WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja gry MediEvil

Najnowsza część MediEvil wzięła sobie za zadanie odnowienie nie tylko pierwszej części przygód sir Daniela Fortesque, ale również przypomnienie graczom czym była ta zapomniana produkcja. Czy oba cele udało się zrealizować?

Temu kościotrupowi chrupią kości

Zacznijmy od tego, z kim macie do czynienia. Miałem trzy lata, kiedy wychodził pierwszy MediEvil. Marka związana z PlayStation kompletnie mnie ominęła, ale opowieści starszych graczy pozytywnie nastrajały mnie do tego tytułu. Sir Daniel Fortesque nawet dzisiaj wygląda na postać, którą można polubić od samego patrzenia na okładkę gry. Czy coś mogło tutaj pójść nie tak? Niestety, zdradzę już teraz, że idealnie nie jest. MediEvil nie jest idealną podróżą w przeszłość. Widać, że autorzy mieli pomysł na grę, ale nie podołali wyzwaniu, gubiąc się gdzieś po drodze i podejmując nietrafione decyzje. Gdzieś tam temu wesołemu szkieletowi chrupią kości i niestety, nie oferuje on takiej zabawy jakby mógł. A wystarczyło wprowadzić drobne zmiany do tego 21-letniego gameplayu i mielibyśmy o wiele lepszą produkcję.

Postacii wykreowane w pierwszej części gry dalej dają radę.

Za odnowienie gry niestety nie odpowiadają genialni magicy z Bluepoint Games, którzy stworzyli dla PlayStation tak świetnie odnowionego klasyka jak Shadow of the Colossus, którzy wcześniej udowodnili, że znają się na swoje robocie poprzed remastery serii Uncharted. Zadanie odnowienia MediEvil nie przypadło też Vicarious Visions, które już przy Skylanders pokazywało, że są idealni do odnowienia Crash Bandicoot N. Sane Trilogy. Toys for Bob, które również tworzyło Skylanders udowodniło, że mają doświadczenie w grach z “pixarową” grafiką i stworzyło udane Spyro Reignited Trilogy. Żadna z tych firm nie otrzymała MediEvil. Sony oddało markę w ręce Other Ocean Interactive, które stworzyło mało znane tytuły i portowało kilka gier na inne platformy. Już to wzbudziło moje obawy, które zostały podgrzane przez materiały promocyjne zdające się… zacinać!

Gdyby tylko zdjęcia mogły oddać, to jak gra lubi zacinać się w niespodziewanych momentach…

Liczyłem jednak na to, że do czasu wydania gry, uda się dopracować produkt i autorzy dostarczą produkcję, która będzie strasznie śmieszyć swoim bohaterem, a nie straszyć wykonaniem. To jak w końcu jest? MediEvil ogrywałem na zwykłym PlayStation 4 kupionym niemalże na premierę konsoli. Pierwszy klienci tej generacji zapewne pamiętają jak wyją te urządzenia, gdy gra nie jest dobrze zoptymalizowana. Jeśli opis technicznych spraw zacznę od tego, że w grę nie da się grać bez słuchawek, bo komfort grania jest niszczony przez silniki odrzutowe wydobywające się z konsoli, to możecie się spodziewać mniej więcej, jak gra wygląda w ruchu. No dobra, tragicznie nie jest, ale do poprawy jest bardzo dużo. MediEvil na zwykłym PS4 ma szalejący framerate, który potrafi raz prezentować nam grę w przyjemnych 60 klatkach na sekundę, by za chwilę chrupać tak mocno, że nie widzimy, co się dzieje na ekranie. Na oko przez większość czasu oglądamy rozgrywkę mniej więcej w przedziale 20-40 fps. Miałem również dziwne wrażenie, że im dłużej grałem, tym coraz częściej gra miała problem z doczytywaniem tekstur. Początkowe etapy od razu się ładowały, by już w połowie gry MediEvil zaczynał kolejny etap cutscenką z rozmazanymi, wybijającymi z klimatu teksturami.

Ładnie, ale nie idealnie

Jeśli zapomnimy o problemach z technikaliami i założymy na głowę słuchawki zagłuszające to co wyprawia nasza konsola, będziemy mogli skupić się na innych elementach tego odnowionego tytułu. Porównując zrzuty ekranu z pierwszej wersji PlayStation oraz z edycji na PS4 aż złapałem się na głowę. MediEvil wygląda naprawdę ładnie, ale pracę włożoną w poprawienie gry docenimy dopiero, gdy zestawimy obie produkcje obok siebie. Tutaj nie wystarczyło tylko ulepszyć geometrii obiektów i dodać lepsze tekstury. Autorzy musieli stworzyć całe otoczenie, które w dawnej wersji gry po prostu nie istniało. Tytuł jest jednak spójny w swojej wizji artystycznej i sprawia, że patrząc po samych screenach – współczesny gracz chętnie po niego sięgnie. Do oprawy dźwiękowej również nie ma się co przyczepiać, a Polacy tworzący dubbing dali radę i po raz kolejny w tej w kwestii pokazali, że są niekwestionowaną czołówką światową.

Jest jedna rzecz, którą spartolono niemalże po całości. Other Ocean Interactive postanowiło dać graczom możliwość swobodnego obracania kamerą oraz umieścić pod jednym przyciskiem opcję umożliwiającą ustawienie kamery za bohaterem. Przytrzymując jeden przycisk możemy zrobić sobie po części typowe “Sony Game” czyli grę z trzecioosobową kamerą. Problem jednak w tym, że to wszystko zrobimy jednak tylko wtedy, kiedy twórcy nam pozwolą. Zdecydowanie zbyt dużo razy widziałem ikonkę informującą mnie o tym, że w danym etapie nie mogę obrócić swobodnie kamery lub zmienić widoku. Zazwyczaj wtedy kiedy tego potrzebowałem, to nie mogłem z tych opcji skorzystać. A to frustruje. Tak, zwykła kamera.

Nie musiałbym tak często uciekać gdyby gra korzystała z dzisiejszych rozwiązań zwanych… checkpoint

Oczekiwanie na lepsze

Wiele można jednak grom wybaczyć jeśli ten jeden najważniejszy element będzie wykonany bardzo dobrze. Jeśli sam gameplay sprawi, że wciskanie przycisków i patrzenie w ekran wyzwoli w nas dziwną radość, którą odczuwamy od lat przy lepszych produkcjach, to żadna niedorobiona kamera, głośna konsola czy niedoczytująca się tekstura nie sprawi, że zniechęcimy się do zabawy. No i tutaj jest problem. Bo autorzy MediEvil w tak małym stopniu uwspółcześnili model rozgrywki, że czasem się po prostu nie chce w ten tytuł grać. W świecie gier wiele się zmieniło. Część rzeczy w dawnej formie można akceptować nawet dzisiaj. To, że etapy, po których się poruszamy są malutkie nie wpływa w żaden sposób na odbiór gry. Design lokacji jest przemyślany i bawi. Mieszanina walki i rozwiązywania zagadek sprawdza się. Nie mogłem za to przez całą grę przyzwyczaić się do sterowania. Oczekiwałem, że np. w momencie jak wykonam atak, a następnie będę chciał się szybko przemieścić to… po prostu zobaczę to na ekranie. Ale nie w MediEvil. Tutaj po wykonaniu ataku mamy sekundową chwilę przerwy i dopiero nasz bohater może ruszyć dalej. Z innych irytujących rzeczy, które dzisiaj raczej nie występują, bo gry przyzwyczaiły nas do kilku ułatwień – przenoszenie poziomu zdrowia pomiędzy etapami. Naprawdę, nie ma nic gorszego, niż włączenie kolejnego etapu i widok prawie martwego bohatera.

Tytuł potrafi wyglądać naprawdę ładnie

Problemy występują również z fizyką. Czasem nasi przeciwnicy po prostu znikają, gdy ich pokonamy, a czasem potrafią odlecieć na kilka metrów w bok prezentując nawet ładną fizykę, z tym, że… najczęściej wpadają w jakieś miejsce, gdzie nie powinni się znaleźć i drżą. Jeśli ktoś grał w MediEvil kiedyś – zapewne wiele rzeczy zna na pamięć i wykona je z miejsca. Ale, gdy ktoś nie wie z miejsca, jak ma zaliczyć dany etap i musi chwilę pogłówkować, to może natknąć się na kilka dziwnych rozwiązań. W przykładzie, o którym zaraz powiem znów zawodzi fizyka. Gdy w jednej z lokacji musimy zrzucić ogromne jaja z gniazda, to wystarczy, że w nie wejdziemy. Przynajmniej tak może to wyglądać, gdy idealnie ustawimy się w odpowiednim miejscu i zaczniemy przesuwać jajo, które jak na szynach spadnie na dół. Gdy do każdego z jaj podszedłem od złej strony – moja postać po prostu na nie nacierała i nic się nie działo, a to sprawiło, że zacząłem próbować je niszczyć. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że twórcy akurat tutaj postanowili zaimplementować jakąś abominację fizyki i zmylić współczesnego gracza oczekującego, że jeśli coś się da przesunąć, to można to zrobić w każdym z możliwych kierunków.

Jako kościotrup chyba mocno przyciągamy uwagę wilków…

Co ciekawe, mimo tych niedoróbek i braku elementów, które by uwspółcześniały grę i tak wracałem do niej codziennie, aby ją przechodzić. Bo MediEvil ma gdzieś w sobie tę kapkę magii, która sprawia, że łudzimy się, iż zaraz gra będzie lepsza. Postać czy uniwersum gry są miłym przystankiem pomiędzy innymi grami. Problem jednak w tym, że mamy tutaj zbyt dużo niedopracowań. Taki właśnie jest MediEvil – na tyle dobry, że go przejdziesz i na tyle zły, że nie będziesz chciał kolejnego remake’a.