Dziesiątki bezimiennych nagrobków na nowojorskiej Wyspie Harta tylko czekają, aby ich właścicielom zwrócić odebraną tożsamość. Jeden człowiek podejmuje się tego zadania, niemal z fanatycznym oddaniem, co nieraz wpędzi go w kłopoty. Jakie motywy popychają tytułowego Johna Doe w jego codziennych zmaganiach?

Potter’s filed to angielskie określenia na cmentarz bezimiennych, gdzie najczęściej grzebie się ofiary nierozwiązanych przestępstw i bezdomnych. W wolnym tłumaczeniu nazwa ta oznacza pole garncarza i wywodzi się jeszcze z terminologii biblijnej. W telegraficznym skrócie chodzi o miejsce pierwotnie mające na celu pozyskiwanie gliny do wyrobu naczyń. Gdy już spełniło swoje zdanie wykupione przez kapłanów służyło następnie do chowania ludzi będących na marginesie społecznym. Współcześnie największy taki cmentarz znajduje się w Nowym Jorku i właśnie tam poznajemy Johna Doe – głównego bohatera recenzowanej mini-serii. Swoją drogą, jego przydomek również służy do określania osób, których nie da się zidentyfikować.

W ten oto sposób zostajemy wprowadzeni do opowieści z gatunku neo noir, ujmującej klasyczne podejście do klimatu historii detektywistycznej z lekką nutką nowoczesności. Niestety w ogólnym komiksowym zalewie albumów o herosach może szybko zniknąć sprzed oczu czytelników. Jest to wielka strata, bowiem opowieść graficzna wydana nakładem Mucha Comics potrafi przykuć z miejsca. Mark Waida pierwszy koncept scenariusza wymyślił już pod koniec lat 90., ale zebranie materiałów i przekucie ich w konkretną treść zajęło mu niespełna dziesięć lat. Nie jest to długa historia, bowiem to, co ukazał się w Ameryce nakładem BOOM! Studios nasz polski wydawca zmieścił na niespełna stu stronach.

Zatem jest to wydanie zbiorcze, gdzie poznajemy Johna Doe i jego dość ciekawą siatkę kontaktów w całym mieście. Wiemy, że jest on człowiekiem zorganizowanym a zaufanie innych zyskał poprzez wyciągnięcie pewnych osób z tarapatów. Metodyczny, opanowanym i czasem oziębły posiada wszelkie atrybuty archetypowego twardego detektywa z klasycznych opowieści. Jego przeciwnicy natomiast to głównie mafijne sługusy i skorumpowani gliniarze. Niestety nim opowieść o jego krucjacie przywracania utraconych tożsamości nabierze rumieńców komiks dobiega końca. Zapewne zamysłem scenarzysty było, aby zachować pewien rąbek tajemnicy, ale gdy przekartkujemy ostatnią stronę uczucie niedosytu będzie nas prześladować jeszcze długo. Jednocześnie akcja czasem postępuje zbyt szybko, a John kolejne zagadki rozwiązuje sprawniej niż Sherlock Holmes na sterydach.

Mimo tego, za cenę oscylującą w graniach 40 zł nie mam powodów do większego narzekania. Mucha Comics całość wydrukowała na grubym klasycznym papierze, przez co nietypowa szata graficzna i stylistyka obrana przez Paula Azaceta wygląda wręcz fenomenalnie. Jednym słowem Potter’s Field ciężkiego klimatu odmówić nie można. Do tego mamy jeszcze twardą oprawę oraz wstęp napisany ręką Grega Rucki. Myślę, że dla komiksowego kolekcjonera jest to pozycja obowiązkowa. Jednocześnie Potter’s Field będzie również dobrym wyborem, gdy będziemy starać się przekonać kogoś do komiksu jako takiego. Szczególnie, jeśli taka osoba stroni od wszędobylskich trykociarzy i tylko z tym kojarzą się jej rysunkowe opowieści. Jednym słowem kolejna solidna propozycja czytelnicza od Mucha Comics. Zresztą, czy mogło być inaczej?

Za udostępnienie egzemplarza dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!