WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja gry Metro: Exodus

Metro: Exodus oczarowało mnie od momentu, gdy zobaczyłem pierwszy zwiastun na E3 podczas konferencji Microsoftu. Zjawiskowy trailer pełen emocji, akcji i graficznego eldorado na długo zapadł mi w pamięć. Tym większe moje rozczarowanie, gdy do tuneli zszedłem już sam.

Idź pan tam prosto. Nie skręcaj bo i tak się nie da

Zarzutów w kierunku najnowszej odsłony cyklu mam całkiem sporo i mimo, iż nie gra się źle, to jednak nie mogłem pozbyć się uczucia uczucia, że dostałem zupełnie inne danie niż oczekiwałem. Mam wrażenie, że wydawca gry miał świadomość, że produkt może nie spełnić oczekiwań w nim pokładanych dlatego ratował budżet poniekąd przedziwnym dealem, jaki zawarł z Epic Games. Roczna wyłączność dla nowego, nie całkiem popularnego sklepu musiała przecież mieć drugie dno. Innego wyjaśnienia nie widzę, bo Metro samo w sobie chociaż jest silną i znaną serią tak wątpię, by ludzie masowo rzucili dla niej Steama. To nie ten kaliber.

Najbardziej uwiera mnie na początku nieznośna ślamazarność całego tytułu. Przez parę godzin… w grze tak naprawdę nic się nie dzieje i chyba tylko z poczucia recenzenckiego obowiązku trwałem w tej grze nadal. Serio, gra rozpoczyna się tak słabo, że z nudów przełączałem się na ograne już gry typu F1 2018 czy Red Dead Redemption 2. I tam nadal bawiłem się doskonale.

Tymczasem chodząc ciasnymi korytarzami moskiewskiej kolejki podziemnej cały czas łapałem się za głowę kręcąc z niedowierzaniem głową i mamrocząc do siebie, że nie tak miało być. Do bólu schematyczna, liniowa rozgrywka nie pozwala nam nawet na zejście do innego korytarza. Strasznie to przypomina staroszkolne celowniczki na torach i nie byłoby to złe samo w sobie gdyby właśnie nie przejmujący… brak akcji. Jeden potworek, strzał, i znowu długie minuty bez akcji.

Odświeżeniem i chwilą oddechu jest to, że cała gra składa się z kilkunastu lokacji trochę różniących się między sobą klimatem i z własną fabułą, która posuwa główną akcję do przodu. To przyjemne chociaż zdradliwe, bo daje tylko ułudę otwartego świata. Koniec końców i tak wszystko sprowadza się do przejścia z punktu A do B.

Trochę Stalkera, trochę Mad Maxa, trochę wszystkiego

Mam wrażenie, że Metro: Exodus to taki miks wszystkich gier postapo. Twórcy z konstrukcją gry trochę się miotają. Z jednej strony widać chęć dania nam więcej wolności ale widać, że brakuje im pomysłu bo ostatecznie wracamy do liniowej rozgrywki. Ten sam problem rozciąga się na zadania poboczne, których nie dość, że jest mało to w dodatku nie porywają. Wydają się dolepione do gry na siłę i sprowadzają się do – cóż za zaskoczenie – przejścia z jednego punktu do drugiego. Skąd wniosek, że zadania w grze znalazły się przypadkowo? Gracz nie ma do dyspozycji żadnego notatnika, żadnego miejsca, gdzie może je monitorować. To tylko dodatkowe punkty na mapie. Co więcej, jeśli przez progresowanie głównej osi fabularnej zamkniemy sobie drogę do tych zadań to, no cóż, pozostają one nie wykonane. Absurd.

Fajne jest za to operowanie światłem w grze, drobne smaczki typu przecieranie maski, wymiana filtrów czy modyfikacja broni. Ta ostatnia daje satysfakcję i modyfikować ją można na wiele sposobów co samo w sobie jest bardzo fajne. Szkoda, że tak naprawdę wykorzystujemy ją rzadziej, niż mogliśmy się tego spodziewać. W grze o strzelaniu odniosłem wrażenie, że strzela się naprawdę mało. Mutantów czy starcia z przeciwnikami jest mało, nie są w żaden sposób straszne ani zaskakujące. Lokacje aż proszą się o to, by nasi przeciwnicy zaskakiwali nas z różnych stron.

Ponarzekałem

Nie jest na pewno to gra wybitna, po którą biegłbym z wyciągniętym językiem do sklepu. Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że jest to gra solidna. Mimo całych ułomności, cały czas się w nią gra aż do końca. Po jej zakończeniu nie da się pozbyć wrażenia, że zamiast głównego dania otrzymaliśmy raptem przystawkę ale na pewno nie jest tak, że do niej nie wróciłbym. Gra idzie w zasadzie pod prąd ze wszystkimi trendami. Jest spokojna, fabularnie może bez polotu a opowiadana historia jest do przewidzenia ale to przykład porządnego rzemiosła. Dźwięk, muzyka czy grafika naprawdę mogą satysfakcjonować i na telewizorach 4K i Xbox One X musi zachwycać szczegółowością. Na zwykłej „esce” i TV Full HD było naprawdę bardzo ładnie.

Brać zatem czy nie brać? Brać, ale nie teraz. Poczekałbym do pierwszych przecen albo do zestawu wszystkich trzech części w jednym pudełku. To może nie była strata czasu, ale na pewno nie jest to hicior otwierający sezon.

Za udostępnienie kluczy do gry dziękujemy firmom Techland oraz Kinguin