Tak jak pięta okazała się wrażliwym punktem pewnego bohatera wojny trojańskiej, tak Safari, a więc domyślna przeglądarka Apple na smartfonach iPhone okazała się tym, co przez ostatnie trzy lata otwierało drogę hakerom do dostępu do Twoich danych. 

Czytaj też: Wiemy kiedy iPhone 11 trafi do sklepów

Za odkrycie luki odpowiada oddział bezpieczeństwa Google (Google Project Zero), który zgłosił problem Apple 1 lutego, aby po sześciu dniach firma załatała ten problem. Nie zmienia to jednak faktu, że od premiery systemu iOS w wersji 10.0.1, a więc 13 września 2016 roku hakerzy mogli wykorzystywać to niedociągnięcie w przeglądarce Safari i wykradać subtelnie dane od użytkowników. Mowa o kradzieży wiadomości, zdjęć, danych lokalizacji i kontaktów, kont e-mail… i zapewne jeszcze masy poufnych informacji, których zapewne nie chcielibyście ujawniać nieznajomym.

Cały problem sprowadzał się do exploita, który pozwalał władować złośliwe oprogramowanie na iPhone przez przeglądarkę. Wystarczyło tylko przenieść się na zainfekowaną stronę, aby otworzyć się na hakerów i pozwalać im na co 60-sekundową aktualizację naszych danych. W tym wszystkim jest jednak małe światełko, bo po zainfekowaniu smartfonu wystarczyło go zresetować, aby zamknąć furtkę do siebie. Jeśli więc często go resetowaliście, to poniekąd jesteście bezpieczni.

Wróćmy więc do problemów, bo wspomniane załatanie problemu przez Apple dotyczy prawdopodobnie tylko systemów iOS 12. Ci użytkownicy, którzy operują nadal na starszych wersjach systemu (do 10.0.1) powinni byś świadomi obecności tego problemu. Podobno jest ich aż 12% z całej bazy aktywnych użytkowników iOS.

Czytaj też: Premiera Androida 10 została właśnie potwierdzona

Źródło: Digital Trends

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej