WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Nowa powłoka, fabuła, problemy czyli recenzja serialu Altered Carbon – sezon 2

Odświeżyłam sobie pierwszą odsłonę Altered Carbon by napisać dla Was streszczenie i przypomniałam sobie, dlaczego ten serial tak mi się podobał i dlaczego czekam na kolejne odcinki. Kończąc 2. sezon dochodzę do wniosku, że na pewne elementy warto było czekać.

Netflix ponownie zabiera nas w coraz bardziej zapierający dech cyberpunkowy świat wykreowany w książkach Richarda Morgana. W pierwszej odsłonie mieliśmy do czynienia z tematyką bardziej kryminalną i złożoną, wielowarstwową fabułą oferującą wielu bohaterów. Dla mnie postacie z pierwszego sezonu były fajnie nakreślone, miały wiele realistycznych cech i pobudek, w które byłam w stanie uwierzyć. Akcja działa się dosyć szybko, czasem chaotycznie, przez co w pewnym momencie mogła zmęczyć.

Pierwszy sezon Altered Carbon bardzo podzielił widzów. Fani książek Morgana na każdym kroku wytykali błędy i odstępstwa od materiału źródłowego. Inni produkcji bronili, choć też nie podchodzili do niej bezkrytycznie. Nawet nie znając pierwowzoru można było dostrzec, jak wiele rzeczy potraktowano po macoszemu. Ale cóż, nie ma się co temu dziwić, ten świat jest na tyle rozległy, że ciężko upchnąć w kilku odcinkach choć połowę istotnych informacji.  

Joel Kinnaman stworzył dość specyficznego bohatera w pierwszym sezonie Altered Carbon. W jego wykonaniu Takeshi Kovacs jest ponury, nie uśmiecha się i ma bardzo ograniczoną mimikę. I wiem, że bardzo wiele osób na niego narzeka, ale mi osobiście taki bohater bardzo przypadł do gustu. Niestety jego sposób grania i zachowanie zdefiniowały tego bohatera, przez co w drugim sezonie Anthony Mackie miał wiele problemów, by stworzyć spójną postać. W końcu gra tego samego człowieka, tylko z innym ciałem, więc wiele elementów musi odegrać na sposób Kinnamana.

W pierwszej odsłonie w retrospekcjach mogliśmy zobaczyć Takeshiego Kovacsa w jego prawdziwej powłoce, zaś w nowych odcinkach od pewnego momentu funkcjonuje on jako pełnoprawny bohater. Podwójne upowłokowienie, oryginalne ciało i zapis stosu sprzed przejścia Kovacsa na stronę Quell. To wszystko daje nam dwóch zupełnie różnych aktorów wcielających się w tego samego bohatera, którego życie w obu przypadkach ułożyło się inaczej. To bardzo ciekawe zagrania i fascynująca jest możliwość, jak dwóch tak różnych aktorów stara się nadać swoim postacią pewne elementy wspólne.

Akcja drugiego sezonu ma miejsce trzydzieści lat po wydarzeniach z finału poprzedniej odsłony. Takeshi Kovacs wraz z wiernym towarzyszem Poe, SI z hotelu Kruk, szuka ukrytego gdzieś przez Rei stosu Quell. Przez lata wierzył, że jego ukochana zginęła podczas powstania, jednak pod koniec pierwszego sezonu dowiedział się nie tylko o zdradzie siostry, ale również o kopii zapasowej, którą ta wykonała i gdzieś ukryła. Legendarna Quellcrista Falconer (Renée Elise Goldsberry) może więc jeszcze powrócić. Kovacsowi wyraźnie marzy się happy end.

Pewnego dnia spotyka łowczynię nagród Trepp, która pracuje dla jednego z Matów ze Świata Harlana, rodzinnej planety głównego bohatera. Zagrożony bogacz chce wynająć ostatniego Emisariusza by uratował mu życie, a w zamian odwdzięczy się informacją o Quell. Niestety Kovacs dociera na miejsce zbyt późno i zostaje uwikłany w serię morderstw, których dokonuje jego poszukiwana ukochana. A raczej coś, co mieszka w jej umyśle. Wkrótce przyjdzie im skonfrontować się nie tylko z prawem, ale i dawnym wrogiem, a także prastarą istotą i dawnym Kovacsem.

Netflix zabiera nas w podróż do Świata Harlana, dużo mniejszego niż oszałamiające Bay City, które poznaliśmy dwa lata temu. Ale nadal cyberpunk miesza się tutaj z klimatycznym stylem noe-noir. Widać, że dużo więcej pieniędzy poświęcono na efekty wizualne, których niedociągnięcia widać było w poprzednim sezonie. Całość czasem potrafi wręcz zapierać dech w piersiach. Dostajemy również trochę nawiązań do przeszłości, więc warto znać choć zarys poprzednich odcinków, żeby móc spokojnie oglądać 2 sezon Altered Carbon. Nowych postaci jest niewiele i nie są one tak angażujące jak te z pierwszej odsłony. Wybija się spośród nich Trepp (Simone Missick), która potrafi przykuć uwagę.

Jednak najbardziej angażującym wątkiem jest ten poświęcony Poe’mu. Od czasu napaści w Kruku nie doszedł do siebie, jego system często szwankuje, ma kłopoty z pamięcią, a co za tym idzie nie jest w stanie dobrze spełniać swoich obowiązków i pomagać Kovacsovi. Przez jego usterki bohatera spotyka wiele problemów. Jedynym sposobem na poprawę jest restart, niestety tego Poe zrobić nie chce. Obawia się bowiem, że straci pamięć, a wraz z nią Lizzie, która bardzo na niego wpłynęła w poprzednim sezonie. W nowych odcinkach widzimy jak grane przez Chrisa Connera SI się zmienia, nabiera coraz więcej cech ludzkich i uczy ich swoją nową przyjaciółkę. Ten wątek spodobał mi się w serialu najbardziej.

Ze względu na dużo prostszą fabułę historia wydaje się dużo spójniejsza, a Mackie wprowadził do niej trochę humoru. Nie, Altered Carbon nie stał się nagle komedią akcji, ale przestał być też taki bardzo ponury. Niestety, to jedyna charakterystyczna rzecz, jaką gwiazdor MCU wniósł do tej roli. To, co nakreślił Kinnaman pozostało, a Mackie tylko się do tego dostosował. Jest dobrze, ale bez szału. Dlatego cieszę się, że jeśli powstanie kolejny sezon to dostaniemy innego aktora. Zapewne będzie nim Will Yun Lee, który jako „pierwsze ciało i dawny umysł” Kovacsa spisuje się bardzo dobrze. Nie jest też obciążony mrocznym usposobieniem Kinnamana, więc z tą rolą będzie mógł zrobić wiele.

W ogólnym rozrachunku 2.sezon Altered Carbon przypadł mi do gustu głównie pod względem audiowizualnym. Efekty specjalne robią ogromne wrażenie, wprowadzono te wiele ciekawych elementów uniwersum, które mam nadzieję, że zostaną rozwinięte w kolejnych odsłonach i serialu animowanym, który niedługo pojawi się na Netflix. Ciężko mi powiedzieć, czy ta część jest lepsza od oryginału, na pewno inna i porusza trochę inne problemy. Jednak wyraźnie widać, że sam serial nie dąży do jakiegoś wielkiego, spektakularnego rozwinięcia. Jeśli będzie trzeci sezon na pewno obejrzę, ale wątpię, bym podeszła do niego z tak dużym zaangażowaniem, co do pierwszej, a nawet i drugiej części. Z odcinka na odcinek Altered Carbon podąża odwrotnie do filozofii, którą nam przedstawia. W serialu to stos korowy jest najważniejszy, podczas gdy ciało to tylko powłoka, którą można zamienić. Twórcy zaś o wiele więcej pracy inwestują w całą otoczkę mniejszą wagę przywiązując do samej treści. I choć bardzo przyjemnie się Altered Carbon ogląda, to oczekiwałabym fabuły, która sprawi, że uniwersum ożyje. Na razie to takie SI, miłe, interesujące, ale nadal sztuczne.