WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Witaj w rozgrywce finałowej. Recenzja serialu Westworld – sezon 3. odcinek 4.

Twórcy Westworld przyzwyczaili nas do zwrotów akcji i  rozwiązań, których często możemy się nie spodziewać. Tak też jest i w najnowszym epizodzie, choć dane nam odpowiedzi mogą jeszcze bardziej komplikować sytuację. Zapraszam do lektury spoilerowej recenzji 4. odcinka 3. Sezonu Westworld.

CZYTAJ TEŻ: Czy ten świat na pewno jest prawdziwy? Recenzja serialu Westworld – sezon 3. odcinek 3.

Tak jak zapowiadał to zwiastun 4. odcinka do gry powraca William znany jako Mężczyzna w czerni. To właśnie od niego zaczyna się akcja najnowszego epizodu Westworld. Ostatni raz spotkaliśmy się z nim pod koniec poprzedniego sezonu, gdy zabił swoją córkę Emily myśląc, że jest ona hostem. Teraz bohater doznaje załamania nerwowego balansując pomiędzy typową dla siebie oschłością i stanowczością a niepewnością i żalem. Ed Harris w genialny sposób potrafi płynnie przechodzić granice pomiędzy skrajnymi emocjami, dzięki czemu możemy wczuć się w sytuację Williama. Człowieka, którego męczą demony przeszłości i niepewność, bo to nie tylko śmierć Emily nie daje mu normalnie funkcjonować. Najgorsza jest ta niewiedza, czy on sam nadal jest człowiekiem czy może od dawana już maszyną. Gdy do Williama przychodzi Charlotte Hale (pamiętajcie, że to nadal host w jej powłoce) i chce jego pomocy w pokonaniu Seraca wydaje się, że bohater odegra znacznie większą rolę w tym odcinku. W międzyczasie Dolores i Caleb kierują się do banku chcąc przejąć cały majątek Liama Dempseya. Dostajemy tutaj świetnie kumulującą napięcie scenę, w której bohaterowie cały czas są o krok od zdemaskowania. Cierpią na tym ich wzajemne relacje, a raczej chemia między postaciami, która nie ma czasu na rozwinięcie, ale sądzę, że w kolejnych odcinkach twórcy będą w stanie to naprawić. Na razie, pomimo wydarzeń z poprzedniego odcinka, nie do końca wierzę w tak bezgraniczne zaufanie Caleba do naszej głównej bohaterki.

W 4. odcinku wszystkie drogi prowadzą prosto do Dolores. Gdy bohaterska razem z Calebem udaje się na przyjęcie w celu przejęcia Liama spotyka tam Stubbsa i Bernarda, którzy chcą ją powstrzymać. Niestety jeśli spodziewaliście się jakiejś większej interakcji pomiędzy Dolores i Bernardem, to muszę Was zmartwić. To chyba jeszcze nie czas. Za to sekwencja walki pomiędzy kobietą i Stubbsem wyszła naprawdę bardzo dobrze, choć główną zasługę przypisuję świetnie dobranej muzyce. W tym odcinku sporo jest też Maeve. Wygląda na to, że twórcy porzucili już konwencję dzielenia epizodów pomiędzy poszczególnych bohaterów jak było do tej pory i w końcu mamy ich wszystkich w jednym odcinku. Wyznacza to drogę, którą dalsza część sezonu będzie zmierzała do finału. Spodziewam się w nim bezpośredniej konfrontacji. Maeve podążając śladem Dolores dociera do Yakuzy, której szef pomagał jej zrealizować część planu. Jest nim znany z poprzedniej odsłony Musashi (odpowiednik Hectora w parku Shogun World). Wydaje się, że jest on jednym z hostów, które Dolores zabrała do realnego świata.

Dla przypomnienia, Dolores zabrała z parku pięć pereł. Jedna należała do Bernarda, pozostałe cztery nie wiadomo do kogo. Znajdują się one w Charlotte Hale, Musashim i Martin, szef ochrony Liama. Nadal nie wiemy w jakim ciele znajduje się ostatnia.

Choć Serac trochę przyhamował Maeve, która do tej pory myślała, że jest niepokonana, to i tak bohaterka nadal ma w sobie tę zadziorność. Za to pokochaliśmy ją od samego początku. W tym odcinku znowu dane jest jej pokazać co potrafi. Bohaterka wykorzystuje nie tylko swoje fantastyczne umiejętności do walki wręcz, ale również do hakowania. Dzięki temu dostajemy naprawdę dobre sceny akcji, zwłaszcza tę w siedzibie Yakuzy. Potem dostajemy jej spotkanie z Musashim. To doprowadza nas do największego twistu tego sezonu. A przynajmniej największego dotychczas, bo można się spodziewać, że twórcy będą chcieli nas czymś jeszcze zaskoczyć. Dostajemy zestawienie scen, w których spotykają się różni bohaterowie. Bernard i Martin („nie poznajesz swojej jedynej przyjaciółki?”) , William i Charlotte („jestem twoją najstarszą przyjaciółką”),, a także Maeve i Musashi („jeśli coś ma być dobrze zrobione, załatw to sam”). Do kogo należą perły zabrane przez Dolores z parku? Cóż, zależą do…. Dolores. Bohaterka zrobiła swoje kopie, by nie musieć polegać na innych. W końcu wychodzi praktycznie na to samo, czy kontroluje samą siebie, czy innych hostów takich jak Teddy czy Clementine. Na sobie może polegać znając swoje możliwości. Nie jest to twist, którego nie można było przewidzieć. Wydaje mi się, że właśnie dlatego został on ujawniony tak szybko, a nie jak w poprzednich odsłonach dopiero na koniec. Spodziewam się, że inne wersje Dolores ze względu na środowiska, w których przebywają i umiejętności bohaterki jeszcze mogą zbuntować się przeciwko oryginałowi. Najmocniejszą stroną 4. odcinka jest dla mnie wątek Williama, nie tylko ze względu na fantastycznego Eda Harrisa, ale również na zagranie Dolores-Charlotte, która zmanipulowała Williama do tego stopnia, że doprowadziła go szpitala psychiatrycznego. Dzięki temu zyskała większość władzy w Delos. Doszliśmy do momentu, w którym zastanawiamy się, kto w serialu jest hostem, a kto prawdziwym człowiekiem. Kto tak naprawdę jest złoczyńcą? Serac? Dolores? William? Ta niejednoznaczność najbardziej widoczna jest właśnie w tym sezonie. Kibicujemy hostom, ale czy one są tą dobrą stroną?

CZYTAJ TEŻ: Czy nadal jest się czym ekscytować? Recenzja serialu Dom z papieru – sezon 4

Epizod kończy się tak jak zaczynał, na Williamie, który teraz siedzi w zakładzie zamkniętym i ma kolejne urojenia. Tym razem widzi Dolores w niebieskiej sukience, taką, jaką poznaliśmy na początku Westworld. Zadaje jej nurtujące go od dawna pytanie, czy nadal jest sobą. W odpowiedzi słyszy: witaj w rozgrywce finałowej. Skierowane jest to zarówno do niego, jak i do nas. Za nami połowa sezonu, a kolejne cztery odcinki pokażą na co stać bohaterów serialu. Liczę, że kopie Dolores to nie jedyne zaskoczenie, jakie przygotowali dla nas twórcy. Zgodnie z obietnicą nie mieszają już z liniami czasowymi, ale nie porzucili komplikacji, z których Westworld znany był od samego początku.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News