Razer od wielu lat wyznacza rynkowe trendy i standardy, chociaż nie brak mu potknięć jak chociażby linia telefonów komórkowych, z których – jak jaskółki donoszą – ten amerykański producent wycofuje się rakiem.

W pewnym obszarze jest jednak hegemonem i są to peryferia do komputerów. Klawiatury, myszki i słuchawki 1998 roku stanowiące trzon przedsiębiorstwa i najważniejszy jego dział. Nic dziwnego, że to tutaj idzie największy marketing i pieniądze co przekłada się również na rozpoznawanie marki. W słuchawkach i na klawiaturach oraz myszkach grają największe esportowe gwiazdy i są częstym widokiem wśród wszelkiej maści influencerów oraz youtuberów. Chociaż dotychczas wyznacznikiem była przede wszystkim (zaporowa) cena, ale także wyśmienita jakość oferowanych produktów. Ostatnimi czasy, Razer otwiera się na średnią półkę. A Razer Kraken Torunament Edition są jednym z nich. To tzw. „średnia” półka cenowa i ich cena waha się w okolicach 400 zł w polskich sklepach. Czy wraz z obniżką ceny obniżyła się też ich jakość?

Turniejowe Razery – to zobowiązuje

Jestem daleki od występowania w turniejach czy potyczkach esportowych. Lubię jednak od czasu do czasu wskoczyć do świata multi, by pograć z kimś żywym. Ostatnimi czasy królują tutaj przede wszystkim Battle Royale, które są odmieniane przez wszystkie przypadki (i przyprawiające już chyba graczy o mdłości). Ja zadekowałem się w Apexie i chociaż dostaje tam niezłe bęcki, to wytrzymuje tam przynajmniej dłużej niż w takim Call of Duty IV. W ogóle w strzelankach jakość dźwięku jest wyjątkowo ważna – zakradanie się po mapie i nasłuchiwania najróżniejszych szumów, które zdradziłyby potencjalnego wroga jest na wagę złota.

Razer Kraken TE pod tym względem naprawdę dają radę.  50-milimetrowe przetworniki reprodukujące częstotliwości w zakresie od 12 do 28000 Hz grają naprawdę zachwycająco dobrze. Wszystko jest wyraźnie słyszalne, czyste. Bas jest głęboki a tony wysokie nie są jakoś zaszumione. Słuchanie gier, muzyki a nawet oglądanie filmów w nich to czysta przyjemność. Duża zasługa tutaj w DACu wbudowanym w kontroler, który następnie wpina się w port USB. Na szczęście bez niego nie tracą za specjalnie na jakości, gdy podłączymy je np. do smartfona lub pada od konsoli. Jak zawsze wielkie brawa za aplikację towarzyszącą, która pozwala na znaczącą korekcję graficzną. Po odpowiednim skonfigurowaniu, dzięki technologii THX Spatial Audio, jakość na PC naprawdę jest przegenialna. Zastrzeżeń nie mam również do mikrofonu, który pracuje czysto i nie zniekształca głosu. Sam mikrofon, tradycyjnie jak na Razera, chowa się w muszli.

Na duży plus zasługują muszle słuchawek. Te są zwyczajnie wygodne i nawet po wielogodzinnym graniu nie powodowały u mnie wrażenia zgrzanych czy spoconych uszu. Zasługa to przede wszystkim tego, że środek wykonany został z tkaniny a same nauszniki z żelu chłodzącego. To proste rozwiązanie, ale działa zaskakująco dobrze!

Dwie łyżki dziegciu w tej beczce miodu

No niestety. Jako że to średnia półka na czymś trzeba zaoszczędzić. To widać już na etapie samego pudełka, które jest wykonane z cieńszej tektury a środek zamiast gąbki jest zwykłą plastikową wytłoczką. Nie ma co jednak rozpaczać nad opakowanie, bo to i tak zwykle ląduje zaraz w szafie. Efekt premium jednak pryska. Jak wspomniałem – muszle wykonane są w fajny i pomysłowy sposób. Co do ich jakości też nie mogę mieć zastrzeżeń. Kabel połączeniowy, jak i sam sterownik na USB również jest wykonany z satysfakcjonujących materiałów. Nie mogę jednak przełknąć wykonania pałąka trzymającego obie muszle. Z jednej strony wykonany został z aluminium co dobrze rokuje, jednak podszyty zwykłą siateczką i eko-skórką, która się już na starcie marszczy sprawia, że zaburza mi to jakość wykonania. Co gorsze, Razer trzyma się gorzej głowy niż konkurencyjny Lioncast LX55. Podczas grania cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zaraz spadną z głowy, czego nie mogę powiedzieć o konkurencji.

Druga wada to brak podświetlenia Chroma. Brak jakiegokolwiek podświetlenia. Ponownie, wystarczy spojrzeć na Lioncast LX55, które są 100zł tańsze a takowe zapewniają. Wielka szkoda!

Brać? Nie brać?

Mówiąc uczciwie – mam dylemat. Z jednej strony to cały czas porządne słuchawki, które grają wyśmienicie. Dla samej jakości dźwięku jak najbardziej tak. Mnie tradycyjnie urzekł ten śliczny, zielony kolor, do którego mam zwyczajnie słabość.

Gdy jednak zestawię Kraken Tournament Edition z konkurencją w postaci Lioncast LX55 wychodzą braki – gorsze trzymanie na głowie, brak podświetlenia i wyższa cena przy porównywalnej jakości dźwięku. Warto się zatem zastanowić przed kupnem. To nie są słuchawki złe, ale konkurencja oferuje to samo, taniej i ciut lepiej.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej