedy nowe nieudolnie próbuje sprostać legendzie

Recenzja filmu Rebeka, czyli kiedy nowe nieudolnie próbuje sprostać legendzie

Rebeka w reżyserii Bena Wheatleya to nie tylko adaptacja świetnej powieści Daphne de Maurier, ale przede wszystkim remake oscarowego dzieła Alfreda Hitchcocka z 1940 roku. I niestety już na wstępie muszę Was zmartwić. Jest tak jak w opowiadanej historii, przychodzi nowe, panoszy się, ale choćby stanęło na głowie nie jest w stanie sprostać legendzie. A szkoda, bo jednak jakąś nadzieję na dobry film miałam. Moja recenzja filmu Rebeka może zawierać spoilery.

Rebeka to legenda, której ciężko sprostać bez zrozumienia jej duszy

Książkowy pierwowzór to świetny materiał na mieszankę romansu i thrillera psychologicznego. Historia opowiada o młodej dziewczynie (Lily James), która pracuje jako towarzyszka w podróży bogatej pani van Hopper. Dziewczyna pochodzi z nizin społecznych, jest niewinna, spontaniczna i nadal się łudzi, że będzie mogła kiedyś wspiąć się wyżej w hierarchii społecznej. Podczas wycieczki do Monte Carlo, kiedy powinna zajmować się swoja pracodawczynią, poznaje przystojnego Maxima de Winter (Armie Hammer) straumatyzowanego po śmierci żony  (tytułowej Rebeki) bogacza. I chciałoby się powiedzieć, że cóż to może się teraz wydarzyć. Ona biedna, on bogaty… No zgadnijcie? Na przekór wszystkiemu zaczynają najpierw ze sobą rozmawiać, a potem spędzać coraz więcej czasu. Oczarowani sobą rozpoczynają namiętny romans pod gorącym francuskim słońcem. Na przeszkodzie dalszej sielance staje jednak pracodawczyni, która chce z Monte Carlo wyjechać.

Maxim postanawia więc ożenić się ze swoją nową ukochaną i szybko nie tylko są już po ślubie, ale mają nawet za sobą podróż poślubną. Przybywają do angielskiej posiadłości na wybrzeżu, Manderley. Tam nowa pani de Winter nie tylko musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami wynikającymi z wyższego statusu społecznego, ale przede wszystkim z samą Rebeką. Bo choć dawna pani tego domu nie żyje, to pamięć o niej zdaje się wypełniać każdy zakamarek rodowej posiadłości. Podsyca to jeszcze dominująca, apodyktyczna administratorka Manderley, pani Danvers (Kristin Scott Thomas). Młodą żonę Maxima otaczają przedmioty Rebeki. Czesze się jej szczotką, nosi jej ubrania i nie ważne co by zrobiła, zawsze będzie gorsza od ducha. Gdy na jaw wychodzi prawda o śmierci Rebeki nowa lady de Winter musi podjąć ciężką decyzję, czy nadal trwać przy mężu, czy uciec jak najdalej się da.

Czytaj też: Recenzja filmu Padlina – głód, złote maski i dziwny hotel
Czytaj też: Recenzja filmu Borat Subsequent Moviefilm – czyli Kolejny film o Boracie
Czytaj też: Recenzja serialu Król – odcinki 1 i
2

Rebeka nie jest filmem, na którym trzeba się skupiać

Każdy, kto widział oryginał z lat 40. od razu zobaczy jak kiepską kopią jest produkcja Wheatleya. No właśnie, kopią, bo ciężko tu mówić o jakiejś próbie świeżego podejścia do historii. Tak to już bywa, gdy bierze się za klasyki. Bardzo ciężko jest sprostać legendzie, a jeszcze trudniej pewne rzeczy przedstawić za pomocą współczesnych środków przekazu. Ostatnio udało się to z Niewidzialnym Człowiekiem. Tam jednak widać było konkretny pomysł, zrozumienie historii i jej potencjału. W przypadku Rebeki mamy do czynienia z nieudolną kalką, a szkoda, bo przecież da się z tej opowieści stworzyć coś mniej banalnego niż kopciuszkowy romans.  

