Kiedy słyszymy termin „Dziki Zachód” to zwykle przed oczami stają nam sceny rodem z westernów – pojedynki rewolwerowców w południe i miasta bezprawia. Rzeczywistość odbiega dość mocno od tego, co serwują nam hollywoodzkie produkcje. Namiastkę tego jak wyglądał dzień z życia amerykańskich osadników serwuje nam gra Pioneer Days.

Zawartość pudełka

Muszę przyznać, że jestem pod ogromny wrażeniem wydania Pioneer Days. Mamy tu kapitalne, małe kosteczki, eleganckie, sztywne planszetki graczy czy mięciutkie woreczki. Żetony są tak grube, że początkowo myślałem, że to kilka sklejonych ze sobą. Wszystkie elementy utrzymano w bardzo przyjemnej dla oka, lekko komiksowej stylistyce. Wydawcy, uczcie się – tak się wydaje gry!

Pioneer Days pudło

Zasady gry (skrót)

Celem Pioneer Days jest uzyskanie jak największej liczby punktów zwycięstwa na koniec gry. Te zaś otrzymujemy za transportowane przez nas krowy, bryłki złota oraz za bonusy współtowarzyszy, którzy dołączą do nas w trakcie gry.

Sama tura gracza jest bardzo prosta. Pierwszy gracz rzuca kośćmi dobranymi z woreczka w liczbie graczy + 1, a następnie wybiera jedną z nich. Każdą kość można wykorzystać na trzy sposoby:

Pioneer Days plansza

  1. Pobrać srebro (będące walutą) w liczbie odpowiadającej ściance kości
  2. Wykonać akcję określoną na kości
  3. Zakupić kartę towarzysza.

Akcje w grze są bardzo proste, zwykle polegają na otrzymaniu pewnych przedmiotów, które przewozimy w swoich wozach. Co ważne, miejsca na przedmioty są ograniczone. Możemy jednak dokupić kolejne wozy. Kiedy wszyscy gracze wybiorą swoje kostki to przesuwamy się na torze „klęsk” w kolorze ostatniej pozostałej kości. Jeśli dojdziemy do końca toru, to następuje nieprzyjemne dla graczy zdarzenie. Proste prawda?

Wrażenia

8 stron. Tyle dokładnie zajmuje instrukcja Pioneer Days. Zasady są banalnie proste i można je wytłumaczyć dosłownie w kilka chwil. Dodatkowo sama gra, jak się okazało w praktyce, jest bardzo prosta do ogarnięcia, więc można ją spokojnie traktować jako gateway to grania w gry planszowe. Zakładając oczywiście, że gracze znają język angielski, ponieważ mamy tu trochę zależności językowej na kartach. Polskiej wersji natomiast ani widu, ani słychu. Dużym plusem jest także płynność rozgrywki – ruchy poszczególnych graczy trwają dosłownie chwilkę. Raczej nikt nie będzie się zastanawiał 10 minut co zrobić.

Pioneer Days wozy

Mimo tego, że nasz ruch ogranicza się właściwie do wzięcia kości, Pioneer Days daje nam możliwość sensownego zaplanowania swoich działań. Przy czym warto zaznaczyć, że działamy raczej „na bieżąco”. Musimy tak rozłożyć nasze akcje, aby zminimalizować lub nawet wyeliminować ryzyko związane z klęskami i przy okazji zdobyć jak najwięcej punktów. Po pierwszej partii przekonałem się, że warto inwestować w towarzyszy – potrafią oni dać nam mnóstwo punktów na koniec gry.

Jestem lekko zawiedziony torem klęsk. Właściwie ze względu na nie zakupiłem Pioneer Days. Oczekiwałem tu walki z przeciwnościami losu i innymi współgraczami, w praktyce jednak poszczególnych ujemnych dla graczy sytuacji można bardzo łatwo uniknąć. Przygotowanie się lekami na zarazę czy pozbycie się wszystkich pieniędzy przed nieuniknionym napadem właściwie minimalizuje jakiekolwiek straty. Troszkę szkoda. Widać to zwłaszcza w grze na 2 osoby, bo im więcej osób, tym trudniej się obronić.

Ciekawym rozwiązaniem są żetony ekwipunku, które kupujemy w mieście. Zapewniają nam one odpowiednie bonusy, o ile pobierzemy kości z odpowiednim symbolem. Dzięki temu możemy złożyć sobie naprawdę niezłe comba. W jednej z gier wybierając „krowę” pobierałem aż 4 dodatkowe pożytki.

No właśnie, „o ile pobierzemy”. Losowość jest integralną częścią Pioneer Days i nie zawsze wypadnie (lub zostanie na stole) to, co byśmy chcieli. Dlatego też trudno jest zaplanować długofalowo nasze działania. Chciałbym jednak was uspokoić – wbrew pozorom niepewność w Pioneer Days aż tak bardzo nam nie doskwiera, dodatkowo istnieje sporo możliwości przerzutu niekorzystnych dla nas kości. Chociażby za 3 srebrne monety.

Skalowanie, regrywalność, czas trwania gry

Teoretycznie możemy grać od 2 do 4 osób. Przez długi czas grałem w Pioneer Days jedynie w 2 i 3 osoby, ponieważ w mojej kopii fabrycznie brakowało jednej kości. Kiedy jednak wydawca dosłał mi brakującą + cały dodatkowy set to skusiłem się na rozgrywkę 5 osobową (nieprzewidzianą przez twórców). I nadal grało się świetnie! Właściwie w każdym składzie możemy sensownie zagrać w Pioneer Days. Po prostu w szerszym gronie trudniej będzie o sensowny zakup z planszetek miasta.

Pioneer Days kostki

Regrywalność określiłbym jako sporą. Mamy tu sporo kart zadań pojawiających się w trakcie gry, kilka zestawów towarzyszy, różne żetony ekwipunku wchodzące do gry, moce startowe naszych kolonistów (o ile zdecydujemy się na taki wariant). Wprawdzie gra nie zaskoczy nas już mechanicznie, ale sytuacja na stole zmienia się diametralnie w każdej partii.

Pioneer Days mieszkańcy

Czas trwania gry? Hmm… jeśli znamy zasady i nikt nie będzie zamulał nad jedną kością to spokojnie zmieścimy się w godzinkę grania, niezależnie od składu. Myślę, że 1,5h w pełnym składzie z tłumaczeniem zasad włącznie to absolutny max.

Podsumowanie

Pioneer Days nie wywołał u mnie efektu WOW, ale każda rozegrana w niego partia była taka… cholernie relaksująca. Zapewne duża zasługa w tym bardzo prostych zasad, szybkich tur oraz ogólnie krótkiego czasu gry. Trudno jest tu mówić o fillerze (w końcu to jednak pełnoprawna planszówka), jednak jako przerywnik między cięższymi planszówkami może spisać się świetnie. Ja jestem z Pioneer Days bardzo zadowolony i z polecam każdemu choć raz w nią zagrać.

Pioneer Days planszetki

EGZEMPLARZ WŁASNY

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej