WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja komiksu X-Men by Jim Lee

Wydany nakładem Egmontu tomik zbiorczy historii o mutantach Marvela to kwintesencja komiksu przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jest więc widowiskowo, ale przedstawioną narrację należy brać z przymrużeniem oka, bowiem nie jest to pozycja nastawiona na iście intelektualne doznanie czytelnika. Głównym magnesem do lektury będzie sylwetka rysownika Jima Lee, którego prace z nostalgią wspominają wychowankowie TM-Semic.

Jim Lee to instytucja w świecie komiksu. Urodzony w roku 1964 w odległym Seulu amerykański rysownik i scenarzysta komiksowy stał się wizytówką sławetnego Domu Snów. Później dołożył cegiełkę do  inicjatyw takich jak założenie legendarnego Image a także WildStorm, które następnie przeszło pod opiekę DC Comics funkcjonując przez lata, jako imprint największego konkurenta Marvela. Dziś natomiast jego decyzje mają istotny wpływ na kształt świata DC, ale nim do tego doszło swoje pierwsze szlify zdobywał właśnie w latach osiemdziesiątych pracując w młodym wieku dla Marvel Comics. Ilustrował Alpha Flight i The Punisher War Journal, ale wszystkie „dzieciaki” tamtego okresu będą go pamiętać głównie za serię X-Men.

Niepobity rekord

Droga na szczyt była usłana mozolną pracą i dziesiątkami zarysowanych stron. Nikt jednak nie przypuszczał (łącznie z głównym zainteresowanym), że seria Uncanny X-Men będzie przepustką do oszałamiającej wręcz kariery. Wspólnie z Todd’em McFarlane, z którym później założy Image Comics, stał się wizytówką wydawnictwa Marvel. Początkowo rysował niektóre epizody wychowanków Profesora X, ale zaskarbiając sobie coraz większą przychylność ostatecznie otrzymał własną serię zatytułowaną po prostu X-Men. Pierwszy numer tej serii sprzedał się w nakładzie 8.1 miliona egzemplarzy, co jest rekordem niepobitym do dnia dzisiejszego.

x-men jim lee

Wspólnie ze scenarzystą Chrisem Claremontem stworzyli narrację będącą archetypowym wzorem opowieści o mutantach z drużyny X-Men. Co istotne Chris sam w sobie również jest ważną figurą w świecie amerykańskiego komiksu. Tworzył choćby scenariusze do opowieści o X-Men od 1975 roku. Zasadniczo to on odpowiada za kanon tej serii, z czasem dodając nowe postacie a także opisując wydarzenia kształtujące całe uniwersum Marvel. Wystarczy wspomnieć o imperium Shi’ar, Dark Phoenix tudzież przypomnieć historię „Bóg kocha, człowiek zabija” zdecydowanie wartą przeczytania.

x-men page

Nic, więc dziwnego, że Jim i Chris stanowili mieszankę udaną, za którą polski czytelnik rozpoznaje historie o X-Men. To właśnie ich prace przyszło nam poznać za sprawą TM-Semic masowo publikującego zachodnie komiksy na naszym rodzimym rynku. Dziś zeszyty te są w opłakanym stanie albo, jeśli gdzieś takowe znajdziecie w przyzwoitej kondycji to kosztują krocie. Dlatego wydania zbiorcze takie jak dzisiejszy opisywany tomik przyjmuję z otwartymi ramionami.

Nostalgia dźwignią handlu

Powiedzmy sobie szczerze już na samym początku – niniejszy komiks nie jest dla każdego. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze sięgając z nostalgii po gruby tom zdziwimy się, jak fabularnie postarzała się seria X-Men przełomu lat 80. i 90. Jeśli liczycie na intelektualne uniesienie, dosmaczoną wielowątkową i poziomową narracją to zawiedziecie się sromotnie. X-Men w tym wydaniu to typowy klasyk Marvela, czyli prosta, lekka lektura skrojona pod nastoletniego czytelnika. Zatem nie brakuje wybuchowej akcji, ciętych dialogów oraz bohaterek epatujących seksapilem, paradujących niekiedy niemal w totalnym negliżu. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dziś komiks ten przede wszystkim swoją warstwą wizualną – tym jak portretuje poszczególne postaci – mógłby wywołać niemałą burzę wśród przewrażliwionych aktywistów i mediów czyhających tylko na tanią sensację.

