WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Testy

Pierwszy raz HyperX, czyli test Pulsefire Dart

HyperX wpadł po raz pierwszy na rynek bezprzewodowych myszek gamingowych i zrobił to naprawdę z przytupem… a dokładniej mówiąc modelem Pulsefire Dart. 

Pudełko i dołączone wyposażenie

Jeśli jesteście zaznajomieni ze sprzętami HyperX, to z pewnością samo pudełko nie zaskoczy Was niczym szczególnym. Na pierwszy rzut oka w ogóle nie czuć, że producent zrobił ten wielki krok na rynku. W tradycyjnym kartonie znajdziemy więc samą mysz, od groma papierków, niewielki odbiornik Bluetooth na USB, 180-centymetrowy przewód oraz niewielki moduł przedłużania zasięgu

Najważniejsze cechy Pulsefire Dart

  • Sensor optyczny PMW3389
  • Czułość na 5 poziomach od 200 do 16000 DPI (przeskoki co 50 jednostek)
  • Waga: 110 gramów
  • Wymiary: 124,8 x 73,9 x 43,6 mm
  • Materiał: matowe tworzywo sztuczne
  • Przełączniki główne: Omron o wytrzymałości 20 milionów kliknięć
  • Liczba przycisków: 5 + rolka
  • Interfejs: USB lub Bluetooth 2,4 GHz
  • Odświeżanie USB: 125, 250, 500 i 1000 Hz
  • Podświetlenie: rolka i logo na grzbiecie
  • Dedykowane oprogramowanie HyperX NGenuity
  • Gwarancja: 2 lata
  • Cena producenta: 119,99 euro

Design, materiały i wykonanie Pulsefire Dart

W przypadku myszek naprawdę trudno mnie już zaskoczyć… a jednak HyperX tego dokonał i wcale nie mówię tutaj o możliwości bezprzewodowego ładowania za pomocą nieobecnej w zestawie ładowarki ChargePlay Base Qi. Tę oczywiście znajdziemy w ofercie producenta i naprawdę podoba mi się, jak ten próbuje połączyć swoją ofertę. Biznes to biznes, a dla fanów marki okazja wręcz idealna, żeby do kolekcji zawitało kolejne logo HyperX.

Jednak wróćmy do samego dania głównego w kwestii zaskoczeń – paneli bocznych. Te uzupełnia nie jakaś tam guma, czy zwyczajny plastikowy wzorek, a świetnej jakości pianka obita w materiałową siateczkę z charakterystycznym wzorem. Jeśli myślicie, że łatwo ją zniszczyć, to nic bardziej mylnego. Ten element przeszedł bez szwanku częste i mocne drapanie, z czego wyszedł bez szkody… ale ujawnił swoją achillesową piętę. Jeśli bowiem naciśniemy prawy panel zbyt mocno, to aktywujemy jeden z przycisków bocznych. Tyle z minusów.

Pulsefire Dart pod kątem wykonania i bryły tradycyjnie zachwyca jakością. Chociaż to tylko matowe tworzywo sztuczne i typowy profil z myślą o praworęcznych użytkownikach, to HyperX udało się utrzymać ją w stonowanym, ale dosyć gamingowym charakterze. Całościowo jest i sprawia wrażenie wytrzymałej i ma rzecz jasna typowe dla bezprzewodowych myszek cechy. Mowa jednak tylko o dwóch szczegółach – odpinanym przewodzie ładującym, na którym możemy również grać w trybie przewodowym oraz przełączniku on/off na spodzie myszki, gdzie znalazły się też trzy ślizgacze. 

Jak wspominałem, zestaw Pulsefire Dart uzupełnia mały odbiornik zasięgu z antypoślizgową podstawą oraz dwoma portami – do jednego podpinamy przewód, a do drugiego główny odbiornik USB, jeśli mamy problem z sygnałem. Osobiście uważam jednak, że mija się to z celem, bo bezprzewodowy sygnał musi nie tylko pokonać eter, ale też sam przewód, nim trafi do komputera. Fajnie jednak, że HyperX i taką ewentualność przewidziało, jak zresztą umożliwiło granie w trybie przewodowym, podczas którego mysz oczywiście się ładuje. 

Jak ergonomiczna jest Pulsefire Dart?

Tak naprawdę trudno określić model Pulsefire Dart czymś ergonomicznym, kiedy przesiada się z kolosów pokroju MX Master 3 i czuje to w każdym najmniejszym palcu… a przynajmniej czułem przez pierwsze kilka godzin. Tradycyjnie jednak przyzwyczajamy się szybko do nowych kształtów, a ten, który oferuje nam HyperX jest zdecydowanie przyjazny praworęcznym, którzy miłują asymetryczne konstrukcje i zwłaszcza chwyt typu palm grip z ustawieniem 1+2+2. 

Z Darta korzysta się naprawdę przyjemnie i mam przez to na myśli zwłaszcza wspomniane wyżej panele boczne, w których chyba się zakochałem. Jednak to nie wszystko, bo brak przewodu, stosunkowo niska masa i fenomenalne, delikatnie zaokrąglone ślizgacze sprawiają, że ten model sunie po podkładach materiałowych, jak marzenie. Największy problem sprowadza się tutaj do samego wyważenia, bo tył myszki ewidentnie jest cięższy, ale gdzieś ten akumulator trzeba było zmieścić…

Wytrzymałość na jednym ładowaniu

… a jak już przy akumulatorze/baterii jesteśmy, to rozwiążmy od razu kwestię jej wytrzymałości. Według HyperX ta powinna wytrzymać na jednym ładowaniu do 90 godzin bez i do 50 godzin z podstawowym podświetleniem. Osobiście korzystałem z niej różnie – raz głównie pisząc (niewykorzystując myszki) i raz miotając ją na lewo i prawo podczas gier. Podświetlenie również zostawiłem włączone, ale tylko przez problem, jaki napotkałem z oprogramowaniem. O tym jednak za chwilę. 

