Iluż to już producentów próbowało stworzyć tę idealną mysz dla każdego gracza, projektując wręcz profesjonalne modele, o czym nie omieszkali wspominać przy każdej możliwej okazji? Wprawdzie takie zapewnienia nie tylko powinniśmy, a wręcz musimy przyjmować do siebie z przymrużeniem oka i tak też przyjrzyjmy się najnowszemu modelowi naszego zachodniego sąsiada, czyli Lioncasta, który uzupełnił niedawno swoją ofertę modelem LM60, stawiając go na swoim prywatnym piedestale najbardziej zaawansowanych konstrukcji i jednocześnie zrzucając LM50 (testowałem go o tutaj) na dalszy plan.

Pudełko i dołączone wyposażenie

Profesjonalna mysz stworzona dla profesjonalnych graczy od Lioncasta wyróżnia się na tle swoich braci nawet pudełkiem. Nadal minimalistyczne, nadal w połączeniu bieli, czerwieni i czerni, ale już nie jedno-, a dwuczęściowe, skrywające w dodatkowym kartonie zachęcającym nas hasłem „Bądź częścią gry” zabezpieczoną w solidnej piance mysz i ulotkę, informująca nas o tym, skąd możemy pobrać oprogramowanie.

Najważniejsze cechy

  • Sensor optyczny: PMW3389
  • Czułość na 3 poziomach od 50 do 16000 DPI (przeskoki co 50 jednostek)
  • Waga: 105 gramów
  • Wymiary: 12,5 x 6,8 x 3,9 cm
  • Materiał: matowe tworzywo sztuczne + gumowe wstawki
  • Przełączniki główne: Omron o wytrzymałości 50 milionów kliknięć
  • Liczba przycisków: 7 przycisków
  • Interfejs: 200-centymetrowy przewód USB w materiałowym oplocie
  • Odświeżanie USB: 125, 250, 500 i 1000 Hz
  • Podświetlenie: RGB w pięciu strefach
  • Dedykowane oprogramowanie
  • Gwarancja: 2 lata
  • Cena producenta: 279 zł

Design, materiały i wykonanie

W ciągu mojej testowej przygody zauważyłem, że im bardziej profesjonalna pod kątem grania mysz, tym jest prostsza i mniej skomplikowana. Coś w tym ewidentnie musi być (nie trzymam Was w niepewności – wyższa precyzja ruchu, z reguły wygodniejszy kształt), co jednak pozostaje dla producentów sprzętu niższej klasy czymś kompletnie niezrozumiałym. Czy widzieliście bowiem to, co niektórzy robią z myszkami, aby zareklamować je jako te jedyne do gamingu? Okropne wręcz kształty, ostre krawędzie, równie bezużyteczne, co śmiesznie wyglądające dodatki – sporo tego. Na szczęście żadne z tych kiczowatych podejść nie udzieliło się Lioncastowi przy projektowaniu modelu LM60.

Ten jest przedstawicielem „tradycyjnej szkoły myszek”, co widać w wyprofilowanym specjalnie dla praworęcznych osób kształcie, obłym, a zarazem smukłym kształcie i prostotą, którą przełamano całkiem rozbudowanym systemem podświetlenia. LM60 składa się tak naprawdę z czterech elementów – grzbietu połączonego z dwoma skrzydełkami przycisków głównych, dwóch paneli bocznych i zwyczajnej podstawy. Wszechobecny jest plastik, ale w przypadku pierwszych trzech elementów jest zdecydowanie takim, którego nie możemy określić mianem chińskiego. Jego przyjemna matowa powierzchnia w głębokiej czerni zapewnia dobry chwyt, który dodatkowo poprawiają dwie niewielkie gumowe wstawki po bokach.

Podczas gdy ten prawy nie ukrywa niczego szczególnego, na prawym znalazły się zarówno trzy przyciski, jak i trzy diody, informujące nas o aktualnie wybranym poziomie czułości. Trzy boczne przyciski i jeden funkcyjny zaraz nad rolką, zostały wykrojone z tego samego materiału, co podstawa myszy – nieco chropowatego, ale nadal całkiem przyjemnego.

Podstawa skrywa sam sensor w centrum myszy oraz trzy ślizgacze. Jeden z nich obejmuje całą szerokość myszy na przodzie, a dwa nieco mniejsze dbają o wysoką płynność ślizgu. Szkoda, że ich krawędzie nie zostały delikatnie zaokrąglone, ale nie mogę na nie specjalnie narzekać, bo sprawują się świetnie. Całość dopełnia 200-centymetrowy przewód USB w giętkim, cienkim przewodzie w nylonowym oplocie, który „wychodzi” z myszy pod niewielkim kątem. To z kolei przeciwdziała delikatnemu szuraniu kabla, choć i tak zalecam korzystanie z mouse bungee.

