WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja filmu Wojna o prąd – warto iść do kina?

Z dwuletnim poślizgiem wynikającym z rozwiązania The Weinstein Company trafia do polskich kin Wojna o prąd ( The Current War). Twórcy zachęcają mnie trailerem, opisem obiecującym starcie Edisona i Tesli, a także znanymi nazwiskami. Oczywiście rzuciłam okiem na zagraniczne opinie, więc nie spodziewałam się cudów. Liczyłam na ciekawy, przyjemny film, który może będzie bodźcem do wzięcia się w końcu za leżącą na półce książkę Ostatnie dni mroku Grahama Moore’a. Poszłam i choć nie żałuję jakoś bardzo, to jednak cały czas myślę, że mogłam ten czas spożytkować lepiej.

Znani aktorzy i ciekawy fragment historii nie gwarantują sukcesu

Okres walki o to, kto rozświetli świat i wyprowadzi nas z mroku jest sam w sobie naprawdę ciekawy. Koniec XIX wieku, czas wielkich umysłów i jeszcze większych wynalazków to skarbnica pomysłów na scenariusze, choć chyba raczej serialowe, niż filmowe. Zwłaszcza jeśli chodzi o konflikt Tesli i Edisona przedstawiony w filmie Wojna o prąd. A nie, przepraszam, opis filmu wprowadza nas  w błąd. Tesli, i to dość mdłego, jest tu na lekarstwo, zaś Thomas Edison o prąd walczy z Georgiem Westinghouse’em. Któremu z nich uda się doprowadzić światło elektryczne do większej ilości miast i w konsekwencji na zawsze odgoni mrok? Cóż, podczas seansu filmu właściwie niewiele nas to obchodzi. Nie ważne, czy wiecie jak to było, czy nie.

Wojna o prąd

Znajdujemy Thomasa Edisona (Benedict Cumberbath) w czasie, gdy już zaczyna dawać ludziom prąd i idące z nim światło. Nie mamy więc właściwie żadnego procesu twórczego, bo tak naprawdę to co miało powstać już powstało, ale poza kamerą. Nie ważne czy to żarówka, fonograf, czy kamera. Edison coś tam niby działa, ale co takiego? Nikola Tesla (Nicholas Hoult) pokazany jest jako ekscentryczny, błyskotliwy wynalazca, który właściwie niczego w filmie nie wynalazł. Pojawia się to tu, to tam, wygłasza parę tekstów i w sumie tyle. Bardzo zawiodłam się na tej postaci. Jedynym plusem jest George Westinghouse (Michael Shannon), który obecnie jest mało znany. Też był wynalazcą, który również chciał ludziom dostarczyć prąd, ale dużo taniej.

Czytaj też: Recenzja filmu Boże Ciało

Edison kontra Westinghouse.

Przez cały film oglądamy konflikt między tymi dwoma panami, który właściwie wgląda tak, że Edison za wszelką cenę chce udowodnić, że prąd Westinghouse’a zabija, a tamten po prostu robi swoje, choć oczywiście do czasu. Efektem tej „wojny” jest powstanie krzesła elektrycznego i ten wątek był chyba jedynym, który naprawdę mnie zainteresował. Głównie za sprawą tego pana od kary śmierci, który był tak bardzo oddany swojej pracy.  Alfonso Gomez-Rejon, reżyser Wojny o prąd, usilnie stara się nam pokazać, że to wszystko jest takie fascynujące, że to wielkie umysły i jeden z najważniejszych okresów w historii świata. Owszem, to prawda, jednak sam film nie jest w stanie dobrze tego pokazać.