Ben Wheatley poszedł na łatwiznę. Nie wysilił się zbyt wiele dając nam technicznie i scenariuszowo poprawny film, który w normalnych okolicznościach zebrałby co najwyżej dobre lub mocno przeciętne recenzje. Bo właściwie nie można się w nim przyczepić do zbyt wielu rzeczy. Jest ładny, aktorzy dają sobie nieźle radę, a nawet jest pomiędzy nimi chemia. Nie zawsze, ale się zdarza. Jednak jeśli ktoś decyduje się na branie na warsztat czegoś, co wcześniej nakręcił Hitchcock musi wysilić się znacznie bardziej. Tymczasem w swojej poprawności i kopiowaniu Wheatley zapomniał, że to czym dawna Rebeka była, to nie tylko aktorzy i ładne scenografie.

To, przede wszystkim, klimat niepokoju, tajemnicy, napięcie i subtelny erotyzm, którym nacechowane są sceny pomiędzy głównymi bohaterami. Dawna Rebeka była mroczna, czuć było tego wszechobecnego ducha zmarłej, pozornie idealnej żony. Bo przecież hitchockowskie dzieło było thrillerem jedynie z nutami romansu. Wyzwalał w widzach przeróżne, czasem skrajne uczucia przez co wszystko oglądało się z zapartym tchem. A Rebeka od Netfliksa… to kolejny romans, któremu wydawało się, że będzie czymś więcej. Tymczasem seans nie jest może stratą czasu, ale zdecydowanie sprzyja nadrobieniu zaległości w mediach społecznościowych bez utraty ważnych momentów w filmie.

Ben Wheatley podaje wszystko na tacy za nic mając tajemnice

Bohaterowie Rebeki są bardzo płascy i szablonowi. Ona jest potulna, godzi się na wiele rzeczy i w swojej bezmiernej niewinności nie jest nawet w stanie odkryć grubymi nićmi szytego podstępu złej ochmistrzyni. On z kolei, to taki mroczny typ, który niby wewnętrznie cierpi, jest małomówny, a w rezultacie okazuje się kupką nieszczęścia, która nie umie się obronić. Nawet sama Rebeka, a właściwie jej duch został tutaj bardzo spłaszczony. Dialogi najczęściej są aż zanadto moralizatorskie i pseudo głębokie, co przekłada się po prostu na zawiewającą z ekranu nudę. Aktorsko nie jest może źle. Hammer i James starają się wykrzesać z tych papierowych postaci co się da, jednak oprócz kilku dobrych scen, nie udaje im się stworzyć zgranego duetu.

Wheatley postanowił, że przebierze 80-letni klasyk w nowe piórka i poda go widzom spragnionym filmowych nowości. Dobrze wiemy, że 2020 rok nie rozpieszcza nas pod względem dobrych filmów. Być może więc zarówno reżyser jak i Netfliks myśleli, że jeśli użyją legendarnego nazwiska to zajmą powstałą niszę bez zbędnego wysiłku. Niestety, albo stety, widzowie głupi nie są i poznają się na tym oszustwie. Zresztą, każdy kto widział oscarową Rebekę nabrać się nie da na tak proste, wręcz toporne sztuczki.

Wiem, że na razie moja recenzja filmu Rebeka to tylko narzekanie

Tylko wiecie, naprawdę ciężko mi nie narzekać, gdy pomimo zwiastunów miałam jeszcze nadzieję. To tak jakbyśmy zamiast wielopoziomowej, przepięknej powieści dostali harlequina. Dokładnie, Rebeka od Netfliksa to taki filmowy harlequin. Romans jest? Jest. Tajemnica jest? Jest. A do tego jeszcze jakieś morderstwo, próby rozdzielenia zakochanych i czarny charakter. Czego chcieć więcej? Wielu rzeczy, ale tego od Wheatleya i jego Rebeki z pewnością nie dostaniemy.

Dwie godziny, które musimy poświęcić na seans nie są do końca czasem straconym. Jak już wcześniej napisałam, film jest ładny i technicznie poprawny. Dostajemy sporo pięknych lokacji, z których najbardziej urzekająca jest posiadłość Manderley. I jeśli chcecie obejrzeć coś, co opiera się na klasycznym schemacie kopciuszka i księcia, z elementami pseudo grozy to po Rebekę sięgnąć możecie. Będzie to z pewnością seans, na którym nie będziecie musieli za dużo myśleć, odprężycie się, pooglądacie widoczki, stare samochody i ładnych ludzi. I to tyle, bo głębi tutaj jest dokładnie tyle, co w kałuży. Ja nie polecam, ale i nie odradzam, no chyba, że jesteście fanami oryginału. W takim wypadku omijajcie ten film szerokim łukiem. 2020 rok jest już nadto stresujący, więc po co jeszcze sobie dokładać?

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News