WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Technowinki

Test bezprzewodowego pada Trust Muta

Każdy kto choć raz pokusił się, żeby zaoszczędzić na kontrolerze, doskonale wie, jak łatwo natknąć się na minę. Czasem po prostu warto dopłacić, żeby wziąć coś ze średniej półki, do której należy m.in. bezprzewodowy kontroler Trust GXT 1230 Muta. 

Pudełko i dołączone wyposażenie 

Kontroler Muta wita się z nami w tradycyjny dla marki Trust sposób, a mowa tutaj tylko i wyłącznie o charakterystycznym pudełku, w środku którego znajdziemy opakowanego w plastikowe, przezroczyste etui pada z dwoma wymiennymi nakładkami, 150-centymetrowego przewodu USB-C do ładowania, odbiornika USB-A, naklejki oraz wyjątkowo ważnej instrukcji obsługi.

Materiały, design i wykonanie 

Trust Muta pod kątem bryły przypomina bardziej pada Microsoftu do Xboxa, niż pada od Sony, co powinno się spodobać zwłaszcza posiadaczom nieco większych dłoni. Układ przycisków jest jednak charakterystyczny dla Dualschocków przez umiejscowienie dwóch gałek. 

Ten bezprzewodowy pad sprowadza się do rozmiarów 165 x 115 x 60 mm (długość, wysokość, szerokość) i wagi rzędu 225 gramów, która przypada w znacznym stopniu na „widełki” lądujące we wnętrzu naszej dłoni. Na spodzie pada nie znajdziemy nic ciekawego oprócz szeregu otworów na śrubki, a jako że całość wykonano z matowego tworzywa sztucznego, miłym dodatkiem są gumowe wstawki z wyczuwalną fakturą na bokach. Te znacznie uprzyjemniają korzystanie z tego modelu.

Na zewnętrznej krawędzi Muta trafiły z kolei dwa tradycyjne zestawy triggerów, między którymi znalazł się port USB-C. Zestaw na wierzchu, to również tradycja, jako że do dyspozycji mamy (od prawej) cztery przyciski, dwie gałki oddzielone czterema diodami oraz 8-kierunkowy D-Pad, którego możemy wymienić na dwie dołączone nakładki (wedle gustu). Trust Muta uzupełnia pięć przycisków na samym środku (home, start, back i dwa dodatkowe).

Warto zaznaczyć, że ten kontroler nie posiada wyjścia słuchawkowego, nie ma wbudowanego mikrofonu, nie wspiera go żadne oprogramowanie… ale ma wbudowane wibracje i baterię, która wytrzymuje do 10 godzin po pełnym naładowaniu już po dwóch godzinach. Tryb bezprzewodowy jest kompatybilny z komputerami osobistymi za pośrednictwem dołączonego odbiornika USB, a wbudowany moduł Bluetooth umożliwia łączność z konsolą Nintendo Switch. W celu połączenia warto rzucić okiem na dołączoną instrukcję.

Finalnie o padzie Trust Muta trudno powiedzieć coś złego pod kątem wykonania i działania, jak na coś w cenie 100-120 złotych. Zwłaszcza że to bezprzewodowy model. Czuć oczywiście, że nie jest to jakość dedykowanych padów do konsol wiodącej generacji, ale niektórzy wcale nie potrzebują więcej. Mogę Was zmartwić tylko jednym – dolne triggery zamiast oferować pewną drogę pracy, działają zero-jedynkowo, czyli jak zwyczajne przyciski.

Wrażenia z gry na Trust Muta

Chociaż nikt nigdy nie przekona mnie do wymiany myszki i klawiatury na rzecz kontrolera w strzelankach, nie wyobrażam sobie gry bez pada w bijatyki. Tam Muta sprawdzała się świetnie, a w ramach testu tego, jak szybko gałki reagują na ruch, odpaliłem Borderlandsa 2, aby upewnić się, że w FPSy na padzie nigdy nie będę dobry. Test ten wykazał jednak najważniejsze – gałki zaczynają działać dopiero jakiś milimetr, dwa od wychylenia, ale umożliwiają nawet zabójczo powolny obrót kamery.

Muta na jednym ładowaniu zdecydowanie wytrzymywał u mnie około dziesięciu godzin, a na dodatek grało się na nim wygodnie. Odniosłem też podczas zabawy wrażenie, że nawet u tych mniej spokojnych graczy, wytrzymałby dobrych kilkanaście mocnych uderzeń w przypływie negatywnych emocji. 

Podsumowanie Trust Muta

Na rynku można dorwać kontrolery wątpliwej jakości już za nawet 20 złotych, ale mowa tutaj tylko o wydaniach przewodowych. Te bezprzewodowe zaczynają się od ponad 40 złotych i uwierzcie mi na słowo – gra na nich, to katorga. Nieco lepiej jest już w pułapie cenowym od 80 do 100 złotych i tam właśnie możemy dorwać pada Trust Muta, który z pewnością Was nie zawiedzie. 

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News