Wojna o prąd

Co zawiniło? Przede wszystkim scenariusz. Całość napisana jest tak, że wszelkie fakty i wydarzenia nie mają dla nas żadnej wartości. Coś się na ekranie dzieje, ktoś ze sobą walczy, ale w sumie niewiele nas to obchodzi. Sami bohaterowie są mdli i nawet znani aktorzy nie są w stanie ich uratować, bo nie da się ożywić czegoś, co nigdy nawet nie miało żyć. Thomas Edison kreowany jest na ekscentrycznego geniusza, ale na ekranie widzimy tylko znudzonego Sherlocka i gdzieś tam Doktora Strange’a.

Nikola Tesla mówi błyskotliwe rzeczy, ale nic nie robi poza występowaniem w coraz to nowych, barwnych strojach. Jest jeszcze Tom Holland, któremu ewidentnie nawet nie chce się starać. Do tego należy dorzucić kobiety, których rolą jest tylko bycie żoną i chwalenie męża i mamy już praktycznie cały obraz Wojny (wojenki) o prąd. Dobrze oglądało mi się tylko Michaela Shannona w roli Westinghouse’a, którego rola nawet mi się spodobała. No i Matthew Macfadyen był niezły, a może po prostu śmieszył mnie ten jego nos?

Wojna o prąd mogłaby być naprawdę fajnym filmem.

Oczywiście, gdyby oficjalny opis fabuły pokrywał się z tym, co w rzeczywistości dostajemy. Dla tych, którzy go nie znają, oto on:

Porywająca, nakręcona z epickim rozmachem historia wyścigu dwóch wielkich umysłów, Thomasa Edisona (w tej roli Benedict Cumberbatch, pamiętny Sherlock i Doktor Strange) oraz Nikoli Tesli (granego przez Nicholasa Houlta znanego m.in. z „X-Men: Apocalypse”).
Film ukazuje kulisy morderczej rywalizacji Edisona i Tesli o to, który system elektryczny zrewolucjonizuje nie tylko współczesny obu wynalazcom świat, ale cały następny wiek. Znakomite kreacje aktorskie Michaela Shannona („Kształt wody”, serial „Zakazane imperium”) jako inwestora i wynalazcy George’a Westinghouse’a oraz Toma Hollanda („Spider-Man: Daleko od domu”), wcielającego się w postać magnata biznesu Samuela Insulli, uzupełniają tę niewiarygodnie wciągającą, opartą na prawdziwych wydarzeniach opowieść o pełnej dramatyzmu wojnie o prąd.

Recenzja filmu Wojna o prąd

Moi drodzy, Wojna o prąd nie porywa. Wielkie umysły są, ale źle napisane, więc ich wielkości na ekranie nie zobaczymy. Konflikt Edisona i Tesli w tym filmie nie istnieje, podobnie jak konkretna fabuła i obiecywany dramatyzm. Przepychanka pomiędzy wynalazcami jest ciekawa tylko przez chwilę i głównie wówczas, gdy chodzi o krzesło elektryczne. Przedtem i potem jest po prostu nudno.

Lubię produkcje kostiumowe, postać Tesli, Cumberbatch’a, Hollanda i Matthew Macfadyen’a, ale nie lubię filmu Wojna o prąd.

Wojna o prąd trwa godzinę i czterdzieści pięć minut. Oczywiście skłamię jeśli napiszę, że przez ten czas nic mnie nie zainteresowało. Było parę scen ciekawych, a czas w kinie nie był jakimś ogromnym marnotrawstwem, choć na pewno znalazłoby się mnóstwo innych rzeczy, które mogłabym zamiast tego robić. Osobiście jednak nie polecam. Film wywołuje znużenie i sprawia zawód, jeśli liczyło się na coś ciekawego. Jeśli się nie liczyło, to obojętność i świadomość źle spożytkowanego czasu to najgorętsze uczucia jakie można do Wojny o prąd żywić. On jest tak mdły, że nawet ciężko się złościć, że jest zły.

Ale znalazłam plus, teraz na pewno zabiorę się za te Ostatnie dni mroku.

Czytaj też: Pierwszy zwiastun filmu Dolittle z Robertem Downey’em Jr. w roli głównej

Zdjęcia: Forum Film