Telefon rozleniwia. Zbyt łatwo ulegamy iluzji, że jest niezawodny. Zbyt chętnie powierzamy mu największe sekrety. Ocknąłeś się? Pewnie jest już za późno.

Telefon, Internet, elektroniczna bankowość, eBilety, kody QR, Blik, komunikatory i sieci społecznościowe. Staliśmy się kulturą cyfrowych bytów. Przestaliśmy dzwonić – wolimy napisać wiadomość na grupie, czacie. Przestaliśmy drukować – pokażemy konduktorowi czy kasjerowi kod na ekranie. Na oferty no-limit operatorów zaczęliśmy patrzeć wyłącznie pod kątem wielkości pakietu danych i cyfrowych bajerów. Darmowy Netflix? Bardzo proszę. Wszystko dzieje się teraz online, szybciej, lepiej, w wolnej chwili i bez zbędnej atencji. Telefon stał się piątą kończyną, a chmura obliczeniowa dodatkowymi zasobami umysłu.

Pomijam fakt jak bardzo zagubieni jesteśmy, gdy przychodzi nam chwilę funkcjonować bez telefonu. Są to z reguły sytuacje, na które zdążyliśmy się przygotować. Prawdziwe dramaty dzieją się, gdy niczego się nie spodziewamy.

Czytaj też: Jaki telefon kupić? 10 rzeczy, które musisz wiedzieć

Telefoniczni jeźdźcy apokalipsy

Gdybym był przesądny, mógłbym uznać ostatnie psikusy używanych przeze mnie telefonów jako fatum. Podczas dużych zakupów niespodziewanie posłuszeństwa odmówiły płatności zbliżeniowe Google Pay w głównym telefonie. Usługa Google’a do tej pory mnie nie zawiodła, więc szybko przestałem nosić portfel. Dramatu jednak nie było. Wyciągnąłem z kieszeni drugi telefon, na którym płatność zadziałała.

Przygotowywałem się jednak do ważnego wyjazdu, więc w domu przejrzałem wszystkie ustawienia w zarówno w aplikacji Google’a, jak i w aplikacji banku. Wszystko było OK, na wszelki wypadek postanowiłem usunąć karty i dodać je na nowo. Proces przeszedł bez problemów.

Jeśli coś może się zepsuć, to z pewnością się popsuje – prawo Murphy’ego

We wtorek ruszyłem z mojego malowniczego Zamościa w kierunku Warszawy. „Śródlądowanie” w Lublinie, szybkie zakupy w Żabce i nagle okazuje się, że żaden z telefonów nie jest wykrywany przez terminal. Nic to jednak, wyjazd szykował się kilkudniowy, więc wygrzebałem z torby asekuracyjną kartę Revoluta. Udało się ominąć niedogodność bez wstydu.

Nie tknęło mnie wtedy, że to może być dopiero początek kłopotów.

Siódma rano to dla mnie noc, pracować nie chciałem, włóczyłem się…

Powyższe słowa piosenki w znacznej mierze odzwierciedlały sielską atmosferę towarzyszącą polskiej premierze YouTube Music. Z tyłu głowy ciągle miałem jednak myśl o zbiórce na lotnisku o 5:30 rano. Przed krótkim snem zerknąłem na długą listę budzików w telefonie. Przyzwyczajony do trybu drzemki, bez 5-6 budzików nie kładę się spać przed ważnymi wydarzeniami. To nic, że budzi mnie zwykle pierwszy, lepiej dmuchać na zimne.

Czytaj też: Test Huawei P30 lite – Mistrz fotografii w wersji lite

Budzik w telefonie

Nie zadzwonił żaden

Telefon z około 40% naładowania akumulatora postanowił pod osłoną nocy rozładować się. Może to pracujący w tle YouTube (nowość w Polsce), może jedna z testowanych na potrzeby rankingów aplikacji, a może niestabilność systemu – w to ostatnie akurat wątpię. Mógł to być też włączony na sen Netflix, choć to bardziej mój domowy, telewizyjny zwyczaj niż wyjazdowy i nie przypominam sobie takiej „dobranocki”.

Nie zadziałał ani budzik, ani połączenia przychodzące. Po pobudce o 7 rano, zamiast zagranicznej przygody spotkał mnie wstyd.

Zawiódł telefon, ale tak naprawdę zawiodłem ja

Oczywiście, że mogłem podłączyć telefon do ładowarki czy powerbanka. Pewnie można było też odpuścić event poprzedzający wylot i własnymi siłami spróbować wstać na czas (chociaż Google’owi raczej się nie odmawia). Za bardzo zaufałem jednak technologii. Dotychczasowa niezawodność sprzętu doprowadziła do bezmyślnej brawury. Ustawiłem budzik tylko na jednym telefonie, pomimo że na potrzeby porównań spakowałem do torby aż 4 modele. Jedyna dobra wiadomość to ta, że mimo wszystko na evencie pojawi się wysłannik WhatNext. Natomiast kwestią honoru jest teraz dla mnie, by była to pierwsza i ostatnia taka sytuacja.

Mogło być dużo gorzej

Gdy o zaufaniu do telefonu mowa, od razu przypomina mi się sytuacja sprzed 2 lat. W styczniu 2017 roku znalazłem podczas spaceru praktycznie nowy telefon ZTE Axon Elite (bez karty SIM). Jego właściciel zaufał nowoczesnym technologiom oferowanym przez urządzenie, a szczególnie czytnikowi linii papilarnych i czytnikowi tęczówki oka. Chcąc szybko oddać telefon właścicielowi… w kilka chwil dostałem się do pamięci zabezpieczonego urządzenia w poszukiwaniu danych kontaktowych.

ZTE Axon Elite

Jednak to nie prostota odblokowania telefonu była uderzająca. W pamięci telefonu znalazłem niewielki plik tekstowy, a w nim m.in. dane do logowania w 2 bankach. Jeśli smartfon trafiłby w ręce złodzieja, ten ogołociłby zawartość rachunków pechowego właściciela telefonu. Dane zawarte w pliku z umową kredytową pozwoliły mi szybko oddać zgubę.

Czytaj też: Flagowce na 2019 rok? Nie spodziewam się niczego, co zmusiłoby mnie do zmiany telefonu

Czas na weryfikację telefonicznych przyzwyczajeń

Mały budzik podróżny do walizki, ponownie papierowe bilety, obowiązkowo fizyczne karty płatnicze i trochę wypłaconej gotówki, a do tego szyfrowanie pamięci telefonu do zastosowania na już. Oczywiście nadal będę korzystał w podróży ze smartfonów, ale będą one od teraz bardziej backupem niż jedyną opcją. Zrobiło się zbyt wygodnie i nie trzeba wiele, by boleśnie przekonać się, że od tej wygody jesteśmy przesadnie uzależnieni.

Zasada ograniczonego zaufania przydać może się nie tylko na drodze. Pierwsze sygnały, że coś działa nie tak powinny być dla nas ostrzeżeniem, że już za chwilę, w najmniej oczekiwanym momencie, może dojść do katastrofy. Z drugiej strony… niniejszy tekst napisałem na telefonie.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!