Wynik? Zdecydowanie zadowalający, ponieważ w takim mieszanym cyklu z dbaniem o regularne wyłączanie myszki dobiłem około 45 godzin. 

Test przycisków

Zaczynając od największego rozczarowania… rolka. Kompletnie spartaczona, jak na sprzęt z tej półki, co przejawia się nieprzyjemnym “gibaniem” na boki i to nawet podczas bardziej zamaszystego ruchu, któremu towarzyszy dźwięk rodem z taniej chińszczyzny. Sama w sobie działa jednak dobrze, operując na wyczuwalnych przeskokach, ale zamiast miękko i przyjemnie “klikać”, jej praca sprowadza się do chrobotania. Tutaj HyperX po prostu dał ciała. 

Jednak na szczęście ten sam problem nie dotknął głównych przycisków, których działanie jest nienaganne. Nazwanie ich responsywnymi oraz przyjemnymi w klikaniu z twardym, choć niezbyt głośnym działaniem jest jak najbardziej na miejscu. Podobnie sprawa ma się z odpowiednio wielkimi przyciskami bocznymi, których aktywacja równa się z dobrze wyważoną drogą pracy oraz samym charakterem działania.

Oprogramowanie

Ponownie zacznijmy od minusu, bo jakkolwiek się starałem, to nie byłem w stanie dojrzeć w dostępnej do pobrania aplikacji NGenuity opcji zapisu ustawień do pamięci myszy. W teorii coś tam z bazowymi profilami znajdziemy, a sam producent podkreśla, że mysz ma pamięć na jeden zestaw własnych ustawień, ale ja tej opcji nie znalazłem. Albo jest więc ukryta w najciemniejszych zakamarkach, albo po prostu jej nie ma, ale oprogramowanie jest w stanie beta, więc mogę przymknąć na to oko… jak zresztą na niedopracowane spolszczenie.

Aplikacja sama w sobie jest typowym HUBem nowych sprzętów HyperX. W przypadku myszki dzieli się na trzy główne zakładki – podświetlenia, przypisania klawiszy oraz ustawień czujnika. W pierwszym wypadku dostajemy w ręce trzy tryby z możliwością dobrania koloru, w drugim oknie możemy podmienić funkcje przycisków i nagrać proste makra (nie ma m.in. opcji ustawienia odstępu czasowego pomiędzy klawiszami), a w trzeciej dobrać czułość myszy do pięciu profili. 

Nieco wyżej znalazły się z kolei cztery przyciski, które pozwalają nam podejrzeć poziom naładowania myszki, ustawienie jasności, częstotliwości odświeżania oraz podejrzenia haniebnego zestawu profili.

Podświetlenie

Podświetlenie w Pulsefire Dart jest (nie)stety marginalne i sprowadza się do podświetlenia pod scrollem i loga na grzbiecie. Samo w sobie jest jasne, dobrze odwzorowuje poszczególne barwy RGB i tak naprawdę mam tylko zarzut do jasnych kolorów. Przy ich ustawieniu z łatwością dojrzymy, że podświetlenie rolki jest jaśniejsze od tego na grzbiecie. 

Pod kątem ustawień również nie jest najlepiej, bo do dyspozycji mamy tylko tryb stały, oddychania i cyklicznych zmian. Szczerze? W ramach oszczędzania baterii sugeruje jego wyłączenie. 

Precyzja Pulsefire Dart

W tym modelu znajdziemy topowy sensor na rynku, jakim jest model PMW3389. Normalnie więc w 99% dostajemy z racji tego tytułu fenomenalny feeling i precyzję, ale przecież mamy do czynienia z myszką bezprzewodową bez jakiejkolwiek fenomenalnej technologii połączeniowej, a zwyczajnym Bluetooth 2,4 GHz.

Szczerze? Trudno to wyczuć organoleptycznie w grach i programach, choć testowe aplikacje wskazują jasno, że myszka nie trzyma stabilnego odświeżania, cechuje ją niewielki smoothing (moim zdaniem niewyczuwalny), a precyzja waha się zarówno przy powolnych, jak i dynamicznych ruchach. W kwestii najważniejszej, a więc interpolacji oraz szumów wysokiej częstotliwości jest już lepiej, bo te dają się poznać w okolicy 6000 DPI, choć osobiście nie zalecam przekraczania 3600 DPI.

Pozostałe aspekty sensora są już jednoznacznie pozytywne i mowa o braku wyczuwalnej predykcji, szumach niskiej częstotliwości (tak zwanego “falowania kursora”) oraz parametrze LOD na poziomie około 2 milimetrów. Do najniższych nie należy, ale po podniesieniu z biurka myszki, celownik/kursor wcale nie wariuje i to jest najważniejsze. 

Oceniamy HyperX Pulsefire Dart

Jak to zwykle bywa – za bezprzewodowość się płaci. Sporo, bo sporo, ale czy powstrzyma to kogoś, kto za wszelką cenę chce uwolnić się od przewodu? HyperX Pulsefire Dart Jest obecnie do kupienia za 400 złotych, a jako że jest nowinką na rynku, to zapewne spadnie za kilka tygodni do 350 złotych. Sama w sobie jest myszką świetną, bardzo dobrze wykonaną i działającą, choć prawdziwym cierniem u jej boku jest sama rolka, którą HyperX po prostu musi poprawić. Ogólnie jednak trzyma poziom dawnych sprzętów tego producenta, dlatego nie sposób jej nie polecić: