WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja serialu Stargirl – sezon 1, odcinki 9 i 10

Do końca pierwszego sezonu Stargirl zostało nam już niewiele odcinków. Wszystko zmierza do ostatecznego starcia lub do ujawnienia wielkiej tajemnicy. Co przynoszą nam odcinki 9. i 10.? serialu? Zapraszam do lektury spoilerowej recenzji.

Stargirl już od pierwszego odcinka urzeka mnie swoim podejściem do bohaterów. Twórcy cały czas nie dają nam zapomnieć, że to tylko grupa nastolatków, zagubionych, poszukujących celu lub akceptacji rodziców. Każde z nich, nieważne po której stronie się opowiedziało, szuka w tym superbohaterskim świecie jakiejś drogi dla siebie. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się postać Henry’ego Juniora, czyli syna Brainwave’a. Chłopak jest rozgoryczony, przesiaduje przy łóżku ojca pomimo złego traktowania. Ale trudna sytuacja nie ogranicza się tylko do choroby rodzica. Henry zaczyna odkrywać swoje moce, uczy się z nich korzystać, a jednocześnie poznaje przeszłość ojca. Courtney chce go zwerbować do JSA, co jednak wyraźnie nie podoba się reszcie. I nie ma się czemu dziwić. Junior aniołem nigdy nie był, do tego bardzo skrzywdził Yolandę. Bardzo cieszy mnie ta niejednoznaczność bohatera, która utrzymywana jest cały czas. Czy nie zdradzi swoich nowych sprzymierzeńców, gdy tylko osiągnie zamierzony cel? Podobnie jak w przypadku innych młodych bohaterów, wątek Henry’ego zawiera wiele emocji, co czyni go jeszcze bardziej prawdziwym. Widzimy te rozdarcie, chęć zemsty i zaufania ojcu. Oglądał kasety, wie co wcześniej robił, a gdy po obudzeniu Brainwave wydaje się nie pamiętać ostatnich dziesięciu lat pragnie mu zaufać. Czy słusznie?

Czytaj też: Recenzja serialu Przeklęta – legenda arturiańska inaczej

Tymczasem w domu Courtney życie toczy się prozaicznie. Barbara zaprasza szefa z rodziną na kolację. Mógłby to być sielankowy wieczór, gdyby nie fakt, że tym szefem jest Jordan czyli Icycle. W powietrzu czuć pewne napięcie, choć wszystko wydaje się toczyć bez zarzutu. Dziwne wydaje się zachowanie Jordana i jego rodziców wydaje się podejrzane, gdy tak mówią do siebie po norwesku odmawiając modlitwę o pognębienie wrogów. To bardzo interesujący akcent i zastanawiam się, czy jego norweskie pochodzenie będzie miało jakieś większe znaczenie? Patrząc na to, jak Geoff Johns prowadzi tę historię, to możemy przypuszczać, że nie był to przypadek. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Stargirl odkrywa tożsamość Jordana. Jest to takie niewymuszone i naturalne. Ciekawa też jestem jak dalej potoczy się relacja Court z synem Icycla, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego pochodzenie. Wątpię byśmy dostali jakiś mdły wątek miłosny, bo nawet jak romantyczne akcenty się pojawią, to liczę na oryginalność, którą twórcy już się wykazali.

Nadal denerwuje mnie zachowanie Stargirl, która pomimo ciężkich obrażeń, jakich doznała po walce z Siv nadal ma w sobie wiele fanatyzmu i chce ruszać do boju. Odkryła tożsamość Icycla, więc chce ruszyć już, teraz pomścić ojca i wymierzać sprawiedliwość. Jednocześnie jednak podoba mi się konsekwencja w prowadzeniu tej postaci i ta „głupota”, która czasem cechuje nastolatków. Wiecie, jak już jest cel, to dąży się do niego bez względu na koszty. Dostrzegam cały czas, że dziewczyna stara się jakoś pohamować te swoje zapędy. Nie wychodzi jej to zbytnio, ale się stara. Po kolacji, gdy Pat i Courtney obradują w piwnicy dzieje się to, na co osobiście czekałam od dawna. W końcu Barbara dowiaduje się o działalności córki, o Kosturze i walce ze złem. I reaguje jak każda matka, która odkrywa, że ktoś naraża jej dziecko na niebezpieczeństwo – wywala Pata z domu. W wygnaniu towarzyszy mu Mike, w końcu to jego syn. Courtney zaś pomimo krzyków o chęci pomszczenia swojego ojca Starmana zostaje odesłana do pokoju i, o dziwo, nawet Kosturowi nie daje się jej stamtąd wywabić. Więc ta dziwna, magiczna broń rusza sama zemścić się na Icyclu. To tak głupie!