x-men page

Powyższy argument nie jest jednak dla mnie żadną wadą. Wręcz przeciwnie. Spośród tak leciwych komiksów (zebrane zeszyty powstawały w latach 1989-1991) mutanci rysowani ręką Jima zestrzeli się bardzo dobrze. Powiem nawet więcej. Wtenczas młody jeszcze rysownik warsztatowo wygryza wielu współczesnych kolegów po fachu. Oczywiście mnóstwo zależy również od tego, kto nakładał tusz na rysunki Jima Lee, ale ogólnie pod względem kadrowania, dynamiki i dopieszczenia detali komiks urywa cztery litery u nasady karku. Co natomiast nie wytrzymało próby czasu od strony warsztatu to kolory. Jeśli przykładowo weźmiemy do ręki komiks Mutant Genesis 2.0, czyli również klasykę Jima, ale z odświeżoną kolorystyką na miarę roku A.D. 2020, to różnica jest wręcz kolosalna powodując niemałą eksplozję termonuklearną pod czaszką.

x-men jim lee

Zasadniczo mój najpoważniejszy i chyba jedyny zarzut względem wydania zbiorczego Egmontu będzie poszarpany charakter narracji. W jednym tomie starano się uzbierać zeszyty Uncanny X-Men rysowane ręką koreańskiego artysty, co oczywiście nie pozwalało skompletować wszystkich wydarzeń z lat 89-91. Zresztą byłoby to mało realne do zrealizowania, bo to motyw zupełnie na osobną serię. Tak czy inaczej bez większego wprowadzenia rozpoczynamy lekturę i miejscami pewne wątki będą od tak urywane, powodując pewne luki fabularne. Przygodę zaczynam od konfrontacji z Nanny, później dużo uwagi poświęcamy Psylocke, która ostatecznie musi zmierzyć się z Mandarynem. W tym samym czasie na daleki wchód trafia Wolverine z swoją podopieczną Jubilee, gdzie gościnnie wystąpią jeszcze Czarna Wdowa i Kapitan Ameryka. Spodziewajmy się, zatem retrospekcji z czasów II Wojny Światowej, gdy rosomak pierwszy raz spotkał chodzący sztandar Ameryki. W tle natomiast towarzyszy nam świadomość rozsypki drużyny X-Men, która pod nieobecność Profesora X nie miała lekko.

Klasykę należy szanować

Dzieje się dużo podczas kartkowania przeszło trzystu stron tomu, ale motorem napędowym fabuły jest wyłącznie akcja – ci dobrzy kopią tyłki tym złym, bo taka kolej rzeczy musi być. Czarno-biały schemat świata w prawdzie na chwilę ustępuje miejsca większym czy mniejszym rozterkom, ale nie ma ich tak dużo i stanowią wyłącznie przerywniki między kolejnymi potyczkami. Nie zrozumcie mnie jednak źle – komiks nie jest głupi. Wręcz przeciwnie. Ma swój własny urok, charakter i niepowtarzalny styl głównie za sprawą rysunków Jima Lee i kreacji postaci pióra Chrisa Claremonta. U swoich podstaw to zasadniczo kawał lekkiej, ale cholernie dobrej rozrywki w estetyce niespotykanej dziś w komiksie. To tak, jak z klasycznymi filami akcji klasy „B” z Van Dammem, Stallone, Jetem Li, Norrisem i im podobnymi aktorami z dzieciństwa – wiemy, że nie są to kreacje oscarowe, ale mają swój unikalny nie do podrobienia klimat i czar, dlatego tak chętnie do nich wracamy.

Reasumując, jeśli zbieraliście zeszyty TM-Semic, a tym bardziej gdzieś w waszym sercu jest jeszcze miejsce dla Rouge z komiksów Lee, to bez dwóch zdań powinniście chwycić za wydanie zbiorcze X-Men. Zwłaszcza, że dorwanie polskich zeszytów to mozolne zajęcie, gdzie ceny za wyświechtane egzemplarze najczęściej przedstawiają wartości totalnie odklejone od rzeczywistości. Dlatego tym bardziej powinniście docenić tom wydany przez Egmont. Wszakże do klasyki zawsze warto wracać, nawet choćby z powodu prostej nostalgii.