Wydany pierwszy raz w 1994 roku Hellboy podbił serca komiksowych czytelników. Od dwóch dekad jest uznawany za jeden z bardziej przełomowych komiksów, któremu udało się zapisać w kanonie kultury wizualnej. Tym bardziej powinna cieszyć informacja o nowym, odświeżonym wydaniu zbiorczym.

Sformułowania pełne pompy, nacechowane emocjami godnymi geeka odsuńmy na bok, by skupić się na konkretach. Od już kilku lat polski czytelnik komiksu żyje w prawdziwym eldorado. Ilość pozycji wydawanych na naszym rynku dosłownie przytłacza. Prym w tej wydawniczej gonitwie wiedzie niezmiennie Egmont, ze względu na swoje moce przerobowe i możliwości pozyskiwania nowych licencji. Niemniej włodarze warszawskiego wydawnictwa byle czego nie wypuszczają do księgarń, starając się trzymać należyty poziom oferty.

Jednak ilość tytułów, a rozmiar nakładu to dwie różne rzeczy. Nasz rynek nie jest aż tak wielki, dlatego większość tomów ukazuje się w dość ograniczonej liczbie, co wiedzie nieuchronnie do szybkiego wyczerpywania zapasów. Za przykład niech posłuży Hellboy, ponieważ wydany w 2012 roku tom Nasienie zniszczenia dziś można uznać za kolekcjonerski rarytas. Czując potrzeby czytelników i wiedząc, że inwestycja na pewno się opłaci, Egmont postanowił ponownie wydać piekielnego chłopca w formie zbiorczej. Dzięki temu do księgarń trafił komiks Hellboy, tom 1 – Nasienie zniszczenia. Obudzić diabła.

Grubo ponad ćwierć wieku temu Mike Mignola, znany głównie jako rysownik komiksów, wpadł na pomysł dość nietuzinkowy. Niestety na pisaniu scenariuszy znał się jednak jak ja na malezyjskiej gospodarce – słowem nie czół specjalnie tematu. Dlatego poprosił o pomoc Johna Byrne’a, mającego w kwestii scenariuszy niemałe doświadczenie. Potem Mignola przezwyciężył swoje lęki i Obudzić diabła postanowił rozpisać samodzielne. Widać chłop cierpi na niską samoocenę, bo ostateczny efekt przemawia do czytelników w sposób bardziej niż satysfakcjonujący.

Nie chcę wdawać się w niuanse fabularne, ale dam Wam pewien zarys, by pokazać co skroił Mike Mignola. Mamy rok 1944 i nazistowskie Niemcy dostają łupnia na wszystkich frontach. Losy wojny są praktycznie przesądzone, ale architekt zniszczenia w osobie samego głównego wodza wydaje rozkaz znalezienia rozwiązania na nieuchronnie zbliżającą się klęskę. W ten sposób niemieccy okultyści sprowadzają do naszego świata tytułowego Hellboya – demona z innego wymiaru. Ten jednak trafia przypadkiem w ręce aliantów, by pod okiem Trevora Bruttenholma dorastać i stać się po latach pełnoprawnym członkiem BBPO, czyli Biura Badań Paranormalnych i Obrony.

Hellboy, jak przystało na istotę z innego wymiaru, przypomina diabła wcielonego. Ponad dwa metry wzrostu, czerwona skóra, ogon i rogi na czole są tego raczej niezbitym dowodem. Wykonywanie zadań dla BBPO pozwala naszemu piekielnemu bohaterowi na prowadzenie własnego śledztwa, mającego przybliżyć go do prawdy o jego pochodzeniu i roli jaką ma odegrać. Kryje się za tym szersza intryga, knuta przez pewnego obłąkanego Rosjanina, ale resztę pozostawiam do przeczytania w komiksie.

Mike Mignola, trzeba przyznać, wpadł na nietuzinkowy pomysł. Demon z innego wymiaru o nieprzeciętnym, wręcz uszczypliwym poczuciu humoru zajmuje się badaniem zjawisk paranormalnych w strukturach agentury strzegącej bezpieczeństwa – czy można zafundować coś bardziej pokręconego? Pierwsza opowieść traktuje o początkach Hellboy’a, zaś część druga przybliża starcie z wampirem Giurescu. Tym samym widać, że autorzy nie bali się eksperymentować czerpiąc z wierzeń i mitów z różnych stron świata. Hellboy’a utrzymano w klimatach horroru, podszytego ogromną ilością okultyzmu i doprawiono lovecraftowskim sosem.

Brzmi dość abstrakcyjnie, ale scenarzyści zdołali tą popkulturową bombę utrzymać w ryzach, fundując spójną narrację. Dopełnieniem całości lektury jest oczywiście warstwa wizualna. Mike Mignola zdecydował się obrać drogę minimalizmu i umowności z zachowaniem mrocznej kolorystyki, co biorąc pod uwagę naturę komiksu specjalnie dziwić nie powinno. Przyzwyczajonych czytelników do klasyki Marvela lub DC Hellboy z pewnością na początku odrzuci – to prawie pewne jak w banku. Warto jednak się przemóc, ponieważ wizualnie i fabularnie to zupełnie inny kaliber niż wszędobylscy trykociarze.

Na uwagę zasługuje jeszcze format wydania zbiorczego. 288 stron zamknięto w eleganckiej twardej okładce, zaś wewnątrz znajdziemy kredowy papier i należytą jakość druku. Do tego mamy komentarze na temat kolejnych rozdziałów i obszerny szkicownik prac koncepcyjnych. Do pełni szczęści brakuje jeszcze obwoluty, ale wszystkiego mieć nie można. Tom zbiorczy Egmont wycenił na przystępną cenę, dlatego nadarza się dobra okazja by rozbudować lub uzupełnić swoją kolekcję na półce o coś całkiem nietuzinkowego.

Za udostępnienie komiksu dziękujemy wydawnictwu Egmont

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!