Ostatecznie Brainwave zostaje porwany przez Jordana, Kostur również. Obaj mają posłużyć tajemniczej maszynie Dragon Kinga. Henry, który wszystko widział, postanawia sprzymierzyć się z JSA, by odbić ojca. Wierzy, że jest w nim dobro, a brak pamięci pomoże mu stać się dobrym człowiekiem. To doprowadza naszych młodych herosów do starych tuneli pod miastem, w których rezyduje Dragon King. Tam rozpoczyna się walka, która niestety kończy się kiepsko dla młodego Henry’ego. Jego wiara w ojca była złudna, jednak cieszy mnie fakt, że chłopak nie ugiął się i nie stanął po stronie zła. W podziemiach dostajemy kilka fajnych, choć zdecydowanie mało logicznych walk. Courtney pozbawiona laski chwyta za dzidę i walczy z zombiakami smoczego doktorka. Wszystko pięknie, fajnie, tylko kiedy ona się tego nauczyła? Rozumiem z Kosturem, bo on pomagał jej robić te wszystkie przewroty i stabilizował ją. Ale włócznia? Serial nie pokazał nam, by dziewczyna trenowała coś takiego. Owszem, jest gimnastyczką, ale to zupełnie coś innego. Dziesiąty odcinek ma bardzo dużo zgrzytów i dziwnych, bardzo banalnych wyborów scenariuszowych. Poświęcenie Henry’ego nie jest złe. W jakiś sposób pasuje do tego skrzywdzonego bohatera, a już zauważyliśmy, że twórcy starają się eliminować tych słabych potomków ISA. Nie podoba mi się jednak to, co dzieje się w trakcie. Przepraszanie Yolandy, ta melodramatyczność, fakt, że reszta nie ucieka, choć ma okazję. Wcześniej serial miał dużo logiki. Teraz jakby ona gdzieś wyparowała. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i w kolejnym epizodzie wszystko wróci do formy.

Problem mam również z drugim wątkiem tego odcinka. Twórcy pokazują nam moment poznania Barbary i Pata, który ma chyba pokazywać zestawienie z rozpadającym się związkiem. Rozumiem złość kobiety, ale fajnie byłoby, gdyby porozmawiali, wyjaśnili coś. W końcu są małżeństwem? Do tego dostajemy kolejną wstawkę z Jordanem i jego rodzicami mówiącymi po norwesku. Kto normalny tak się zachowuje? Cieszę się, że w tym towarzystwie przynajmniej Barbara myśli i nie znając języka postanowiła go nagrać i przetłumaczyć. Tylko brakuje mi sensu w tym mówieniu o wielkim planie przy innych. Czy naprawdę oni nie zdają sobie sprawy co może dzisiejsza technologia? Dziesiąty odcinek choć ma wiele bzdur to ratuje się wątkiem ojca Courtney. Dziewczyna wierzy, że jest nim Starman. Pat jest sceptyczny, ale pogodził się z jej fanatyzmem. Ale Barbara coś wie i ujawnia to tylko nam. Ojciec Courtney, kimkolwiek jest, żyje i zapewne czegoś więcej dowiemy się o nim w kolejnym epizodzie. Czy to możliwe by Starman przeżył? A może to zupełnie inny człowiek? Pytań mam wiele, zwłaszcza patrząc na dziwny związek Courtney z Kosturem.

Oglądając te dwa odcinki ciągiem i recenzując je za jednym razem widzę ogromną różnicę w poziomie pomiędzy nimi. To aż dziwne, bo do tej pory Stargirl trzymała się bardzo dobrze, a twórcy nie popełniali takich głupot. Liczę, że to wpadka, choć tak blisko finału raczej nie powinna się zdarzyć. Dobrze jednak wiemy, że nie takie rzeczy na serialowym podwórku się działy, więc wybaczam, głownie przez wątek dotyczący ojca Courtney. Jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu, a także tej tajemniczej maszyny budowanej przez Jordana.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News