Film Strażnicy Galaktyki, który wszedł w zeszłym roku do kin był prawdziwym hitem. Zgromadził liczną audiencję przed ekranami na całym świecie, zarabiając grube miliony, pokazując również jak powinna wyglądać dobrze wykonana adaptacja komiksu. Na naszym podwórku film odegrał jeszcze jedną ważną rolę, mianowicie uzmysłowił widzom, że świat Marvela prócz Avengers ma jeszcze drugą, równie skuteczną i przebojową grupę superbohaterów.

W Polsce Strażnicy Galaktyki nigdy nie ukazali się w wersji komiksowej. Wielki boom sprzed dwóch dekad na reprinty popularnych amerykańskich zeszytów z lat 70. i 80. ominął markę niepoprawnej drużyny herosów, mających swój debiut jeszcze w 1969 r. Naprawdę warto nadrobić zaległości, dlatego korzystając na sukcesie zeszłorocznego filmu wydawnictwo Egmont sprezentowało Strażników Galaktyki, czyniąc tym samym iście zacny prezent fanom twórczości Marvela. Oczywiście nie wykupiono licencji na zeszyty sprzed 40 lat, a całkiem świeżą odsłonę Strażników przygotowaną przez współczesnych mistrzów komiksowego rzemiosła.

Mówiąc mistrzów wcale nie przesadzam, albowiem za scenariusz odpowiada Brian Michael Bendis od dawna związany z Marvelem, mający na swoim koncie m.in. całkiem świeżą i piekielnie udaną serię New Avengers, oraz liczne przygody Spider-Mana. Mówiąc krótko: żaden komiks, przy którym maczał palce Bendis mnie nie zawiódł. Natomiast za szatę graficzną odpowiada duet grafików – Steve McNiven oraz Sara Pichelli. Obie postacie, podobnie jak scenarzysta, są związane od lat z wydawnictwem Marvel.

Recenzowany album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w Guardians of Galaxy #1-3 oraz Tomorrow Avengers, ukazujące się z ramienia serii Marvel Now! od 2013 r. Ponadto polskie wydanie wzbogacono o kilka bonusowych, krótkich historii napisanych i zilustrowanych przez innych równie utalentowanych autorów. Oczywiście – rozwiewając wszelkie wątpliwości – komiksowi Strażnicy nawiązują najwyżej w 2% do obrazu, jaki przyszło nam obejrzeć w kinach. Nie jest to bezpośrednia adaptacja scenariusza filmu, lub materiał promujący ekranizację, za co szczerze dziękuję, choć w przypadku Bendisa po prostu być inaczej nie mogło.

Szóstkę bohaterów poznajemy na etapie, gdy zdążyli już uformować zgraną drużynę, zaskarbiając sobie podziw, strach, czasem nawet nienawiść mieszkańców galaktyki. Jak pewnie słusznie zauważyliście, filmowa ekipa składała się z pięciu herosów: Star-Lorda, czyli Petera Quilla, Gamory – córki Thanosa, Draksa Niszczyciela, maniaka broni Rocketa i poligloty Groota. Natomiast teraz ich nowym nabytkiem jest Iron Man, biorący tymczasowy urlop od druhów z Avengers. Jeśli choć trochę ogarniacie temat świata Marvel z pewnością obecność Tony’ego Starka nie zdziwiła Was ani trochę, albowiem od zawsze rozbijał się po galaktyce z Strażnikami.

Dostrzegalne są także różnice w kreacji pozostałej piątki, szczególnie w przypadku lidera Petera Quilla, mającego znacznie twardszą osobowość, tudzież poważniejszy, choć niewyzbyty sarkazmu charakter. Jego ojcem nie jest bliżej niezidentyfikowana postać z granic wszechświata, a sam król Spartaksu o imieniu J-Son, będący jednocześnie członkiem Rady Imperiów Galaktycznych. Owa rada składa się z siedmiu osobistości, rządzących najbardziej wpływowymi królestwami i to od nich zależy jak wygląda galaktyka. Niestety na ich politycznym celowniku aktualnie znajduje się Ziemia. Zdaniem władcy Spartaksu jest to świat niestabilny, niebezpieczny, zamieszkany przez indywidua zagrażające pokojowi w wszechświecie, dlatego trzeba jak najszybciej podjąć stosowne kroki, czyli wymazać błękitną planetę z historii.

Naturalnie nie jest to tak proste, albowiem Ziemia nie jest pod jurysdykcją J-Sona, a w grę wchodzą jeszcze zakulisowe interesy pozostałych członków rady. Dlatego w całą intrygę uwiązani zostaną także Strażnicy Galaktyki mający za koronny cel obronę błękitnego globu przed obcymi łapami. Słowem będzie się dziać. Będzie grubo jak przystało na tego typu komiks, ale więcej już nie zdradzę, bo jeszcze ktoś posądzi o spojlerowanie.

Chwila uwagi należy się także samemu wydaniu. Za okrągłe cztery dyszki otrzymujemy świetnie ilustrowany, wydrukowany na bardzo dobrej jakości papierze komiks liczący trochę ponad 130 stron. Szkoda jedynie, że przy pierwszym zeszycie nie pokuszono się o twardą oprawę z obwolutą, zamiast tego mamy sztywną lub jak kto woli półmiękką okładkę, która naturalnie daje radę w zupełności.

Pierwszy zeszyt Strażników Galaktyki noszący podtytuł Kosmiczni Avengers mogę z całą odpowiedzialnością uznać za cholernie udany debiut. Wszystko dosłownie zgrywa się w idealną całość. Brian Bendis prezentuje ciekawy, wartki scenariusz narzucający bardzo wyważone tempo, serwując bitwy nie gorsze od tych, jakie przyszło zobaczyć nam w filmie. Jednak komiksowi Strażnicy to coś więcej niż masa wybuchów i hollywoodzkiej akcji, albowiem poza polem bitwy przyjdzie nam zobaczyć misternie knute intrygi, zakulisowe rozgrywki, powoli poznając prawdziwe motywy najważniejszych graczy galaktycznej układanki. Pytanie tylko czy Ziemia przetrwa w jednym kawałku tą nietypową partię szachów?

Reasumując Kosmiczni Avengers to twórczość Marvela w najlepszej postaci, ponadto wprowadzająca sporo świeżego powiewu powietrza na polskiej scenie wydawniczej. Jeśli spodobał się Wam film, to bez zastanowienia łapcie za komiks, bo jest znacznie lepszy. Strażnicy górą!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!