Ergonomiczność

Asymetryczna bryła, obły kształt, niewielka waga i dobrej jakości ślizgacze – takie połączenie sprawiło, że przejście z mojej prywatnej M1 Xtrfy na LM60 nie stanowiło dla mnie najmniejszego problemu. Dodajmy do tego rozsądnie rozmieszczone przyciski boczne, poziom wysunięcia rolki i niewadzący przycisk nad nią i możemy śmiało pokusić się o stwierdzenie, że ten model jest cholernie wygodny i przewyższa nawet swojego poprzednika, oferując pożądaną przez wielu asymetryczność.

Test przycisków

Pod głównymi przyciskami, czyli lewym i prawym, producent umieścił przełączniki Omron, które wypadają świetnie. Są responsywne, działają praktycznie „zero-jedynkowo”, a mam przez to na myśli, że są osadzone na tyle dobrze, że nie występują przy nich żadne luzy. Są całkiem ciche, choć niepozbawione charakterystycznego kliku, będąc jednocześnie całkiem twardymi.

W kwestii pozostałych przycisków, czyli trzech bocznych i funkcyjnych, nie mam nic do zarzucenia, bo działają równie sprawnie, co te główne. Wysoka jakość udzieliła się też ogumowanej rolce, którą oparto o solidne łożysko z niewielkimi, choć wyczuwalnymi przeskokami przy scrollowaniu.

Oprogramowanie

Trudno nie nazwać go standardowym i najprostszym, ale przynajmniej oferuje to, co najważniejsze, czyli szereg ustawień powiązanych z sensorem. Prócz tych tradycyjnych zdecydowanie należy wyróżnić możliwość przypisania funkcji do każdego z siedmiu przycisków w połączeniu z klawiszem shift, dostosowania parametru LOD (niski, normalny, wysoki), czy aktywacji angle-snappingu, czyli wygładzania w pionie i poziomie. Należy jednak zaznaczyć, że Lioncast postawił na stosunkowo niewielki zakres poziomów DPI możliwych do zmienienia „w locie”. Udostępnił bowiem jedynie trzy. Resztę uzupełniają ustawienia podświetlenia oraz kreator makr.

Podświetlenie

Podczas projektowania podświetlenia w myszkach trudno znaleźć ten złoty środek, aby zapewnić jak najlepszy finalny efekt, ale jednocześnie nie zrobić z myszki oświetlonej masą światełek choinki. Do tego na szczęście nie doprowadził Lioncast, stawiając na pięć niezależnych stref (rolka, wskaźniki DPI na boku, logo na grzbiecie dwuczęściowe podświetlenie podstawy) rozświetlonych pełnym RGB.

W oprogramowaniu możemy dostosować kolor każdej z nich w trybie stałym, fali lub oddychania i wpłynąć na jasność, czy szybkość efektu. Predefiniowanym jest z kolei tryb spektrum barw, przechodzący regularnie z jednej na drugą.

Test sensora

LM60 napędza jeden z najlepszych obecnie sensorów optycznych na rynku, bo inaczej po prostu nie można określić modelu PMW3389. Najbardziej wyczuleni powinni pilnować się przed przekroczeniem poziomu 1800 DPI, ale nawet wymagający nie wyczują wtedy delikatnego smoothingu. Sam sensor już fabrycznie jest pozbawiony wszelkich wad, oferując możliwość dostosowania i tak niskiego parametru LOD, bezbłędny feeling, responsywność, wysoką prędkość maksymalną, z jaką może odczytać wszystkie „informacje”, czy brak akceleracji. Takie połączenie w grach dosłownie miażdży, choć nie mogę posunąć się do stwierdzenia, że różnice zauważą posiadacze PMW3360, PMW3330, czy nawet PMW3310.

Dla pewności sprawdziłem implementacje PMW3389 w LM60 w kilku programach, korzystając z angle-snappingu ustawionego na połowie (prócz testu na 16000 DPI), uzyskując wcześniej parametr LOD poniżej 1 mm:

Podsumowanie

Topowy sensor, świetne, ale jednocześnie proste wykonanie z użyciem materiałów z górnej półki w połączeniu z efektownym podświetleniem RGB. Nie mógłbym wręcz spać spokojnie, gdybym nie nagrodził myszki LM60 stosownymi odznakami – to po prostu klasyka w świetnym wydaniu, która może znaleźć się w Waszych rękach za 279 zł.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej